wtorek, 17 czerwca 2014

Co to jest spalony? Lekcja numer 2008.

No i dałam się wciągnąć. W obstawianie meczów. Zeszyt prowadzi Jędrek i codziennie odbywa się typowanie. Podobne zakłady są u Marka w pracy. Jeśli wynik wejdzie dokładnie – dostaje się 2 pkt., jeśli wytypuje się tylko zwycięzcę (lub remis) – 1 pkt. Każdy do puli wrzucił po dwie dychy. Na koniec całość zgarnie ten, kto zgromadzi największą ilość punktów. Proste. To samo mamy w domu.
Meżon, wykorzystując moje zainteresowanie futbolem, po raz dwa tysiące ósmy tłumaczy mi co to jest spalony. Tłumaczy poglądowo, przy pomocy dostępnych na stoliku akcesoriów:
- Tu jest bramka (jego telefon) i bramkarz Meksyku (moje kolczyki). Tu jest zawodnik Meksyku (szklanka z moim truskawkowym smoothie), tu jest ostatni obrońca brazylijski (szklanka z piwem - jego), rozumiesz? – upewnia się Mężon.
- No tak – potwierdzam na wszelki wypadek, bo co go będę stresować?
- I teaaraz, z pooola, zawodnik brazyliiijski (miska truskawek) podaje piłkę (truskawka), czyli kopie, i aby nie było spalonego to… – kontynuuje – rozumiesz?
- Tak, no teraz już czaję – staram się brzmieć przekonująco.
- Ale ty rozumiesz naprawdę czy tylko tak udajesz? – denerwuje się Mężon – bo już któryś raz ci to tłumaczę, a ty nadal nic!
Łomatko. A tak się starałam!


ps. Brazylia-Meksyk 0:0. Punkt wędruje do Michała, tylko on obstawiał remis, ja, ożeżorzeszek - 3:1. Chyba muszę się wgłębić w temat!

niedziela, 15 czerwca 2014

Piłka jest okrągła i takie tam przy południowej kawie

Zaszyłam się w ciszy sypialni by we względnym spokoju wypić drugą dziś kawę. Nasz dom zamienił się w sportowe centrum komentatorskie. Za oceanem w jednej Ameryce ruszyły mistrzostwa świata w nożną, a w drugiej finałowe rozgrywki NBA. Pomiędzy jednym a drugim oczywiście F1 się wciśnie i samochodowy dwudziestoczterogodzinny maraton Le Mans. Obstawione wszystkie TV i laptopy osobiste, w tym czasami nawet mój! I się na to godzę! Ech. Finałowy mecz mistrzostw obejrzymy już wakacyjnie na obcej ziemi. Bo w tym roku postanowiliśmy zaszaleć i popodziwiać południe Europy. Zdecydowanie moczenie tyłka w Adriatyku jest kuszącą perspektywą. Wybieramy się wspólnie z przyjaciółmi, więc zapowiada się piękny czas. Przewodniki kupione, niezbędna papierologia pozałatwiana, teraz aby tylko doczekać początku urlopu, końca roku szkolnego/akademickiego, międzyczasie dmuchać i chuchać na kasę na koncie i można pakować walizki :)
Największy problem, jak na razie, mamy ze zwierzakami. A właściwie z psem, bo kot wiadomo – aby micha pełna, kuweta czysta i totalna ignorancja czyja ręka to czyni. Ale z Fafem sprawa jest bardziej skomplikowana. Póki co obsługi zwierząt – szczególnie psa – Marko uczy swoją matkę. Bywa komicznie.

Kawa dopita, gnam do ogródka, bo poziomki się wzięły i wściekły w tym roku. Ogrom!

wtorek, 10 czerwca 2014

Był maj, jest czerwiec...

Któregoś dnia, wczesnym rankiem, kiedy jeszcze wszyscy spali, wymknęłam się wraz z Kicią na taras. Ja piłam herbatę, czytałam książkę, kotka zaś czmychnęła do warzywnika, bo ostatnimi czasy jest bardzo zainteresowana tym, co tam się dzieje. Poszłam i ja popatrzeć jak też się mają moje rzodkiewki, sałaty, truskawki i inne takie tam… Wilgotny i momentami upalny maj, sprzyjał głównie chwastom. Szubrawce, rosną szybciej niż moja motywacja, by systematycznie pielić ogródek.  Mięta się rozszalała i zatarasowała wejście do warzywnika. Muszę ją przesadzić w jakieś miejsce, gdzie będzie miała większą swobodę. Na olchach, w jednej z budek lęgowych wydzierały się małe pisklaki. Kotka ciekawie unosiła łepek i nasłuchiwała. Kiedy już pooglądałam wszystkie kwiatki, rabatki i mszyce na różach, psia mać, zapach upieczonego chleba ściągnął mnie do domu.

Tak właśnie skończył się maj, a ja nawet tego nie dostrzegłam! Teraz trzeba czekać cały rok na kolejny. A przecież maj, piękny maj powinien trwać przynajmniej 62 dni. Aby człowiek zdążył nasycić się tą soczystą zielenią, eksplozją aromatów – najpierw delikatnych lilaków, później słodkich akacji, wreszcie dusznych czarnych bzów. Ech… kalendarz nie zna litości. Czerwiec z marszu otulił świat upojnym zapachem jaśminu. Na horyzoncie wakacje. Niestety jak to zwykle przed wakacjami, rośnie stosik rzeczy pilnych, na już, teraz, a właściwie wczoraj. Gubię się w takim chaosie, do którego przecież sama się przykładam, odsuwając po drodze mniej pilne sprawy na skrajne brzegi biurka, hodując, z przeproszeniem, kupki pt. „zrobię później”. No i niestety to „później” nadeszło…