niedziela, 16 marca 2014

Pochorobowo

Tak się memu organizmu ostatnio porobiło, że się wziął zrobił mało odporny na stres. A stało się to z chwilą gdy postanowiłam się (niby) nie przejmować. Niech tam po mnie spłynie, mam to gdzieś, nie mam na to wpływu, jakoś to będzie, trudno, alleluja i do przodu. Ale okazuje się, że nie ma tak łatwo. Zero reakcji, wdech, wydech, zamykam oczy, wizualizuję taką złotą, pustą plażę nad lazurowym morzem, dwie palemki, pomiędzy nimi hamak, w hamaku ja. I nagle łup! silny ból w okolicach serca zgina mnie w pół i podsuwa koszmarne wizje końca. Lekarz z uśmiechem na twarzy mówi:
- Proszę pani, serce to ma pani tu, a tu, to panią nerwoból zaatakował.
No masz! Trzymało mnie prawie półtora tygodnia. 
Następna (taka) sytuacja:
Skończyła się była stresogenna kilkutygodniowa sprawa i łup – dosłownie w jednej chwili czuję jak w oczy, gardło, uszy, nos wciska mi się wielki, kolczasty OBCY, który wyłącza mnie z życia na trzy dni. Takie tam przeziębienie, a wtłoczyło mnie do łóżka, nie puściło do pracy. Kiedyś mi się to nie zdarzało. Zakichana, zakatarzona prułam do roboty, bo trzeba, bo mus, bo się firma beze mnie zawali. Eh.
Krótko mówiąc, znowu „zaserwowałam” sobie przerwę w pracy. I niestety nie strwoniłam jej na czytanie, czy nawet mało absorbujące oglądanie filmów. Ja po prostu ten czas prawie przespałam…
Na parapecie, zakwitły hiacynty w słodkich metalowych wiadereczkach z biedry, i nawet nie poczułam ich zapachu. Żółte krokusy rozsiadły się na nagiej rabatce widocznej z okna kuchennego. Ptaszki przestały przylatywać do karmnika, a bardziej zainteresowały się budkami lęgowymi na olchach. Słońce rozpoczęło wędrówkę z lewego krańca salonu i już jest w połowie drogi do prawego – wczesnym przedpołudniem zalewa blaskiem cały salon i bezlitośnie rozświetla najdrobniejszy kurz na podłodze. 
Idzie wiosna. Choć na razie jakaś taka rozzłoszczona. Ale jej przejdzie. I będzie piękna.


A na stres dobra jest praca, choćby (para)artystyczna:






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz