niedziela, 27 października 2013

Taki tam łykendzik

Ostatnimi tygodniami niczym Wincenty Pstrowski wyrabiałam normę ponad normę. Na szczęście plastry łagodzące w postaci dodatkowych wpływów na konto sprzyjają błyskawicznej regeneracji sił.
Dziś termometr za północnym oknem wskazywał 22 stopnie powyżej zera. Uroczy dzień, pełen jesiennego słońca, frywolnego babiego lata. Oby tylko w ramach równowagi, przyroda nie zaserwowała nam minus 22 do końca kwietnia.
Łykend minął nam na konsumowaniu kultury masowej – się znaczy do kina znowu wybraliśmy. Co jest niejaką wyprawą, zważywszy na to, że kina w naszej mieścinie nie ma. Trzeba się fatygować 20 km do miasteczka pobliskiego. Film bardzo nas rozczarował. Trzeba jednakże przyznać, że ma jeden z najbardziej oszukańczych trailerów jakie zdarzyło mi się kiedykolwiek obejrzeć. Bo wszystko wskazywało, że spędzimy wieczór przy dobrej dawce humoru. Tymczasem byliśmy na komedii, na której ani razu się nie zaśmiałam. Wraz ze mną milczało całe kino – aby nie było, że ze mną coś nie ten teges. Najlepsza z całego filmu była (i tak dla wielu kontrowersyjnie potraktowana) piosenka „Sen o Warszawie”. Szkoda. Wielka szkoda. „Ambassady” nie uratowały Machulskiemu ani sympatyczna i z potencjałem główna bohaterka, ani zaskakująco dobry Nergal, ani świetny Więckiewicz. Po prostu wielkie pfff…
Z tego rozczarowania, wieczór z przyjaciółmi spędziliśmy strasznie typowo: zimne piwo, pizza zamówiona w najlepszej pizzerii w mieście, świece na stole i koncert Stonesów na dvd.

1 komentarz:

  1. uuu szkoda wieczoru

    20 km to nie aż tak daleko znowu ;) W dzieciństwie mieszkałam w wiosce o tyle oddalonej od miasta, także coś wiem o dojazdach ... Za to teraz mieszkam na starówce :) (ale na szczęście już niedługo)

    OdpowiedzUsuń