poniedziałek, 17 lutego 2014

"Budzić się i chodzić spać we własnym niebie"

Wiem, jestem nudna z celebrowaniem rocznic wszelakich, ale lubię o nich pamiętać. Sprzyjają refleksjom, przywołują wspomnienia, motywują do snucia dalszych planów, mobilizują do działania. Porządkują nasz świat. Ten zwykły, codzienny, od poniedziałku do niedzieli, od wiosny do zimy, od rana po zmierzch. Od wbicia pierwszego szpadla w twardą ziemię, po… kolejną smugę dymu z komina własnego domu.
Dziś mija 4 lata od kiedy mamy swój prawdziwy dom. W sensie fizycznym, bo mentalnie mamy go od dawna. Ale od 4 lat mamy SWOJE cztery kąty, gdzie kominek piąty, SWOJE najbezpieczniejsze miejsce na ziemi. SWÓJ azyl. SWÓJ dom!
Kiedy powstawał, w miarę systematycznie prowadziłam zapiski, coś w stylu wariacji na temat dziennika budowy. Później wszystko wzbogaciłam o fotografie, fragmenty prowadzonego już wówczas bloga i „wydałam” (no dobra, sama wydrukowałam na domowej drukarce) jedyny egzemplarz „książki” pt. „Budzić się i chodzić spać we własnym niebie”. A był to prezent dla Głównego Budowniczego i pierwszego entuzjasty naszego domu. Bo gdyby nie On, to domu by nie było. Ja się bałam, a on do strachliwych nie należy.

Nasze pierwsze, chwilowe "mieszkanie" to był, jak to zwykle wśród naszych rówieśników bywało - pokój u rodziców. Później kilka lat mieszkaliśmy w niewielkiej kawalerce na drugim piętrze - boszzz... jak tam było cudnie! No i życie towarzyskie to tętniło dniami i nocami, drzwi się nie zamykały. Na ścianach nie było trendy kafli, a pranie wieszałam na takiej dziwnej zaokiennej konstrukcji. Przez jakiś czas nie mieliśmy nawet pralki automatycznej... Okna wychodziły troszkę na dziki skwerek porośnięty wysokimi drzewami, troszkę na pobliskie lotnisko. Następnie wylądowaliśmy we miarę obszernym 64-metrowym mieszkaniu z dużym balkonem, na pierwszym piętrze wieżowca. Stało się bardziej rodzinne - nam przybywało lat, urodził się Jędruś, znajomi odpływali w świat. Okna wychodziły na gwarne podwórko z brzydkim, metalowym placem zabaw. W tym mieszkaniu pewnego dnia Marek powiedział:
- Wybudujemy dom.
Ja popukałam się w czoło i długo kategorycznie wołałam NIE. Abstrakcja totalna, dom, też coś!
Kiedy po jakimś czasie Marek, przed wyjściem do pracy zostawił przyczepioną do ściany kartkę:


... poddałam się.
I całe szczęście :)



 ps. A tytuł "książki" zaczerpnięty z pięknej piosenki Lady Pank "Zawsze tam gdzie ty":

3 komentarze:

  1. Jak to przy okazji rocznic, składam gratulacje i najlepsze życzenia. Niech dom stoi długo, niech się w nim bawią wasze wnuki i prawnuki...
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nifko dzięki, dzięki, dzięki za życzenie - właśnie tak mi się marzy :-)

      Usuń
  2. Ja do życzeń się dołączam :-) pomysł stworzenia książki jest świetny :-)

    OdpowiedzUsuń