wtorek, 29 października 2013

29 października...

Dzisiaj – 29 października – środowisko osób chorych na łuszczycę obchodzi World Psoriasis Day – Światowy Dzień Chorych na Łuszczycę. Dzień ten stwarza okazję do tego aby wspomnieć o uciążliwej codzienności pisanej kaprysami tej choroby. Choroby, wokół której wciąż wiele stereotypów, nieścisłości i pobłażliwości zarówno środowiska lekarskiego jak i społecznego. Jest to dobry moment na uświadamianie, jak istotną rolę w przełamywaniu mitów na temat łuszczycy odgrywa edukacja i upowszechnianie wiedzy o jej niezakaźności. 
Od lat, w różnych regionach Polski, osoby chore na łuszczycę zrzeszają się w stowarzyszenia i grupy mniej lub bardziej formalne (grupy wsparcia, fora i portale internetowe),  aby wspólnymi siłami zabiegać o lepszą codzienność, dostęp do leczenia adekwatnego do aktualnego stanu choroby. Bo kiedy dopadnie łuszczyca to niestety zwykle na całe życie... Z różnym nasileniem, zmienną intensywnością, jednakże w zdecydowanej większości jest to choroba „darowana” na całe życie... Chorzy muszą nauczyć się jak ją obłaskawiać zarówno w tych gorszych okresach – gdy choroba nawraca, jak i w czasie remisji – aby podtrzymać ją jak najdłużej. 
Niestety łuszczyca traktowana jest po macoszemu przez publiczną służbę zdrowia – wszak na tę chorobę się nie umiera, nie stanowi ona źródła epidemiologicznego, wobec tego można sobie chorych na łuszczycę, z tym ich „defektem kosmetycznym” (mówiąc kolokwialnie) odpuścić. Swoje spostrzeżenia opieram na podstawie wieloletnich obserwacji i doświadczeń – borykam się z tą chorobą blisko ćwierć wieku.
Łammy razem stereotypy dotyczące chorych na łuszczycę – zdrowi i chorzy. Pomóżcie nam - chorym - lepiej funkcjonować wśród osób zdrowych.

Życzę wszystkim zdrowia, to naprawdę jedna z najważniejszych wartości w życiu człowieka...



Mój ubiegłoroczny "okolicznościowy" wpis:

29 października... czyli co warto wiedzieć o łuszczycy


niedziela, 27 października 2013

Taki tam łykendzik

Ostatnimi tygodniami niczym Wincenty Pstrowski wyrabiałam normę ponad normę. Na szczęście plastry łagodzące w postaci dodatkowych wpływów na konto sprzyjają błyskawicznej regeneracji sił.
Dziś termometr za północnym oknem wskazywał 22 stopnie powyżej zera. Uroczy dzień, pełen jesiennego słońca, frywolnego babiego lata. Oby tylko w ramach równowagi, przyroda nie zaserwowała nam minus 22 do końca kwietnia.
Łykend minął nam na konsumowaniu kultury masowej – się znaczy do kina znowu wybraliśmy. Co jest niejaką wyprawą, zważywszy na to, że kina w naszej mieścinie nie ma. Trzeba się fatygować 20 km do miasteczka pobliskiego. Film bardzo nas rozczarował. Trzeba jednakże przyznać, że ma jeden z najbardziej oszukańczych trailerów jakie zdarzyło mi się kiedykolwiek obejrzeć. Bo wszystko wskazywało, że spędzimy wieczór przy dobrej dawce humoru. Tymczasem byliśmy na komedii, na której ani razu się nie zaśmiałam. Wraz ze mną milczało całe kino – aby nie było, że ze mną coś nie ten teges. Najlepsza z całego filmu była (i tak dla wielu kontrowersyjnie potraktowana) piosenka „Sen o Warszawie”. Szkoda. Wielka szkoda. „Ambassady” nie uratowały Machulskiemu ani sympatyczna i z potencjałem główna bohaterka, ani zaskakująco dobry Nergal, ani świetny Więckiewicz. Po prostu wielkie pfff…
Z tego rozczarowania, wieczór z przyjaciółmi spędziliśmy strasznie typowo: zimne piwo, pizza zamówiona w najlepszej pizzerii w mieście, świece na stole i koncert Stonesów na dvd.

niedziela, 20 października 2013

Smutno i twórczo zarazem...

Zgubiona. Gdzieś w tej niby złotej jesieni okutanej mleczną mgłą.
Dni truchtają jakoś tak szybko. Liście z wierzby, olch i wiązów spadły. Tylko złoty klon za oknem w pracy próbuje wnieść odrobinę radości w moje smuteczki.
Premiera Tuwima była, minęła. Tuwim chyba czuwał, bo wyszło fajnie i bez zbędnego nerwa z mojej strony. Choć jak zwykle przy totalnych jazdach technicznych podczas prób, ale tam. Przyzwyczaiłam się. Scenariusz pyrgnięty do segregatora „zrobione”, rekwizyty odłożone „na może się przydadzą”, a przede mną  pusta kartka pt. „zróbmy teraz fajny kabaret z okazji inszej”. No to „róbmy”.
Ale póki co, stanęłam w miejscu.
Jak to zwykle jesienią dopadły mnie przeciwności losu – zdrowotnego. Nie chce mi się ponownie stawać do walki, ale z drugiej strony czy mam inne wyjście...
I tak o, kręci się tak jakoś ten nowy rok szkolny. Że co? Że on już nie taki całkiem nowy? No tak, toż to już minęła połowa października. Zaraz listopad zasnuje ziemski padół zgniłymi ciemnościami, później przygalopuje na reniferach „dżingobels” Mikołaj, choinkę trzeba będzie ubierać, piec pierniki i lepić uszka, i ponownie stresować się nowymi postanowieniami noworocznymi.

Dopadł mnie nicmisięniechcizm. Nicniewiaryzm. Ręceopadalizm.

Na szczęście w takim stanie chce mi się tworzyć…
Uciszam myśli, uciszam niepokoje, uciszam wszystko co we mnie drga i płacze…

Aniołek dla pewnej małej Zosi:


Butelka dla pewnej młodej pary:


Butelka dla mojego Teścia, który wczoraj świętował swoje urodziny (które, ach które – to ci zagadka), czy ktoś uwierzy, że liczbę "67" wyszywałam koralikami bite 5 godzin!


I jeden z ulubionych fragmentów „mojej” scenografii do „mojego” Tuwima:



środa, 9 października 2013

Nie musiałam, chciałam!

Czy warto iść na film Wajdy „Wałęsa. Człowiek z nadziei.”? Mnie nie rozczarował, był taki jakim go sobie wyobrażałam. Więckiewicz dał wszystko ze swojego warsztatu aktorskiego, intuicji i kunsztu - BYŁ Wałęsą z urokiem z tamtych lat. Choć ze zrozumiałych względów jego postać dominuje, to Agnieszka Grochowska skradła sporo filmu dla swojej postaci, „Danuśki” („Co pani tu ma? A, Nobla przywiozłam”). Iskrzące i autentycznie brzmiące dialogi Głowackiego, autora scenariusza. Wystarczające i nie przesadzone akcenty humorystyczne. Świetnie dobrana muzyka. Czytałam, że pan Wajda niektórych utworów nigdy wcześniej nie słyszał (No raczej! Nikt nie oczekiwałby, aby znał polską scenę alternatywną czy punk rockową lat osiemdziesiątych!). Znać tym bardziej mistrza – umiejętność zaufania innemu twórcy. Żadna inna muzyka w tym filmie nie sprawdziłaby się. Idealne oddanie kolorytu tamtych lat. Poruszająca i pełna emocji jest scena z podkładem piosenki Aya RL „Ulica”.
W filmie jest duża dbałość o szczegóły scenograficzne. Ha! Jako dziewczę z „pokolenia Teleranka, którego nie było” bez problemu rozpoznawałam estetykę mieszkania państwa Wałęsów. Podobna była w mieszkaniu moim i większości moich koleżanek i kolegów z podwórka.
Takie to były czasy. Siermiężne i nieludzkie we wszystkim – i w prawach człowieka, i w kolejce do pustych półek w sklepie. Niektórzy o tym zapomnieli – to właśnie oni szczególnie powinni na film pójść :)
Perełką jest scena przesłuchania Wałęsy przez „dobrych panów” z MO i UB już po zwolnieniu Wałęsy z internowania. Obłędnie napisany i obłędnie zagrany dialog: Więckiewicz, Kosiński, Zamachowski! Są w filmie fajne smaczki – jak na przykład wmontowanie sceny z… „Człowieka z żelaza”! Tym sposobem przez ekran śmignęła Krystyna Janda i Jerzy Radziwiłowicz.
Ten film ma jeszcze jeden mocny akcent: kończy się w takim momencie politycznej kariery Lecha Wałęsy, w którym – moim zdaniem – powinien pozostać…

sobota, 5 października 2013

"Oto jest życie: nic, a jakże dosyć…"

Lubię dzień swoich urodzin. Jest to dla mnie rocznica cudownego dnia, w którym dostałam w prezencie ŻYCIE. Ufam i wierzę (jak każdy), że dostałam go dużo. Wystarczająco dużo aby nacieszyć się każdą jego cząstką, poznać wszystkie jego smaki – radości i… radości po smutkach!

Kochać i tracić, pragnąć i żałować,
Padać boleśnie i znów się podnosić,
Krzyczeć tęsknocie „precz!” i błagać „prowadź!”
Oto jest życie: nic, a jakże dosyć…

Zbiegać za jednym klejnotem pustynie,
Iść w toń za perłą o cudu urodzie,
Ażeby po nas zostały jedynie
Ślady na piasku i kręgi na wodzie.

Uwielbiam ten wiersz Staffa, jest taki soczysty i przepełniony ŻYCIEM, i właśnie z okazji urodzin, sama sobie go dedykuję :) A co tam, niech zaśpiewa dla mnie Stan Borys!


Na torcie postawiłam tylko 2 świeczki – to jednostki liczby lat, które kończę, dziesiątki postanowiłam taktownie zignorować.


Świeczki dmuchnięte, marzenia pomyślane, życzenia przyjęte. Wieczorem pędzimy na „Wałęsę”.
Internet nas śledzi, fakt, ale czasami potrafi zgotować mile niespodzianki:


Dziękuję ci Guglu ;)