poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Po

A kiedy już nie mogliśmy patrzeć na mazurki, zajączki kicające po stole i kurczaki kwilące w koszyczku… I kiedy goście pojechali… Szczególnie zaś ci, którzy mają wybitny talent do zagęszczania atmosfery… Więc kiedy już było prawie po świętach, wskoczyliśmy na rowery dwa i zostawiwszy zmywarkę z pękającą w szwach zawartością, pojechaliśmy wałem do dwóch mostów – kolejowego i drogowego. Nad nami szybowały bociany i białe obłoczki, pod nogami zaś, w trawie, kwitły uroczo żółte kwiatuszki. Mijaliśmy drzewa ponadgryzane przez bobry. Panów wędkarzy, sączących w cieniu nadrzecznych wierzb piwko - pewnie tak jak i my uciekli od świątecznych stołów.
Nie my jedni tego dnia wytachaliśmy rowerki. Przed zachodem słońca zadzwoniła Wandzia.
- Słuchaj, jestem na rowerowej przejażdżce niedaleko was, wpadnę na herbatę, pod warunkiem, że nie będziecie kazali mi nic jeść.
Obiecałam Wandzi, że nawet nie będzie musiała przechodzić obok stołu, tylko prosto spod furtki sruu na ławeczkę-bujaweczkę.
A jutro nowy dzień, nowe wyzwania, nowe oczekiwania. Ot, karuzela codzienności.










3 komentarze:

  1. szczęśliwi, którzy nie mają zepsutej zmywarki... ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne znajome okolice:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakie piękne widoki :)

    Ja coraz częściej od stołu świątecznego uciakam na spacery, męczy mnie takie siedzenie i jedzenie

    OdpowiedzUsuń