niedziela, 29 grudnia 2013

Za chwilkę koniec...

Na próżno wypatrywać śniegu i mrozów. Zima już była. Na Wielkanoc 2013 cała Polska lepiła bałwano_zające. My tam się cieszymy – zapasy w drewutni topnieją baaardzo powoli. Kilka dębowych polan i w domu robi się cieplutko i przytulnie. Ale zapewne już za kilkanaście dni zdanie zmienimy, kiedy to rozpoczniemy zimowe ferie i wzrośnie apetyt na zaśnieżony stok narciarski. Póki co z okien rozpościera się widok na dziwnie soczyście zielony o tej porze roku trawnik.
Rok mija kolejny. Przetruchtał szybciorem przez te 12 miesięcy, 52 tygodnie, 365 dni, a ileż godzin, minut i sekund życia! Może mu głupio, że ma tę „13” w końcówce i sam chce się już jak najszybciej skończyć? Dla nas nie był to na szczęście rok pechowy. A co tam! Pokonam swoją sceptyczną i krytyczną naturę i rzeknę nawet, że był dobry.  Udało się wreszcie sfinalizować coś ważnego w sferze zawodowej, to na co czekaliśmy prawie dwa lata. Dziecię studiujące, studiuje bez potknięć, dziecię młodsze odkryło w sobie pokłady ambicji w temacie własnej edukacji, wszyscy zdrowi (oprócz mnie, ale ponieważ zdrowa nie jestem od ponad ćwierć wieku, więc się nie liczy w kontekście plusów_minusów roku). Wolno, bez galopady, ale jednakże tendencja zwyżkowa. Ale o tym napiszę pewnie osobny post, kiedy spróbuję przespacerować się po tych MOICH 365 dniach mijającego roku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz