środa, 27 listopada 2013

Próba

Dzień z życia domorosłego „rezisera”:

Dzień PRZED:
- Sorko, to o której jutro próba?
- O 17, tak jak wam wszystkim pasuje. Taką godzinę sami wybraliście.

Dzień PRÓBY:
17.00 – nie ma nikogo.
17.05 – pojawia się Be. Przepraszam, zagapiłem się.
17.10 – pojawia się Jot. Przepraszam, mama dzwoniła.
17.15 – pojawia się Em - kolejny aktor płci męskiej, posyła słodki uśmiech, wybaczam na tzw. ładne oczy. Dziewcząt brak.
17. 17 – Sorko – mówi Be i Em – to my pójdziemy zobaczyć gdzie dziewczyny.
Poszli.
17.27 – I ich niema. Ani chłopaków ani dziewcząt.
17.30 – pojawia się Em i anonsuje – Sorko pisały poprawę z WOSu, będą za chwilę.
17.35 – pojawiają się dziewczęta. Reszty chłopców brak.
17.40 – są chłopcy. Szukaliśmy dziewczyn.
17.45 – JUHU! Zaczynamy próbę :)

Po PRÓBIE:
- Sorko, a o której jutro próba?

poniedziałek, 25 listopada 2013

Co by tu zrobić z czterema krasnalami?

To jakiś skandal, aby słońce zachodziło o 15.55! Jak tu żyć, jak tu żyć? Nim człowiek dobrze się obudzi po stu litrach kawy, już czas spać.

Rodzina moja, eF_Jeden maniakalna, zaciągnęła mnie do kina na film „Wyścig”. Nie sądziłam, że wyjątkowy w historii F1 rok 1976 (rywalizacja Hunt-Lauda i potworny wypadek tego drugiego), może wywołać we mnie tyle emocji i łez. Polecam każdemu, niekoniecznie fanom Formuły 1. Bo to nie jest film tylko o bolidach i jeżdżeniu w kółko po krętych torach wyścigowych. Można sobie szukać w nim odpowiedzi na odwieczne pytanie ludzkości: czy warto marzyć i dążyć do tego co chce się osiągnąć za wszelką, nawet najwyższą cenę? Do tego klimatyczne lata siedemdziesiąte, tutaj w wersji bogatego zachodu, a nie siermiężnej, czarno-białej Polski, i aktor grający Jamesa Hunta (Chris Hemsworth) uderzająco w stylizacji przypominający młodego (uwaga dziewczyny!) Brada Pitta, hm…

W pracy rozpoczęłam próby do bajeczki na mikołajkowe spotkania z dzieciakami. Postawiłam na klasykę: „Królewnę Śnieżkę i siedmiu krasnoludków”. Oczywiście w wolnej interpretacji – mam nadzieję, że bracia Grimm wybaczą i się w trumnach nie poprzekręcają. Albowiem z powodów organizacyjnych, musiałam ograniczyć obsadę. No ale jak tu zrobić bajkę o siedmiu krasnoludkach bez siedmiu krasnoludków? Aby historię uwiarygodnić a sobie ułatwić pracę, czterech krasnali „wysłałam” w świat ;) Uruchomiłam wyobraźnię i wyszło tak:

„Tak się krasnoludkowe życie skomplikowało,
że czterech z nas w świat powędrowało.
Pracuś buduje w bajkowej krainie autostrady,
Śmieszek beztrosko wybrał się na quady,
Łasuszek, piecze pączki u Babci Anieli,
Śpioszek gdzieś usnął i tyle go widzieli!”


Mam nadzieję, że dzieciaki, podekscytowane oczekiwaniem na mikołajkowe paczki, braku czterech skrzatów nie zauważą albo chociaż wybaczą częstochowskie rymowanki.

piątek, 22 listopada 2013

Szanowny Panie Mikołaju, uprzejmie donoszę, że:

Ty sobie tam siedzisz w blasku kominka, pykasz fajeczkę i może z kryształowego pucharka potajemnie pociągasz co mocniejszego (wiadomo – świętemu nie wypada), czytasz listy od dzieci i całkiem nie masz pojęcia co to się na Ziemi wyprawia. Otóż z pierwszym tchnieniem mglistego listopada, komercyjna machina wciąga Cię w swoje trybiki i mieli, mieli na miazgę i do obrzydzenia. Twoją białą brodą polerują szyby wszystkie banki, witryny sklepowe (i nie tylko) świata! Farbują Twój czerwony kubraczek, jak komu pasuje, pod kolor firmowego logo! Z obawą otwieram lodówkę, abyś mi z niej nie wyskoczył zamieniony w sopelek lodu za jedyne 2,99 w świątecznej promocji!
Kochany Święty Mikołaju, na Ciebie nawet nie chce się już czekać! Zrób coś z tym!
Przynieś tej wstrętnej komercji rózgę, plisss, plisss, plisss! Za karę, że kradnie sacrum, plując profanum, a wszystko pod fałszywą przykrywką magii świąt, o których nie ma, i mieć nie chce, najmniejszego pojęcia. Brr!



PS. Tym razem nie łączę całusków, ani marcheweczki dla reniferów.

środa, 20 listopada 2013

Jutro

Jutro a właściwie za chwilę mam wolny dzień.
Odeśpię ostatnich kilkadziesiąt rozpędzonych godzin. Bez pośpiechu wypiję kawę albo dwie. Smakując każdy łyk, delektując się każdą nutą jej aromatu. Pojdę na spacer z naszym psem – postrachem wsi. Będę go krótko trzymała na smyczy - ani mi się śni płacić kolejnego mandatu – ale pozwolę na kąpiel w rzece. On tak to lubi.
Oddam książki do biblioteki i troszkę poszperam na półce z nowościami. Przy okazji nawdycham się gratis jedynego w swoim rodzaju zapachu biblioteki – tak to kocham.
Pomyślę o niebieskich migdałach – o tym jak to będzie fajnie kiedy już… spełnią się wszystkie marzenia i sny.
Upiekę szarlotkę. Mocno pachnącą cynamonem i wanilią.
Wyłączę telefon.
Nie zajrzę w pocztę e-mail i nawet ogłuchnę na kołatanie kuriera.
Posłucham muzyki - Doorsów lub... kto to wie!
Popatrzę w zarośla za olchami - może Faf przepłoszy koczujące tam bażanty?
Po prostu to będzie tylko MÓJ i tylko dla MNIE wolny dzień.
Hm… ewentualnie zaproszę do niego eM. Ciekawe czy pamięta dlaczego tylko Jego...

poniedziałek, 18 listopada 2013

Art. 77 KW

Uprzejmie donoszę, że właśnie wraz z Mężonem zostaliśmy notowani na policji.
A było tak:
Faf zwiał.
Obszczekał pewną Panią na rowerze, która uparcie twierdzi, że nasz pies ją gryzie – nie prawda, nie ugryzł ani razu. Owszę, obszczekuje namiętnie psa owej Pani i raz się leciuchno z nim bezkrwawo poszarpał – jak to psy. Jednakże dziś Pani stwierdziła, że nasz pies jest bestią wściekłą, my zaś czyhającymi na jej bezpieczeństwo złymi ludziami (i to jak złymi!) i wezwała patrol policyjny. Panowie policjanci wylegitymowali nas na okoliczność szczepień Fafcia (wszystko przepisowo) i zasolili mandat karny w wysokości 50 zł, za „niezachowanie środków ostrożności przy trzymaniu zwierzęcia (psa), art. 77 Kodeksu Wykroczeń”, TADAAM!
Międzyczasie Fafcio wpakował się do radiowozu, czym wywołał oburzenie Szanownego Pana Groźnego Policjanta. No ja nie wiem czemu naszego Fafa tak do radiowozu ciągnęło, nie wiem, wcale nie wiem.

Krótko mówiąc mieliśmy bardzo atrakcyjny popołudniowy poniedziałek.

piątek, 15 listopada 2013

Chciałoby się...

Szwendają się za mną takie różne „chciałabym” :

  • Upichcić coś z pomarańczowej dyni, która od kilkunastu dni zdobi blat w kuchni, ale póki co szukam inspiracji.
  • Napić się zimnego piwa z nogami majtniętymi na stoliczek przy kanapie, i zatracić się w niemyśleniu. Tylko na chwilkę, nie dłużej. Ale zawsze!
  • Zawinąć się w kołderkę w łóżku, zapalić świece stojące w szklanych pucharach na parapecie okna  i w kojącej ciszy sypialni uciszyć wszystko co się we mnie ostatnio rozkrzyczało. 
  • Rąbnąć w łeb takiego jednego ludzia, ale mi nie wypada. Bo rodzice wychowali mnie na kulturalną kobietę ;) I przy okazji nie po drodze mi z ludzką małostkowością. Oględnie mówiąc. Ale łatwo nie jest, oj nie.

Eh…, szkoda, że zwycięstwo nie zawsze ma słodki smak…

wtorek, 12 listopada 2013

Nie zatrzymuj się...

"Nie zatrzymuj się, by zrywać kwiaty,
ale podążaj naprzód, a kwiaty będą
kwitnąć na całej twojej drodze."
                                                         Rabindranath Tagore

Nie wystarczy powiedzieć „kocham cię” i mieć temat załatwiony z głowy na całe życie. Nie wystarczy raz w życiu przeczytać Dekalog i odhaczyć – już to wiem, już to znam. Nie da się raz jeden na całe życie poznać litery alfabetu i uznać, że już się umie czytać, więc nie trzeba więcej.
Właśnie trzeba. Więcej i więcej, i w tej ilości sensu szukać.
Nie wystarczy raz sobie powiedzieć: jeśli nie mam na coś wpływu, to się tym nie przejmuję.
Nie – bo muszę tym bardziej robić swoje.
Każdego dnia, w każdej chwili muszę pamiętać o sobie i o tym co z siebie chcę dać tym, którzy są mi najbliżsi. Nic więcej nie jest ważne. I nikt więcej. Muszę o tym pamiętać – ale nie da się tak jeden raz na zawsze - trzeba stale sobie o tym przypominać.
Aby trzymać pion i oko mieć na drogowskazy.





ps. Coś takiego - właśnie machnęłam 500. wpis na blogu - kto by pomyślał...

czwartek, 7 listopada 2013

Hasło dostępu

Stoimy na parkingu i ooo! samochód się wzion zbuntował i nie odpala. Kluczyk w te, kluczyk w tamte – silnik milczy, alarm wariuje. No to jeszcze raz. Rzut oka na klemy, czy coś tam. Dalej cisza.
- K…a mać !!! – Marko (powściągliwy zwykle w tym temacie) rzuca sążniste hasło dostępu.
O dziwo – okazuje się poprawne. Samochód odpala błyskawicznie.
No i niestety morał jest taki: czasami nie ma wyjścia – trzeba dosadnie. Zarówno z samochodem jak i w życiu. Inaczej samochód nie ruszy, a (niektórzy) ludzie nie wyłapią subtelności i niuansów. Eh…

wtorek, 5 listopada 2013

Czy?

Czy postępujemy słusznie, kiedy działamy w zgodzie ze swoim sumieniem, ale wbrew oczekiwaniom innych?
Co jest ważniejsze: czy kiedy mogę z naprawdę czystym sumieniem spojrzeć sobie w lustrze w oczy, czy może wówczas, gdy wbrew sobie, z pokorą spuszczę je pod ciężarem zdania innych?
Komu być wiernym by nie zatracić siebie, ale też nie prowadzić niechcianej wojny: sobie czy innym…
Bolące pytania.
A może wcale nie.
Odpowiedzi tak naprawdę nie szukam.
Odpowiedź znam.
Wybieram jasne i czyste spojrzenie w lustro.
Czy słusznie?
Się okaże.
Cenię pokorę. To wymiar człowieczeństwa.
Cenię pokorę. Ale nie przed głupotą.

piątek, 1 listopada 2013

Listopadowe wspomnienie

Czas na wyciszenie emocji i myśli, na zwolnienie. Odpoczynek od zabiegania. Bo i po co, i na co? Lepiej wolniej, ze smakiem, rozważniej, by poczuć każdą chwilę każdym zmysłem, a nie tylko rzucić okiem, odhaczyć, przerzucić kartkę i dalej, wciąż dalej.
Odwiedzam miejsce, które kiedyś było ważne, ale teraz należy do czasu, którego już nie ma. Odszedł wraz z większością ludzi...
W drodze na cmentarz odbijamy w boczną drogę aby zatrzymać się przed domem z czerwonej cegły. Dziwne... Nie ma czerwonego domu. Jest teraz biały. Gładki. I nie jest już domem tylko domkiem. Czas zmienia perspektywę, płata figle w tym co wydaje się nam, że pamiętamy. To co kiedyś było rozległe, teraz ma ograniczone ramy, co było bliskie jest dalekie. Nieznajoma kobieta zawiesiła firanki w oknie pokoju, w którym kiedyś stały dwa duże łóżka z drewnianymi zagłówkami. Nad nimi wisiała wielka, kiczowata reprodukcja „Ostatniej wieczerzy”  da Vinci, w wyblakłych kolorach.  A może wcale nie była taka wielka, jak ją zapamiętałam?
Zmieniło się ogrodzenie. Tuż przy wejściu nie ma już wysokiej gruszy, ani  czterech krzaków białej porzeczki. W głębi ogrodu nie sterczy rozrosła leszczyna. Kiedyś stała pod nią koślawa ławeczka, na której przysiadał Dziadek, po pracy w obejściu. Wyjątkowe miejsce w upalne dni. Pod leszczyną było zawsze cieniście i chłodno. Jesienią ziemia pod nią była usypana orzechami. Naprzeciwko stał drewniany spichlerz. Zamykam oczy, głęboko oddycham. Wciąż czuję jego zbożowo-drewniany zapach.
Nie ma też dwóch wiśni pomiędzy, którymi latem stał stół. Nie krząta się wokół Babcia. Nie ustawia w słońcu cynowej balii, by do wieczora ogrzała się w niej woda, na wakacyjną kąpiel wnuków.
- Mamo czy ty ich wszystkich pamiętasz? – jesteśmy już w innym miejscu, zapalamy świeczki, układamy kwiaty.
Czy pamiętam…
Dziadek, który zawsze był uśmiechnięty, Babcia, która dla kontrastu miała zatroskanie w oczach. Prababcia, która obdarowywała prawnuków landrynkami zamkniętymi w dużym słoju. Rodzice Taty, którzy byli sobie bardzo oddani, a sprzeczali się tylko w języku niemieckim. Tata, który miał wiecznego chłopca w sobie. Kilku beztroskich wujków. Ciotka, która była uzależniona od słońca, zanim świat usłyszał o tanoreksji. I druga, lekko ześwirowana, mocno wierząca w swój talent literacki, pisząca zaangażowane religijnie wiersze, które wysyłała do Watykanu. Raz otrzymała piękny list zwrotny z podziękowaniem i zapewnieniem o modlitwie – do końca życia była to jej relikwia. Młodsza ode mnie ciocia Basia, która ślicznie śpiewała, a odeszła w tragicznych okolicznościach. I Brat mój… I kilku znajomych dalszych, bliższych. Wszystkich przywołuję pamięcią.
Zapalam świeczki – na grobach i w oknie swojego domu. Wysyłam Wam moją o Was myśl.