piątek, 1 listopada 2013

Listopadowe wspomnienie

Czas na wyciszenie emocji i myśli, na zwolnienie. Odpoczynek od zabiegania. Bo i po co, i na co? Lepiej wolniej, ze smakiem, rozważniej, by poczuć każdą chwilę każdym zmysłem, a nie tylko rzucić okiem, odhaczyć, przerzucić kartkę i dalej, wciąż dalej.
Odwiedzam miejsce, które kiedyś było ważne, ale teraz należy do czasu, którego już nie ma. Odszedł wraz z większością ludzi...
W drodze na cmentarz odbijamy w boczną drogę aby zatrzymać się przed domem z czerwonej cegły. Dziwne... Nie ma czerwonego domu. Jest teraz biały. Gładki. I nie jest już domem tylko domkiem. Czas zmienia perspektywę, płata figle w tym co wydaje się nam, że pamiętamy. To co kiedyś było rozległe, teraz ma ograniczone ramy, co było bliskie jest dalekie. Nieznajoma kobieta zawiesiła firanki w oknie pokoju, w którym kiedyś stały dwa duże łóżka z drewnianymi zagłówkami. Nad nimi wisiała wielka, kiczowata reprodukcja „Ostatniej wieczerzy”  da Vinci, w wyblakłych kolorach.  A może wcale nie była taka wielka, jak ją zapamiętałam?
Zmieniło się ogrodzenie. Tuż przy wejściu nie ma już wysokiej gruszy, ani  czterech krzaków białej porzeczki. W głębi ogrodu nie sterczy rozrosła leszczyna. Kiedyś stała pod nią koślawa ławeczka, na której przysiadał Dziadek, po pracy w obejściu. Wyjątkowe miejsce w upalne dni. Pod leszczyną było zawsze cieniście i chłodno. Jesienią ziemia pod nią była usypana orzechami. Naprzeciwko stał drewniany spichlerz. Zamykam oczy, głęboko oddycham. Wciąż czuję jego zbożowo-drewniany zapach.
Nie ma też dwóch wiśni pomiędzy, którymi latem stał stół. Nie krząta się wokół Babcia. Nie ustawia w słońcu cynowej balii, by do wieczora ogrzała się w niej woda, na wakacyjną kąpiel wnuków.
- Mamo czy ty ich wszystkich pamiętasz? – jesteśmy już w innym miejscu, zapalamy świeczki, układamy kwiaty.
Czy pamiętam…
Dziadek, który zawsze był uśmiechnięty, Babcia, która dla kontrastu miała zatroskanie w oczach. Prababcia, która obdarowywała prawnuków landrynkami zamkniętymi w dużym słoju. Rodzice Taty, którzy byli sobie bardzo oddani, a sprzeczali się tylko w języku niemieckim. Tata, który miał wiecznego chłopca w sobie. Kilku beztroskich wujków. Ciotka, która była uzależniona od słońca, zanim świat usłyszał o tanoreksji. I druga, lekko ześwirowana, mocno wierząca w swój talent literacki, pisząca zaangażowane religijnie wiersze, które wysyłała do Watykanu. Raz otrzymała piękny list zwrotny z podziękowaniem i zapewnieniem o modlitwie – do końca życia była to jej relikwia. Młodsza ode mnie ciocia Basia, która ślicznie śpiewała, a odeszła w tragicznych okolicznościach. I Brat mój… I kilku znajomych dalszych, bliższych. Wszystkich przywołuję pamięcią.
Zapalam świeczki – na grobach i w oknie swojego domu. Wysyłam Wam moją o Was myśl.



2 komentarze:

  1. Nie mam tak wielu grobów do odwiedzenia. Z jednej strony to dobrze. Z drugiej ... to wszystko dopiero przede mną :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Smakowanie chwil, to piękne.

    OdpowiedzUsuń