środa, 29 stycznia 2014

Brrr!

Sypie i sypie. Wieje, zawiewa, nawiewa, brr! Gęsty śnieg zaciera na horyzoncie linię ziemia – niebo. Kiedy spoglądam przez okno to zimno mi od samego patrzenia. Nie lubię zimy, nie lubię jej przejmującego zimna, mrozu, wiatru. Co za szczęście, że możemy sobie pozwolić na nie wychylanie nosów z domu. Pług śnieżny przebijający się na koniec naszej wsi usypał nam vis a vis furtki wyniosłą górkę. Nic tylko zainstalować wyciąg i łoić kasę. Drugą górkę usypał Jędrek przy tarasie - priv tor saneczkowy.
Ten darowany czas w środku zimy postanowiłam ostatecznie przebumelować i planu sumiennie się trzymam. Dziś na ten przykład 2/3 dnia spędziłam w łóżku z książką, laptopem i telefonem. Można pokusić się o interpretację, że spędziłam czas na szeroko pojętej konsumpcji kultury masowej oraz pogłębianiu więzi międzyludzkich. Czyż w takim ujęciu czytanie książki, śmiganie po Internecie i blisko dwugodzinna pogawędka przez telefon z przyjaciółką, nie nabiera głębszego znaczenia i sensu?
Uroczy dzień doprawdy. Na świat zerknęłam przez okno jeden raz i a kysz! zabierzcie ten widok sprzed mych oczu spragnionych słońca, ach, ach!

A teraz, parafrazując klasyka, zamykamy oczko prawe Misia-Rysia, zamykamy oczko lewe Misia-Rysia, i tym samym znika obraz ów:


...a teraz wizualizujemy obraz ów:


 ... i wraca wiara, że jest życie po zimie!



piątek, 24 stycznia 2014

Zimowy zastój

Przyszła zima, dziś nawet pełna uroku – lekko mroźna, puszysta, niemożliwie słoneczna i rozświetlona. Wraz z jej pierwszym podmuchem zahibernowałam się w domowych pieleszach. Resetuję całe swoje oprogramowanie ograniczając się do najprostszych dylematów życiowych (pranie, sprzątanie i co na obiad), koncentrując się jednakże na tych milszych: ach gdzieżby tu dzisiaj poczytać książkę – w łóżku czy może na kanapie w salonie tuż obok gorącego kominka. O dziwo, nawet nie śpię długo, jak to zwykle w dni wolne od pracy bywa. Po prostu szkoda mi czasu. Wstaję rano, kiedy reszta domowników jeszcze uśpiona. Wypakowuję zmywarkę, biorę gorący prysznic z widokiem na mroźną zimę. Wypijam kawę z mlekiem. Z premedytacją marnotrawię każdą godzinę na nicnierobienie. Robię w sobie miejsce na nowe wyzwania, obowiązki, plany, powrót do pracy. Ale póki co – wszystko to sio ode mnie!
Sobota, która tak absorbowała moją energię, minęła nadspodziewanie dobrze. Program artystyczny, który nie był w moim klimacie, ale nad którym sprawowałam służbową pieczę, udał się i był oklaskiwany szczerze i okraszany wybuchami śmiechu widowni (a był to kabaret, więc śmiech pożądany). Nie wierzyłam w jego powodzenie, bo ja wolę gdy scenę dominuje gra żywego człowieka, a nie wszechobecne multimedia. Tym razem, grupa, z którą współpracowałam miała inną wizję. Do końca byłam sceptyczna i nie wszystko mi się podobało. W końcu przyjęłam zasadę kompromisu – i aby tylko nie poobrażali, nie daj Boże, co bardziej wrażliwego ciała pedagogicznego, a tak to tam pal sześć! W końcu to ich impreza. No i się udało. Ku mojemu zaskoczeniu i radochy małolatów. Znowu usłyszałam: „I widzi sorka, udało się!”. Fajnie, fajnie.
A najfajniej, że minęło i mam to z głowy.

czwartek, 16 stycznia 2014

W oczekiwaniu na sobotę

Nie znoszę kiedy coś nade mną wisi. Coś co „muszę” i co nie do końca zależy ode mnie. Tylko na przykład od gromady małolatów, którzy wiadomo, że mają swoją jedynie słuszną wizję wszechświata, a ja MUSZĘ wypracować z nimi kompromis. Takie ich prawo i taki mój obowiązek.
W związku z nieoczekiwanym wejściem w nowy rok z przytupem, a raczej kuśtykiem, spędzam czas na L4. Ale tam - myli się ktoś sądząc, że żywcem obijam się od ścian chałupy, dojąc bezkarnie szanowną instytucję ubezpieczającą powszechnie nasze społeczeństwo. Niby nie pracuję, ale pracuję (łamię prawo, ha!). Nie potrafię tak w środku zostawić coś czego się podjęłam. W efekcie z niczego nie jestem zadowolona. Ani z postępów leczenia, ani z tego co realizuję zawodowo. W niczym nie mogę znaleźć spokoju. Niech minie ten tydzień. Niech… Albo chociaż niech już będzie sobota, godzina 22.00 – wówczas będę PO premierze i w perspektywie będę miała tylko jedno: F E R I E !

Kolega z pracy, taki, któremu się wydaje, że zasila grono męskich dowcipnych "szowinistów" (hłe, hłe), zobaczywszy mnie o kuli, rzekł:
- Ty to Agniecha zawsze byłaś potłuczona, jak to każda baba, a teraz jesteś w dodatku połamana, ha ha ha!!!
No jakie śmieszne, bo skonam.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

5 lat temu

Dokładnie 5 lat temu, na zupełnie innym portalu, kliknęłam na przycisk "utwórz bloga". Pierwszy wpis był tylko nic nie znaczącą  "próbą mikrofonu". Zupełnie nie wiedziałam co chcę z tym utworzonym przez siebie wirtualnym kącikiem zrobić. Samo się jakoś potoczyło.
Nic wielkiego dla ludzkości i wszechświata, ale dla mnie wciąż ważne miejsce, w którym pozostawiam ślady swojej (nie)przemijającej codzienności.
Dziękuję Wszystkim, którzy czasami na tę moją ścieżkę wejdą i podążają razem ze mną.
Dziękuję wam :)

czwartek, 9 stycznia 2014

Wpis dedykowany kotletowym podczytywaczom :P

Syn naszych przyjaciół, Maciuś, jako chłopię nie do końca jeszcze wyrosłe z wieku dziecięcego, posiada szeroki asortyment zabawek – dla mnie niezastąpiony magazyn rekwizytów do przedstawień i inscenizacji.  Ponadto jest namiętnym zbieraczem peruk, masek i innych dziwnych gadżetów – np. przyklejanych wąsów. Ostatnio do „Śnieżki” potrzebowałam strzelby dla myśliwego i sumiastych wąsów dla narratora – oczywiście w przepastnych zbiorach Maciusia wszystko się znalazło.
- A wiesz ciocia, ja to pamiętam, jak byłem jeszcze w przedszkolu i ty byłaś u nas z takim jednym teatrzykiem – podekscytowany zaczyna snuć Maciej.
- I co Maciuś, podobało ci się? – ucieszyłam się, że oto w dziecięcej świadomości zapisał się ślad mojej pracy.
- No wesoło było. Wiatrak się zepsuł, pamiętam.
O, rany jaki wiatrak? Grzebię w pamięci w inscenizacjach bajkowych, jakie mam na zawodowym koncie i jak nic do tego wiatraka pasuje mi tylko „Kot w butach”. Ale to przecież nie komedia, więc dlaczego wesoło? I na Boga, dlaczego się zepsuł? Nic takiego nie pamiętam. Co prawda kiedyś w trakcie epickiej sceny ukłucia Śpiącej Królewny przez wrzeciono, rypnęła scenografia na zasypiającą właśnie parę królewską, ale podobnej katastrofy podczas „Kota w butach” nie przypominam sobie. Pytam więc:
- Ale co się działo Maciuś, bo nie pamiętam, przewrócił się czy co?
- No nie kręcił się! – z pretensją w głosie rzekł Maciuś i utkwił we mnie wyczekujący wzrok.
- Ale co się Maciuś nie kręciło?
- Wiatrak się nie kręcił! A co to ciocia za wiatrak co się nie kręci?! Lipa i już.
Eh... a ja taka dumna byłam z tego kartonowego wiatraka wielkości rosłego przedszkolaka. No i proszę jak zaskakująco z pozoru nieistotne (dla mnie) drobiazgi pozostają w pamięci widzów. W każdym razie – w maciusiowej pamięci :)

niedziela, 5 stycznia 2014

W łóżku

Po mojej lewej stronie leży czytana od wczesnego popołudnia książka („Anna Karenina”, bo mam postanowienie na ten rok: nadrobić zaległości w klasyce). Po prawej – cierpliwie czekają na moje zmiłowanie ankiety ewaluacyjne, które powinnam niezwłocznie opracować. Za głową, nad łóżkiem stoi niedopita latte. W odległym prawym brzegu łóżka śpi zwinięty w supełek kot. A tuż przy lewym – stoi na straży, gotowa do wsparcia, kula. W środku – ja i laptop, który mnie jak widać zwabił. Obok nocnego stoliczka – pudło z moimi płóciennymi skarbami, bo gdy znuży mnie czytanie, komputer, ankiety (a fuj!) to sobie sięgam po igłę, pachnące płótna, gładkie koraliki i tworzę j’Aniołki na WOŚP’owe aukcje. 
W sumie to nawet dobrze zamknąć czasami swój świat do powierzchni szerokiego łóżka. Jest tu cichutko, bezpiecznie, przytulnie i nie docierają na ten pokład żadne groźne sygnały z lądu: że musisz, że powinnaś, że trzeba, że koniecznie, natychmiast i już. Bardzo mi tu dobrze i póki co nie wybieram się stąd nigdzie. Ahoj!

czwartek, 2 stycznia 2014

Mały krok, wielki skok

Zawsze chciałam być gwiazdą choćby Sylwestra i proszę – się mi w tym roku ziściło.
A było tak:
Zaprosili nas znajomi, którzy właśnie zamieszkali w nowym domu. Dumni właściciele oprowadzali nas po swoim wymarzonym gniazdku. Podreptaliśmy też popodziwiać wszystko co udało się im przed zimą zrobić wokół domu – w tym rozpoczętą budowę… stawiku wodnego, ekhem, ekhem! Później jak to w Sylwestra trwała impreza. Nastała północ i wystrzelił szampan, w ruch poszły baloniki, serpentyny. Po czym wyszliśmy wszyscy do ogrodu aby puścić w niebo race, petardy i rozpalić ognisko. 
- Kama zrobię ci fotkę jak rozpalasz ognicho! – wykrzyknęłam i aby mieć lepsze ujęcie gospodyni, zrobiłam krok do tyłu. 
I ten jeden krok w tył przybliżył mnie właśnie do tego aby zostać gwiazdą sylwestrowej nocy. Albowiem gdyż zanurkowałam w błotnistym dnie kopanego stawu. Z aparatem fotograficznym, telefonem i całą sobą po czubek głowy, zestrojoną jak to na Sylwestra, choćby domowego, się człek stroi. Po zażyciu błotnej kąpieli, wylądowałam z kolei za sprawę wszystkich sylwestrowych gości w nowej, pięknej kabinie prysznicowej, w nowym, ogromnym salonie kąpielowym naszych gospodarzy. Cała impreza w związku z tym przeniosła się pod drzwi tegoż salonu, no bo wszyscy, wszyscy koniecznie chcieli wiedzieć czy nic mi się nie stało. Czy żyję. I takie tam. Mężon spode drzwi koordynował akcją i nieustannie zadawał mi strategiczne pytanie:
- Oj, Niuśka, po coś ty tam łaziła w ogóle? (!!!)
Szymon przeszukał swą garderobę (bo mi gabarytowo bliżej do gospodarza niż filigranowej gospodyni) i przez półprzymknięte drzwi wcisnął elegancki zestaw dresowy w kolorze wieczorowym – czyli czarnym. Plus szare, puchate skarpetki do kompletu. Chyba dostał pod choinkę, bo były nowe. Ale najwspanialsza okazała się reakcja Kamili, która wiedziała, że podstawowym zestawem ratunkowym dla kobiety w mojej sytuacji jest… kosmetyczka z pudrem, tuszem, cieniami i etc. Kamciu – byłaś cudowna!
Wytrwałam do umówionej taxi, czyli do 3, i krokiem lekko kuśtykającym pokonałam krótki odcinek chodniczka – od furtki do drzwi domu. Rankiem okazało się, że jestem kaleką. Z opuchniętą stopą prawą, i paskudnie rwącym kolanem lewym. Z pomocą kijów do nordic walking dotarłam do samochodu i pomknęliśmy do szpitala. Tam Mężon miał niesamowity ubaw transportowania mnie wózkiem inwalidzkim pomiędzy gabinetem RTG a izbą przyjęć.
A teraz poruszam się po domu o kulach z prędkością jeden metr na godzinę i wciąż się zastanawiam czy ten jeden krok w tył przybliżył mnie do głupoty czy życiowej mądrości?


ps. Zapomniałam dodać, że to ja wylosowałam ciasteczko szczęścia z grosikiem na nowy rok, więc mniemam, że limit pecha na 2014 już wyczerpałam :)

A na koniec butelka dla Kamy i Szymka oraz j'Aniołek Stróż na ich nowy domek: