poniedziałek, 30 września 2013

Chciałabym, oj chciała

Aktualnie chciałabym:
Mieć umyte okna bez tak zwanego wkładu własnego.
I aby pies nie spierniczał na pastwisko do koni. Bo mnie to stresuje niemożebnie.
Znaleźć jakiś wyważony sposób na chorobę, bo znowu się odezwała. Yh, taki tam standardzik w temacie ja i łuszczyca.
Obejrzeć koniecznie w premierowy łykend „Wałęsę. Człowieka z nadziei”. Z kilku powodów: bo Więckiewicz, bo Wajda, bo to akurat moje urodziny, bo tak! A, no i Lechu, który z biegiem lat, niczym wino, jakoś tak zyskuje.
Mieć nowe butki zimowe też bym chciała – takie jedne sobie upatrzyłam, ale są jakby poza moim zasięgiem finansowym. Ale kto wie, kto to wie…
Mieć za sobą premierę „Tuwima”, by mieć święty spokój.
Co?
Za dużo chcę?

Tak myślaaałam :(

niedziela, 29 września 2013

W Kazimierzu...

W ten łykend gromadziłam siły i oczyszczałam umysł od gonitwy myśli i kłębowiska niepokojów. Jak to często bywa, niezastąpione okazały się zwykłe codzienności. Upiekłam obłędne ciasto biszkoptowe ze śliwkami. Byłam w lesie, w którym po raz kolejny nie było grzybów :(  za to pachniało mchem, a pomiędzy drzewami ganiały się wiewiórki. Odwiedziłam wreszcie (totalnym pędzikiem) ukochane miasteczko nad Wisłą, którego uroku nie są w stanie zabić tabuny turystów wespół w zespół z komercją stłoczoną w kiczowatych straganach z plastykowymi pseudo pamiątkami. Kocham to miejsce, kocham, choć Jędrek wcielając się w znudzonego i zblazowanego nastolatka, już na parkingu rzecze:
- OeEsuu, po raz milion czwarty w Kaziku.
Ale potem sam gna do Sarzyńskiego kupować koguta z zakalcowatą pieczęcią.
Jeszcze tej jesieni tu wrócę. Na dłużej. Na wolniej. Na gorącą latte. Na spacer nad Wisłą. I gdy będzie więcej słońca. Na niespieszną wędrówkę kamiennymi uliczkami, wśród porosłych mchem dachów…








środa, 25 września 2013

Tuwim

Niewielki liść olchy wykrojony przez naturę w serduszko, chyłkiem wdarł się do naszego domu. Rozłożył się w kąciku tuż przy drzwiach wejściowych, sądząc, że go może nie zauważę… Zauważyłam. Ale tak mnie rozczuliła, ta jego ucieczka z nagle jesiennej aury, że pozwoliłam mu wygrzewać się jakiś czas w domu. Później zainteresował się nim kot…  i niestety ostatecznie zakończył żywota w kocich pazurach.
Aktualnie jestem w stanie jak ten liść, też bym się chętnie zaszyła gdzieś za drzwiami, przeczekała to i owo. Oczywiście spotkania z drapieżnym kotem wolałabym uniknąć.

Ale cóż… Rękawy zakasać i do dzieła...

Wena powróciła z włóczęgostwa i przytargała ze sobą Tuwima. Ale nie tego od Słonia Trąbalskiego, Pana Hilarego co zgubił okulary, i któremu Abecadło spadło z pieca. Siedzę w twórczości Tuwima dla starszych czytelników, choć tu też jest problem, bo nie wszystko nadaje się na program „ku_czci”. No choćby taka perełeczka kryjąca się pod szarmancko zaczynającym się tytułem „Wiersz, w którym autor grzecznie, ale stanowczo uprasza liczne zastępy bliźnich, aby go w d..ę pocałowali.”


[Linkuję bez dedykacji rzecz oczywista, tylko dla ciekawości ;)]

Nieprawdopodobny mistrz słowa...
„Rodzynka – stroskana winogrona”
Popularny aforysta:
•  Żyj tak, aby  twoim  znajomym zrobiło  się  nudno, kiedy  umrzesz.
•  Kiedy przeskoczysz, to i wtedy nie mów hop. Zobacz najpierw w co wskoczyłeś.
•  Błogosławiony, który nie mając nic do powiedzenia, Nie obleka tego w słowa.
•  Wrzuć szczęściarza do wody a wypłynie z rybą w zębach
•  Życie – dożywotnia kara śmierci
•  Powiedz człowiekowi, że na niebie jest gwiazd 97830124569987, a uwierzy. Ale napisz kartkę „świeżo malowane”, a sprawdzi palcem i powala się.

I cały arsenał innych, niesamowicie błyskotliwych tekstów. Tuwim był najpłodniejszy twórczo w okresie, który kocham zarówno w literaturze, historii Polski, jak i obyczajowości – czyli dwudziestoleciu międzywojennym. Wtedy to się działo, wtedy to się bawiło, wtedy to się żyło! Pisał radośnie, przewrotnie, czasami na pograniczu skandalu, ale co tam – za to jak soczyście, z jakim ukochaniem życia w różnych jego postaciach.

I o jesieni jak pięknie napisał:

"Zobacz, ile jesieni!
Pełno jak w cebrze wina,
A to dopiero początek,
Dopiero się zaczyna.
[...]"

["Strofy o późnym lecie"]

Naprawdę, naprawdę warto czasami pogrzebać  w twórczości i życiu, kogoś, kogo wydaje się nam, że znamy na literacki przestrzał.


niedziela, 22 września 2013

Ajvar i reszta

Ajvar ma w sobie słońce i aromat lata. Intensywny smak wydobyty z opieczonych warzyw wart jest czasu jaki trzeba poświecić na jego przygotowanie. Pycha! Podoba mi się też to, że tak naprawdę nie ma jednego, jedynie słusznego przepisu na ajvar, bo ja właśnie nie za bardzo umiem trzymać się ścisłych przepisów kulinarnych. Lubię wariacje na temat! Coś dodać mniej, czegoś więcej, dosmaczać zaś szczególnie. Tak wiec ajvar - kocham. Ponoć na Bałkanach w każdym domu, każda gospodyni warzy go po swojemu, według rodzinnego przepisu. Ja swój dopiero wypracowuję, ale już jest smakowicie. Najwięcej zabawy jest z obieraniem papryki ze skórki, choć opieczona i zaparzona w woreczku, schodzi w miarę dobrze. Niemniej – ajvarowi trzeba poświęcić trochę swojego czasu, ale warto, oj warto!


W temacie grzybów zaś mam do powiedzenia tylko tyle, ile na załączonym obrazku widać:


Niestety.
Ale za to odpoczęłam wśród wysokich brzóz i rosłych sosen. Nawdychałam się zapachu mchu i paproci. Napatrzyłam na zieleń i chropowate pnie drzew. Nasłuchałam ciszy kołysanej szumem wiatru. Może starczy na nadchodzący, intensywny zawodowo tydzień.


ps. A gdzieś po drodze, między ajvarem i ...grzybami, powstały dwa aniołki:




----------------------------------

Edytuję wpis, aby zapodać przepis na ajvar, choć to trudne zadanie ;)
Tak jak wspomniałam przepisów na ajvar w necie jest całe mnóstwo. Ja poczytałam, pokombinowałam i z tych różnych złożyłam taki mi pasujący. W tym roku robiłam po raz kolejny i wyszedł równie smakowity, choć zamiast bakłażanów dodałam… młode kabaczki, bo miałam je w swoim ogródku.

Przyjęłam takie proporcje:
  • na każdy 1 kg papryki – jeden średni bakłażan (lub uwaga – to moja wersja – młody kabaczek!),
  • 2 -3 pomidory,
  • 1 ostra papryczka chili,
  • główka czosnku,
  • 1 duża cebula.
  • 2 łyżki octu,
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • Sól, pieprz do smaku, ewentualnie też cukier (ja do swojego dałam pod koniec 2 łyżki), opcjonalnie chili w proszku
Robiłam pastę z 4 kg papryki, więc oczywiście adekwatnie do tej ilości zwiększyłam ilość pozostałych składników. Z tej ilości wyszło mi 7 słoików 300gramowych.
Na 4 kg papryki dodałam też opakowanie słodkiej papryki w proszku.

A wykonanie:
  • Paprykę przekroić na pół, oczyścić, ułożyć na blaszce. Piec w temperaturze ok. 200 – 220 stopni, aż skórka miejscami zrobi się czarna i zacznie odchodzić (taki pęcherzyk). Trwa to około 30 minut. Po wyjęciu z piekarnika, paprykę trzeba od razu przełożyć do foliowego woreczka, szczelnie zawiązać i odczekać aż wystygnie. Wówczas skórka w miarę dobrze da się zdjąć.
  • Jeśli zdecydujemy się opiekać papryczkę chili, to krócej niż paprykę – ma cieńszy miąższ i szybciej może się spalić. Zresztą papryczkę chili można ewentualnie dodać bez zdejmowania skórki.
  • Opiekłam też w piekarniku: cebulę, bakłażany (lub kabaczki) i czosnek w całych główkach.
  • Pomidory sparzyć wrzątkiem, zdjąć skórkę.
  • W ten sposób przygotowane warzywa rozdrabniamy, ale nie na całkiem gładką papkę, bo ajvar powinien jednak być lekko grudkowaty – ja wybrałam taki sposób: kilka kawałków każdego z warzyw drobno posiekałam nożem, a całą resztę przepuściłam przez maszynkę do mielenia.
  • Dodać oliwę i gotować, gotować na wolnym ogniu, pilnować aby się nie przypaliło. Sos musi zgęstnieć. U mnie trwało to mniej więc 2 godziny.
  • Na koniec doprawić do smaku: ocet, sól, pieprz, papryka czerwona, opcjonalnie cukier. No i jeśli wolimy bardziej pikantny sos, dodać chili w proszku – ale to naprawdę wg uznania.
  • Gorący przekładamy do słoiczków. Ja na wszelki wypadek zawekowałam :)



czwartek, 19 września 2013

Czternaście

Dokładnie czternaście lat temu spędzałam atrakcyjny wieczór na sali porodowej, w miasteczku tuż nieopodal. Zawiózł mnie tam przejęty Marko, naszym zielonym „maluchem”. Nieźle mnie po drodze wytrzęsło. Wrzesień był bardziej słoneczny, bardziej ciepły niż teraz.
Co 15 minut położna podawała mi słuchawkę bezprzewodowego telefonu – a to dzwoniła mama, a to teściowa, oczywiście Marek, no i koleżanki: jedna, druga, trzecia... Wreszcie za którymś razem ryknęłam:
- Dacie mi wreszcie urodzić, czy nie?!
Całą resztę nocy, gdzieś tak do godziny 10. rano dnia następnego, pominę dyskretnym milczeniem, ale uchylę rąbka tajemnicy: się działo :)
A o rzeczonej 10. rano, 20 września 1999 roku, do mojego wszechświata dołączył Jędrzej Maciej.
Imiona wybrał oczywiście Marek, ja chciałam Rysia…
Michał mówi, że jednak dobrze, że to ojciec imiona im wybierał. Nie może się nadziwić, że sam miał być Ziemowitem lub Filipem. Nadal uważam te imiona za ładne i oryginalne. A Michałów w piaskownicy było zawsze co najmniej czterech, w klasie Michał miał Michałów też czterech-pięciu i na studiach ponoć to samo. I pomyśleć, że kiedy się rodził, wydawało się, że to takie zapomniane imię… No w każdym razie Jędrzej w kwestii imienia konkurencji w szkole póki co nie ma.
Dziś zrobiłam tort śmietanowy, przełożony truskawkami. Zamknięty w paterze, chłodzi się w garażu.
Czternaście świeczek już czeka.
Jubilat jako danie urodzinowe zażyczył sobie domowe meksykańskie burrito.
No dobra, niech będzie.
A tymczasem wznoszę toast… za siebie. Że takiego fajnego synka urodziłam :)
Bądź zdrowy i szczęśliwy Synu.

poniedziałek, 16 września 2013

Jakiś taki poniedziałek

Telewizja to jednak kłamie. Mówią, że w lasach wysyp grzybów, a my jeździmy, sprawdzamy, chodzimy, pod krzaczki zaglądamy i nic. Złamanego psiaka, ni nawet nakrapianego muchomora czerwonego. Może po zapowiadanych deszczach się pojawią? Ale czy to wiadomo? Skoro tiwi kłamie to może w kwestii opadów też?
Na łąkach za to wysp kleszczy. Wczoraj Fafik nałapał ich około 20 – tyle Marko wyskubał wśród sierści. Pies niby zakroplony, mam nadzieję, że skutecznie. Nie chciałabym zaliczać powtórki z babeszjozy – tfu tfu.
W niedzielę, zamiast odpoczywać z nogami majtniętymi gdzieś na stoliczek, z książką w łapie, grzeszyłam. Czyli pracowałam. Nadal z tymi paprykami, pomidorami, śliwkami. Obieranie, gotowanie, przecieranie, marynowanie, uf. Wieczorem kręgosłup odmówił mi posłuszeństwa, a wypoczęty w dzień kot, nocą nie dawał spać.
Poniedziałek mglisty, Internet w pracy padł, zostawiając mnie z całą masą spraw w toku, które offline są jakby nie do wykonania.
Pracuję nad scenariuszem „kuczci” i jak zwykle szarpie mną na wszystkie strony ból tworzenia. Weno ma, gdzie się szlajasz? Wracaj!
Aby do łykendu. Jak będzie słońce, to pojedziemy do uroczego miasteczka tuż niedaleko by pooddychać jego jesiennym klimatem. Jak będzie zimno i deszczowo, to się obrażę na cały świat, wskoczę pod koc i już!
Grunt to mieć jakiś plan. Cel majaczący gdzieś tam na horyzoncie. To prostuje ścieżki życia no i jest do czego dążyć…

piątek, 13 września 2013

A ja...

… się wzięłam przejęłam już prawie jesienną obfitością warzywno – owocową i zakotwiczyłam na dobre w kuchni.
Z gruszek zrobiłam dżem i gruszki w occie.
Ze śliwek śliwki w occie, powidła i dodałam je do ketchupu pomidorowego.
Produktem ubocznym śliwkomani był ocet śliwkowy – przyda się do wariacji na temat sosu winegret.
Z pomidorów zaś robię obłędnie smakowity ketchup pomidorowy. Jedna porcja z dodatkiem śliwki, druga - jabłek.
Z pewną obawą przymierzyłam się do soku z aronii i muszę przyznać, że efekt mnie zaskoczył.
A to jeszcze nie koniec. Przede mną paprykowe szaleństwo – papryka w miodzie, ketchup paprykowy, no i odkryty w ubiegłym roku ajwar.
Uwielbiam, uwielbiam ten czas. Kiedy pomiędzy straganami warzywnego targu dopadają mnie w swoje szpony aromatyczne wonie dojrzałych warzyw i owoców, i feeria ich barw.
Drzemiącą we mnie atawistyczną potrzebę obfitej jaskini, dopełniła drewutnia załadowana po kokardkę drewnem dębowym.

Zimo przyłaź, damy radę!



piątek, 6 września 2013

Wszystko mija, nawet lato, jesień, zima...

- Tak cudownie się u was siedzi, nie chce mi się stąd ruszać…
- Bosko tu u was, nie chce mi się wracać do domu, chyba chciałabym z wami zamieszkać…
- No raj tu macie, kurcze, raj…
- Jak u was jest dobrze…
Tak dopieszczali nas różni wakacyjni goście, którzy przewijali się przez te dwa miesiące przez nasz dom. I nie zamierzam udawać skromnie, że nie wiem czemu. Bo wiem. Bo u nas jest cicho, a przy sprzyjających okolicznościach bywa odprężająco i błogo nawet. I można usiąść na tarasie, zawiesić wzrok daleko za horyzontem wału, u podnóża którego rosną wierzby i insze krzaczory, a za nimi het, het zachodzi słońce. Bo kiedy już się człowiek tak zapatrzy, to może jeszcze głęboko zaciągnąć się powietrzem, zamknąć przy tym oczy i poczuć płynący z tej zieleni i przestrzeni spokój. Przez chwilę można uwierzyć, że świat jest bezproblemowy, ludzie (tylko) życzliwi i dobrzy, a nas samych czekają same przyjemności, zero obowiązków i powinności.
Któż nie lubi takiej baśniowej ułudy?
Powoli i bezboleśnie, póki co, wracamy do rzeczywistości spod znaku: „praca, szkoła, to trzeba, tamto muszę”.
Michał nie chce do Warszawy zabierać słoikowych zapasów (sic!), więc w słoiczki pakuję nasionka kwiatów. Bo kiedy już nadejdzie jesień i kiedy minie, to wówczas nadejdzie zima, a kiedy minie i zima, WRÓCI wiosna i będę miała dużo, dużo nasion by ukwiecić rabatki.




I tym optymistycznym akcentem rozpoczynam jeden z ostatnich letnich łykendów…

wtorek, 3 września 2013

O rany, już ranek!

Jak dobrze, że jednak facet nie radzi sobie z prasowaniem koszuli. Rankiem, tuż po siódmej, z jakiegoś zwariowanego snu wyrwał mnie głos:
- Uprasowałabyś mi białą koszulę, przepraszam, ale chyba nie zdążę.
- Mmm…, a która godzina? – mruczę tkwiąc wciąż w jakimś sennym labiryncie swojej kolorowej podświadomości.
- Siódma dziesięć dochodzi.
- COOOOOOOO?!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! – łomatkobosko, dlaczego nie zadzwoniła moja komóreczka? Nie było już czasu aby dochodzić. Nieźle zaczyna pierwszy dzień w szkole Jędrek – tradycyjnie od spóźnienia. O dziwo wykazał zrozumienie sytuacji, się sprężył i zaskoczył nawet samego siebie, startując rowerem spod domu  wcześniej niż zwykle.
Kiedy zaś zaczęłam realizować swój codzienny, przedwakacyjny plan poranny (ogarnięcie kątków + orbitrek!) odezwał się alarm w mojej komórce. No tak, nastawiony na 7.45 a nie 6.45. Mea culpa, nie bezdusznego ustrojstwa.
Heloł, Agusia! Wakacje się skończyły!
A lato ma wrócić. No ja myślę, na sobotę zaprosiliśmy przyjaciół na wielkie ognisko do nieba. Dobrze byłoby posiedzieć pod gwiazdami, oj dobrze...