piątek, 24 stycznia 2014

Zimowy zastój

Przyszła zima, dziś nawet pełna uroku – lekko mroźna, puszysta, niemożliwie słoneczna i rozświetlona. Wraz z jej pierwszym podmuchem zahibernowałam się w domowych pieleszach. Resetuję całe swoje oprogramowanie ograniczając się do najprostszych dylematów życiowych (pranie, sprzątanie i co na obiad), koncentrując się jednakże na tych milszych: ach gdzieżby tu dzisiaj poczytać książkę – w łóżku czy może na kanapie w salonie tuż obok gorącego kominka. O dziwo, nawet nie śpię długo, jak to zwykle w dni wolne od pracy bywa. Po prostu szkoda mi czasu. Wstaję rano, kiedy reszta domowników jeszcze uśpiona. Wypakowuję zmywarkę, biorę gorący prysznic z widokiem na mroźną zimę. Wypijam kawę z mlekiem. Z premedytacją marnotrawię każdą godzinę na nicnierobienie. Robię w sobie miejsce na nowe wyzwania, obowiązki, plany, powrót do pracy. Ale póki co – wszystko to sio ode mnie!
Sobota, która tak absorbowała moją energię, minęła nadspodziewanie dobrze. Program artystyczny, który nie był w moim klimacie, ale nad którym sprawowałam służbową pieczę, udał się i był oklaskiwany szczerze i okraszany wybuchami śmiechu widowni (a był to kabaret, więc śmiech pożądany). Nie wierzyłam w jego powodzenie, bo ja wolę gdy scenę dominuje gra żywego człowieka, a nie wszechobecne multimedia. Tym razem, grupa, z którą współpracowałam miała inną wizję. Do końca byłam sceptyczna i nie wszystko mi się podobało. W końcu przyjęłam zasadę kompromisu – i aby tylko nie poobrażali, nie daj Boże, co bardziej wrażliwego ciała pedagogicznego, a tak to tam pal sześć! W końcu to ich impreza. No i się udało. Ku mojemu zaskoczeniu i radochy małolatów. Znowu usłyszałam: „I widzi sorka, udało się!”. Fajnie, fajnie.
A najfajniej, że minęło i mam to z głowy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz