piątek, 20 grudnia 2013

Firmowy śledzik

Na firmowym śledziku zestresowałam się.
No bo tak: okazało się, że wszyscy, wszystko mają już, już, już, a ja nic! No nic i już!
- Pasztet upiekłam wczoraj – było słychać zewsząd, pomiędzy śledziem pod białą pierzynką z jabłek i cebulki, a czerwonym, zbyt pieprznym, barszczem z cateringu  -  a ja dziś skręciłam mięso, bo piec będę jutro, uszka ulepione i zamrożone, u mnie też, bigos zawekowany, jutro namoczę mak, piernik kruszeje od tygodnia, karczek w marynacie, a dajesz jałowiec do marynaty, nie - tylko pieprz, a ja ziele, a ja tysioncpincet czegoś tam – już nie dosłyszałam bo przesunęłam się w drugi koniuszek sali. Tam trwała licytacja kto co komu z członków swej rodziny  w prezencie świątecznym zakupił i tak dowiedziałam się co będzie leżało pod choinką u 1/3 moich współpracowników.
Wszyscy mają pomyte okna i wyczyszczone wszelkie kątki i zakątki – a ja nic.
Poniektórzy ubrane choinki – a nasza nawet nie zakupiona.
I kiedy tak stałam spowita zapachem śledziowej cebuli i kompotu z suszu, pomyślałam sobie, że oto teleportowałam się do jakiegoś matrixu. Trwa wielkie oczekiwanie na święto obfitego stołu i bogatej choinki – szczególnie w to co pod nią będzie leżało. Gdzie w tym wszystkim istota tych świąt? Gdzie cisza betlejemskiej stajni, gdzie skromność, gdzie magia, gdzie radość wielka? I gdzie w tym wszystkim jestem ja? Bez umytej podłogi, bez zakupów, bez chęci? No gdzie? I najważniejsze – dlaczego tak jest? Co przeoczyłam?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz