niedziela, 29 września 2013

W Kazimierzu...

W ten łykend gromadziłam siły i oczyszczałam umysł od gonitwy myśli i kłębowiska niepokojów. Jak to często bywa, niezastąpione okazały się zwykłe codzienności. Upiekłam obłędne ciasto biszkoptowe ze śliwkami. Byłam w lesie, w którym po raz kolejny nie było grzybów :(  za to pachniało mchem, a pomiędzy drzewami ganiały się wiewiórki. Odwiedziłam wreszcie (totalnym pędzikiem) ukochane miasteczko nad Wisłą, którego uroku nie są w stanie zabić tabuny turystów wespół w zespół z komercją stłoczoną w kiczowatych straganach z plastykowymi pseudo pamiątkami. Kocham to miejsce, kocham, choć Jędrek wcielając się w znudzonego i zblazowanego nastolatka, już na parkingu rzecze:
- OeEsuu, po raz milion czwarty w Kaziku.
Ale potem sam gna do Sarzyńskiego kupować koguta z zakalcowatą pieczęcią.
Jeszcze tej jesieni tu wrócę. Na dłużej. Na wolniej. Na gorącą latte. Na spacer nad Wisłą. I gdy będzie więcej słońca. Na niespieszną wędrówkę kamiennymi uliczkami, wśród porosłych mchem dachów…








2 komentarze:

  1. Fajne fotki :)
    Jeszcze tam nie byłam, ale mam nadzieje, że kiedyś i moja noga postanie w tym mieście :)

    OdpowiedzUsuń
  2. I jeśli się wybierzesz Ylllo daj znać - umówimy się na kawę :) herbatę u Dziwisza lub gorącą czekoladę w Faktorii :) Ja mam do Kazimierza przysłowiowy rzut beretem :)

    OdpowiedzUsuń