wtorek, 31 grudnia 2013

Dobry 2013 rok :)

Co było a nie jest nie pisze się w rejestr. To co było w 2013 złe, wyniośle ignoruję, wyciągając w cichości naukę, ale głośno wspominam tylko dobre. Postanowiłam, że post podsumowujący mijający rok będzie nosił pierwiastek pozytywny – wybiorę z każdego miesiąca mijającego roku tylko DOBRE rzeczy, te które zapisały się ciepłym wspomnieniem w moim w sercu. Wyłuskam je z przemijającej codzienności 2013 roku jak smakowite rodzynki z ciasta, jak orzechy laskowe i ulubione bakalie. Aby rozkoszować się ich smakiem. Wierzyć, że właśnie one zbudowały spójną całość. Paszły won marudzenia, czarnowidztwa, smutasy i takie tam.

Do dzieła zatem:

STYCZEŃ
Michał pchnął do przodu pierwszą, studencką sesję na politechnice.
Udana premiera kabaretu wg mojego autorskiego scenariusza pt. „Pociąg do wiedzy”.
I była taaaka ZIMA, ale przetrwaliśmy w klimatycznym blasku kominka!

LUTY
Wybrnęłam z zawirować emocjonalnych wywołanych niezbyt udanymi świętami i coś zaczęło się dziać pozytywnie w temacie mojego leczenia.
Celebrowaliśmy zimę – był kulig z konikami zaprzęgniętymi w sanie, były narty, faaajnie było!
Świętowaliśmy trzecią rocznicę zamieszkania w naszym wymarzonym, tylko NASZYM domku!
Zaczęłam piec chleb! Prawdziwy, domowy na zakwasie. Piekę go do dziś – nieustannie mnie to zachwyca :)
Mężon zdał ważny egzamin językowy.

MARZEC
Marzec skrzył się wciąż piękną zimą i w leczeniu moim coś drgnęło ku lepszemu – nie ma co narzekać na marzec, kiedy to cała Polska lepiła śnieżne zające wielkanocne, a my razem z Nią.
Sprezentowałam sobie maszynę do szycia :)

KWIECIEŃ
W kwietniu przyszła dłuuugo oczekiwana wiosna, przyleciały nasze boćki.
Spędziliśmy cudowny i energetyczny weekend z przyjaciółmi w Sandomierzu.
Świętowaliśmy urodziny Michała.

MAJ
W maju jest wszystko piękne. Każdy dzień z 31. jaki maj ma, jest CUDOWNY! Soczysty, wyraźny, głośny, jasny, pachnący!

CZERWIEC
W czerwcu wystawiłam premierową inscenizację bajki „Księżniczka na ziarnku grochu” – było wspaniale!
Wygrałam butelkę wina w teatrze Buffo! Odebraną z rąk Józefowicza! A smakowało!!!
Syn Duży z powodzeniem walczył z sesją letnią. Został studentem drugiego roku mechaniki i budowy maszyn (dla mnie – humanistki duszą i ciałem brzmi to jak chiński pomieszany z wietnamskim i okraszony węgierskim).
Urodziny miał Marko.
Biegam po łąkach i polach!

LIPIEC
W lipcu nadejszły wakacje i to było piękne!
Rozpoczęliśmy walkę o odszkodowanie za złamaną, podczas operacji usuwania ósemek, żuchwę Marka. Sprawa w obliczu zmowy milczenia środowiska jest skazana na przegranie, ale nasz ruch zapisuję na plus, ponieważ odważyliśmy się okazać swój sprzeciw wobec przedmiotowego traktowania człowieka. Sprawa wciąż w toku. Aktualnie szpital chyba szuka biegłego, który stwierdzi, że Marko będąc na stole operacyjnym pod narkozą wyrwał chirurgowi narzędzie chirurgiczne i sam grzmotnął się w szczękę.
Trwało gorące lato, pełne niezapomnianych chwil, poranków, nocy, zapachów, aromatów, dźwięków.
Syn  młodszy nauczył nas tego, że nie zawsze jest tak, jak rodzice by chcieli – choćby chcieli jak najlepiej dla swego dziecia. Wówczas była to dla mnie trudna lekcja – dziś inaczej to oceniam. Jako naukę, a nie nauczkę.

SIERPIEŃ
W sierpniu spędziliśmy CUDOWNE chwile z przyjaciółmi nad jeziorami, na uroczym Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim. Wciąż pod powiekami mam widok tych wyjątkowych dni i nocy, wciąż słyszę, czuję, pamiętam, wspominam…

WRZESIEŃ
We wrześniu Jędruś skończył 14 lat.
Ja rzuciłam się w wir zatrzymania lata i jesieni w przetworach. Dzięki temu te smaki są wciąż z nami.
…i się nam wreszcie urzeczywistniać zaczęła dobra wieść w sprawie zawodowej ważnej!

PAŹDZIERNIK
Syn Duży rozpoczął (bez ogonów!!!) drugi rok studiów.
W październiku świętowałam kolejną rocznicę swoich urodzin.
Wystawiłam premierową i autorską inscenizację „Podróżni Tuwima” i w ogóle – odkryłam Tuwima nowego dla siebie – fascynacja jego twórczością wciąż trwa!

LISTOPAD
To kolejna rocznica naszego ślubu, czas refleksji, wspomnień – pięknych i ważnych dla nas chwil! Warto do nich wracać aby nie tracić z oka tego co nas związało i przyprowadziło tu gdzie jesteśmy i niech prowadzi dalej. I dalej… i jeszcze, i jeszcze!

GRUDZIEŃ
Kolejna premiera – tym razem inscenizacja bajki „O Królewnie Śnieżce i krasnoludkach”.
Wreszcie doczekaliśmy się sfinalizowania tego na co czekaliśmy prawie dwa lata – Marko awansował! I ten fakt, razem ze studenckimi sukcesami Syna Dużego, tworzą sens mijającego roku.

Taki właśnie był mój 2013 rok w dobrej odsłonie :)
A wszystko co mnie gniecie i o czym chcę zapomnieć – zapiszę dziś na karteczce i spalę przed północą. Niech się co złe spopieli w oparach odchodzącego 2013, a 2014 będzie lepszy, tylko lepszy.
Czego i Wszystkim zaglądającym do mnie życzę!

niedziela, 29 grudnia 2013

Za chwilkę koniec...

Na próżno wypatrywać śniegu i mrozów. Zima już była. Na Wielkanoc 2013 cała Polska lepiła bałwano_zające. My tam się cieszymy – zapasy w drewutni topnieją baaardzo powoli. Kilka dębowych polan i w domu robi się cieplutko i przytulnie. Ale zapewne już za kilkanaście dni zdanie zmienimy, kiedy to rozpoczniemy zimowe ferie i wzrośnie apetyt na zaśnieżony stok narciarski. Póki co z okien rozpościera się widok na dziwnie soczyście zielony o tej porze roku trawnik.
Rok mija kolejny. Przetruchtał szybciorem przez te 12 miesięcy, 52 tygodnie, 365 dni, a ileż godzin, minut i sekund życia! Może mu głupio, że ma tę „13” w końcówce i sam chce się już jak najszybciej skończyć? Dla nas nie był to na szczęście rok pechowy. A co tam! Pokonam swoją sceptyczną i krytyczną naturę i rzeknę nawet, że był dobry.  Udało się wreszcie sfinalizować coś ważnego w sferze zawodowej, to na co czekaliśmy prawie dwa lata. Dziecię studiujące, studiuje bez potknięć, dziecię młodsze odkryło w sobie pokłady ambicji w temacie własnej edukacji, wszyscy zdrowi (oprócz mnie, ale ponieważ zdrowa nie jestem od ponad ćwierć wieku, więc się nie liczy w kontekście plusów_minusów roku). Wolno, bez galopady, ale jednakże tendencja zwyżkowa. Ale o tym napiszę pewnie osobny post, kiedy spróbuję przespacerować się po tych MOICH 365 dniach mijającego roku.

środa, 25 grudnia 2013

Świętujemy sobie...

Wigilia jest najbardziej emocjonującym i emocjami nafaszerowanym dniem w roku. Jak świąteczny sernik rodzynkami, jak karp, jak kaczka i co tam kto czym jeszcze nadziewa. Czasami są to emocje trudne. Czasami przed nimi drżę. O dziwo okazało się po raz kolejny, że jak się człowiek za bardzo nie spina to wszystko samo się układa. Może ja naprawdę za bardzo chcę i za bardzo się staram? Aby było cacy_lili? Ach i och. A jak odpuszczę to jest po prostu... normalnie. Tak jak być powinno. Samo się robi. I nic nie fruwa w powietrzu.


…więc w te trwające wciąż święta jest u nas czas na wszystko – i na kolędowanie wniebogłosy, gdzie pierwszy głos jak zawsze należny do Dziadka (wszyscy obowiązkowo ze śpiewnikami w dłoniach aby nie pominąć mniej znanych zwrotek), i na sprawy ważne, i na całkiem błahe. Na śmichy-chichy i zadumę też. Ot, jak to w życiu. Wieczór wigilijny zakończyliśmy całą rodziną w naszym łóżku na oglądaniu starych fotek. Też pełno emocji, takich dobrych, przyjemnie łaskoczących w serce.
A wieczorem pierwszego dnia świąt każdy z nas znalazł czas aby robić coś dla siebie. Chłopaki urządzili sobie maraton NBA, Marko słucha muzyki, Faf obgryza wędzoną kość, którą otrzymał w prezencie od jednej z babć, kot śpi pod choinką, a ja jednym okiem oglądam odrestaurowaną wersję „Pana Wołodyjowskiego”, bajeczną jak ilustrowana księga baśni z tysiąca i jednej nocy, drugim zerkam na kurczaka, który marynuje się w cytrynie i aromatycznych przyprawach na jutrzejszy obiad, kiedy to będziemy rodzinnie i oficjalnie świętowali mężowy awans :)
Dodam jeszcze, że sernik to mi w tym roku wyszedł nieprzyzwoicie smaczny. Właściwie prawie się skończył. Za nic nie starczy na piątkowe spotkanie z Kotleciorami, kiedy to będziemy planowali Sylwestra…

poniedziałek, 23 grudnia 2013

I właśnie dziś zwolnij tempo

Cała jestem w maku, w maku… chciałoby się rzec frywolnie, ale niestety, tak fajnie to dnia nie spędziłam. Owszem wiłam się, ale nie na stole w grzesznych objęciach Bogusia Lindy, w rzeczonym maku, tylko miedzy stolnicą, a piekarnikiem. Ale udało mi się bez padania na pysk, wypiec trzy makowce. Z prawdziwego maku (dwukrotnie przez maszynkę ten teges), a nie masy makopodobnej. Poza tym oczywiście sernik z brzoskwiniami i miodownik z półtorej porcji. Będzie w sam raz do obdzielania gości. Ciasteczek w tym roku nie piekłam. Ani pierniczków. Tak jakoś cały czas nie mogłam się do nich zabrać. A później nie chciałam gnać. Nie chciałam.

Mamy taki rodzinny rytuał muzyczny – kiedy nadchodzi czas strojenia choinki i bożonarodzeniowego dekorowania domu, słuchamy płyt ze świąteczną muzyką, ale taką kosmicznie odległą od słodko-pierdzących (z przeproszeniem) lastkristamsów i podobnych. Jedna to „Bluesowa nowina” z bluesowymi wersjami kolęd i pastorałek – cudność nad cudnościami, ukojenie dla ucha, serca i duszy. Uwolniona od ckliwej i kiczowatej słodkości. Druga płyta to składanka wydana lata temu z „Machiną” – nawet nie wiem czy to pismo jeszcze funkcjonuje na rynku? Ale płyta to cacuszko – „Święty Spokój Mikołajów, czyli 12 Dań Na Świąteczny Stół” – polecam bardziej wyrafinowanym słuchaczom. Kiedy nasi chłopcy byli mali szczególnie uwielbiali zwariowaną piosenkę T-raperów Znad Wisły (Bałwany) - Kiedy pada śnieg:



Zresztą do tej pory kiedy słuchamy jej w samochodzie bujamy się wszyscy a wraz z nami cały wóz :)

A moją ulubioną bluesową około_świąteczną piosenkę dedykuję Wszystkim zaglądającym na mojego bloga:

Właśnie ten dzień

Dla najbliższych przyjaciół
Wolnej chwili ci brak
Ciągle tyle roboty
W pośpiechu cały czas
Tyle nowych problemów
Po prostu braknie sił
Zwariować można czasem
Przez ten codzienny młyn

Ale dziś zwolnij tempo
Bo po to właśnie ten dzień
Żebyś nie stracił wiary
We wszystko co ma sens

Życie dziś to nie żarty
Toczy się ostra gra
Po prostu nie ma miejsca
Na wiele ważnych spraw
Lecz choć los cię przyciśnie
Pewno jeszcze nieraz
To pamiętaj że zawsze
Nadziei promyk masz

I właśnie dziś zwolnij tempo
Bo po to właśnie ten dzień
Żebyś nie stracił wiary
We wszystko co ma sens

Tyle nowych problemów
Po prostu braknie sił
Zwariować można czasem
Przez ten codzienny młyn

Lecz właśnie dziś zwolnij tempo
Bo po to właśnie ten dzień
Żebyś nie stracił wiary
We wszystko co ma sens

[Sławek Wierzcholski i Nocna Zmiana Bluesa]

I tego życzę sobie i Wszystkim na te święta:
Zwolnienia tępa, aby nie przeoczyć tego co ma sens :)

piątek, 20 grudnia 2013

Firmowy śledzik

Na firmowym śledziku zestresowałam się.
No bo tak: okazało się, że wszyscy, wszystko mają już, już, już, a ja nic! No nic i już!
- Pasztet upiekłam wczoraj – było słychać zewsząd, pomiędzy śledziem pod białą pierzynką z jabłek i cebulki, a czerwonym, zbyt pieprznym, barszczem z cateringu  -  a ja dziś skręciłam mięso, bo piec będę jutro, uszka ulepione i zamrożone, u mnie też, bigos zawekowany, jutro namoczę mak, piernik kruszeje od tygodnia, karczek w marynacie, a dajesz jałowiec do marynaty, nie - tylko pieprz, a ja ziele, a ja tysioncpincet czegoś tam – już nie dosłyszałam bo przesunęłam się w drugi koniuszek sali. Tam trwała licytacja kto co komu z członków swej rodziny  w prezencie świątecznym zakupił i tak dowiedziałam się co będzie leżało pod choinką u 1/3 moich współpracowników.
Wszyscy mają pomyte okna i wyczyszczone wszelkie kątki i zakątki – a ja nic.
Poniektórzy ubrane choinki – a nasza nawet nie zakupiona.
I kiedy tak stałam spowita zapachem śledziowej cebuli i kompotu z suszu, pomyślałam sobie, że oto teleportowałam się do jakiegoś matrixu. Trwa wielkie oczekiwanie na święto obfitego stołu i bogatej choinki – szczególnie w to co pod nią będzie leżało. Gdzie w tym wszystkim istota tych świąt? Gdzie cisza betlejemskiej stajni, gdzie skromność, gdzie magia, gdzie radość wielka? I gdzie w tym wszystkim jestem ja? Bez umytej podłogi, bez zakupów, bez chęci? No gdzie? I najważniejsze – dlaczego tak jest? Co przeoczyłam?

środa, 18 grudnia 2013

Dialogi rodzinne i takie tam inne sprawy

- Nad czym tak dumasz? – podpytuję małoletniego syna, który zasiadł do (niezbyt) ulubionej czynności pt. „odrabianie” lekcji.
- Muszę napisać rozprawkę na temat jakiegoś cytatu z „Małego Księcia”. 
- I jaki wybrałeś?
- Najłatwiejszy – wzrusza ramionami i pokazuje mi cytat: „Dorośli są dziwni”.
Hm…
Przeczytałam później co też ten mój kochany nastolatek wyskrobał. Najbardziej zastanowiło mnie zdanie: „[…]ludzie dorośli zbyt mało uśmiechają się i rzadko śmieją”.
No, masz! Ciekawe gdzie on takie obserwacje poczynił? Bo jeśli we własnej chałupie, podczas podpatrywania najlepiej znanych mu dorosłych – to, hjuston, łi hef e problem.

Na mężową wigilię w firmie piekę sernik z brzoskwiniami i polewą czekoladową – ponoć ostatnio wszyscy byli zachwyceni. Plus śledzie w pomidorach z rodzynkami (3 kg OMG!). Jutro zaś przygotowania do wigilii klasowej Jędruli. Jędrek wpisał się na listę przy pozycji: chleb… Wyszło z pozoru skromnie, ale to będzie chleb pieczony w domu, prawdziwy, na zakwasie. Zrezygnuję tylko z dodania ziaren lnu, dzieciaki chyba nie za bardzo za nim przepadają. Postanowiłam, gratis, poza klasową „menu-listą” upiec kruche babeczki z biszkoptowym kapturkiem. Jędrek musi uprzedzić towarzystwo, aby uważnie wcinali – bo w jednej babeczce będzie czyhał grosik, nie tylko na szczęście ale i na ich zęby ;)
Na swoją firmową wigilię wpłaciłam kasę. Całe szczęście nie muszę nic na nią przygotowywać, co najwyżej siebie samą. By jakoś wyglądać na tle innych, zestrojonych kuleżanek. I nie mniej odświętnych kulegów.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Jakoś to będzie

Uf, maraton zawodowy, ale już za chwileczkę już za momencik będzie jakby wolniej, luźniej, ciszej, spokojniej. Później znowu eksplozja pracy w pracy i wreszcie nastanie fantastyczny czas ferii zimowych, na które naprawdę uczciwie zapracowywuję (się).
Od kiedy plany świąteczne nam się wyklarowyły, więcej spokoju we mnie. Jakoś to będzie – wiem, że nie powinno się tym podpierać swojej codzienności, ale co poradzę, że w chwilach opadnięcia rąk, właśnie to magiczne „jakośtobędzie” okazuje się najbardziej skutecznym rozwiązaniem. I cóż z tego, że tymczasowym. Przecież doraźnie można stosować plastry przeciwbólowe… Jakoś to będzie. Aby nie zatracić się w zamartwianiu, jakoś to będzie, aby nie myśleć, nie analizować. Po prostu jakoś to będzie.
Zbyt późno dekoruję dom świątecznymi ozdobami, ale nie było we mnie tego czasu oczekiwania na coś radosnego, nie mogłam się przemóc. Ale teraz… cóż… jakoś to będzie.

czwartek, 12 grudnia 2013

Bez tematu

W tym roku Mikołaj to ma gest. Najpierw wstawił mi do gospo nową pralkę, a teraz do garażu nowy samochód. Ku przeogromnej euforii Marko i nie ustępującemu sceptycyzmowi w moim wykonaniu. Emocje te dotyczą samochodu, nie pralki. A ponieważ Mikołaj wszystko pokrywał z naszego wspólnego konta, limit prezentów podchoinkowych został w naszej rodzinie „jakby” wyczerpany.

Klimat totalnie nieświąteczny. Zgnilizna mglista i w dodatku dobijające reklamy we wszelkich mediach. Staram się być na nie głucha i ślepa ale to takie trudne. W efekcie mam odruch odwrotny niż zakładają pijarowcy wszystkich firm świata – gdy słyszę lub widzę reklamę ze świątecznym akcentem – otrząsam się i prycham jak nie wiem co. Uciekam gdzie pieprz rośnie od sklepów, uf! Do tego jeszcze jakieś tam około_rodzinne zawirowania i finał jest taki, że brzydko mówiąc chciałabym te święta mieć już z głowy.
Akumulatory naładowane podczas fantastycznego koncertu TSA, na wyczerpaniu…


ps. A premiera „Śnieżki…” była udana. Fajnie jest być pomocnikiem Św. Mikołaja :)

sobota, 7 grudnia 2013

Aby do wiosny

Po ulepieniu 75. pierogów z kaszą gryczaną i serem fetą, zagnieceniu ciasta na 40 kruchych babeczek i spód do sernika, zamarynowaniu dwóch filetów kurczaka, zasiadłam się zrelaksować. Nie zaprzeczam – ze szklanicą zimnego piwa. W uszach dudni Black Sabbath z najnowszej trasy koncertowej. Zaraz przerzucamy się na TSA z 1982 roku. A jutro pomykamy na koncert współczesnego TSA. Byliśmy z 5 lat temu – byli cudni. Pewnie teraz tym bardziej.
Za oknem hula zimnica i ogólnie zima. W domu króluje rozbuchany kominek i w związku z tym mam w głębokim poważaniu Orkana Ksawerego, czy jak mu tam. Zima uderzyła wyjątkowo perfidnie. A nie mogłaby tak przyprószyć śnieżkiem, delikatnym mrozem zeszklić świat, słońcem to wszystko rozświetlić? Przywaliła z grubej rury i się dziwi, że ledwo przyszła, a wszyscy mają jej dość.
Kot w trybie nocnym szaleje pomiędzy doniczkami z kwiatami. Pies, po ostatniej aferze z policją niestety zamknięty w kojcu. W ramach troski o zwierzynę wszelaką, wirtualnie karmię pieska, któremu później jakiś realny sponsor kupi 25 kilo karmy, a sama realnie przygotowałam kulki z przemielonej słoniny, ziaren słonecznika i orkiszu. Dla sikorek.
I tak o – nieproszona, niechciana zima przyszła.



niedziela, 1 grudnia 2013

Nowa

Nader często zachodzę teraz do pomieszczenia gospo, które niespodziewanie zyskało na atrakcyjności. Albowiem gdyż zamieszkała w nim nowa pralka. Pralka jest śliczniutka, malutka, zgrabniutka i ma wyświetlacz niczym kokpit statku kosmicznego z Gwiezdnych Wojen. Elegancko do mnie miga i cuda wianki wygrywa gdy tylko programator czyni swoją powinność. Pewnie za jakiś czas ów dźwięk wyłączę, bo mi będzie szargał nerwy, ale póki co wsłuchuję się w jego automatyczne melodyjki i uspokajające mruczenie nowej pralki. Pasjonujących emocji dostarczyła mi lektura instrukcji obsługi – grubymi literami napisano między innymi, aby nie prać w pralce jedzenia i zwierząt. No cóż za przeoczenie technologiczne, a już miałam nadzieję, że w tej nowej da się wyprać kota. Albo na ten przykład lekko zleżałego kurczaka ;)
- Kiedy człowiek kupuje coś nowego to cieszy się podwójnie, nie sądzisz? - podstępnie zagaja Mężon - z ulgą pozbywa się starego, z radością zyskując coś nowego. 
Po czym znacząco zerknął w stronę garażu gdzie pomieszkuje nasz wysłużony, ale całkiem na dobrym chodzie samochód.
Ała! Czuję, że będzie bolało!