czwartek, 31 lipca 2014

Nie jestem!

Ja nie jestem idealna. Nie mam wybłyszczonego na tip_top domu, czasami nie chce mi się umyć okien. Nie mam idealnych wymiarów, ani idealnie skomponowanej garderoby stosownie do dnia, nocy, pory i nie w porę też. Nie jestem najmądrzejsza z najmądrzejszych, nie wiem wszystkiego, nie na każdy temat mam zdanie, rację i jedynie słuszną wizję świata. Nie jestem nieomylna, nie jestem pewna siebie ani swego, ale można być mnie pewnym – zawsze coś! Nie mam w kosmetyczce ani jednej czerwonej szminki, a w garderobie ani jednej pary czerwonych szpilek. I co z tego?
I naprawdę wierzę, że na naszym pięknym i urozmaiconym świecie, są ludzie idealni. Nie ma potrzeby aby to udowadniali mi na każdym kroku, gestem, słowem, mądrą miną, odpowiednim tembrem głosu, wystudiowanym gestem dłoni, uniesionym w górę podbródkiem, każdym zdaniem rozpoczynanym od zaimka „JA”. Wierzę. Gratuluję. Brawo, hip hip hurra.
A teraz kiedy wszystko jest jasne – proszę pozwolić mi pozostać nieidealną. I o swojej idealności mnie nie przekonywać, bo już przecież wiem i brawo biję.

Tymczasem żar leje się z nieba. Warzywnik w chaszczach, a w nich komary i żaby. A tych się boję. Zepsuł się piekarnik i jak ja teraz mam upiec chleb? Wszyscy znajomi i nieznajomi elektrycy na urlopach, do serwisu nie mogę się dodzwonić. Dziesięć kilo ogórków czeka na sól, koper, czosnek i moje zmiłowanie. Krzyś dzwoni, że całą noc śnił się mu mój sos do wołowiny, a Wojtuś tęskni za galaretką z poziomkami. Koleżanka oglądająca fotki z naszych wakacji rzekła, że „nawet fajnie wyglądałaś w bikini” – co za wyszukany komplement, juhu!

poniedziałek, 28 lipca 2014

Upal_nie

I cóż, że upał? W końcu jest lato, wakacje. Niestrudzone cytrynki pląsają od kwiatka do kwiatka. A te omdlewają za dnia, by wieczorem roztańczyć się radośnie w zbawiennym prysznicu wody ze zraszacza. Byliśmy pierwszy raz w tym roku nad „naszym” dzikim mini jeziorkiem. Coraz trudniejszy dojazd przez las, łąki i miedzę uprawnych pól powoduje, że mniej ludzi dociera tu samochodami. Rowerami i piechotką chyba im się nie chce i efekt jest taki, że jeziorko dzikie coraz bardziej. Ile to już lat przyjeżdżamy w to miejsce? Więcej niż ma nasz Michał… Lubimy tu być. Tyle wspomnień...
Przez ostatni rok zejście nieznacznie zarosło wodnymi roślinkami, ale nie jest zbyt uciążliwe. Jeśli mi to nie przeszkadza, a nie znoszę dotyku wodnych roślin na skórze, to naprawdę nie jest źle. Woda orzeźwiająca. Wspaniała. Wieczorem zabieramy Fafa nad rzekę – jemu też należy się dająca wytchnienie kąpiel. 

O wschodzie słońca bociany z gniazda po sąsiedzku, przesiadują na „naszym” słupie elektrycznym. Przekomicznie wyglądają. Faf wpatruje się w nie jak sroka w gnat i szczeka zawzięcie gdy tylko boćki zmieniają nogę. Passiflora co chwilę uśmiecha się do mnie nowym kwiatem. W środę zapowiedział się Wojtuś z rodzicami. Na obiad zamówił „zupę_romana”. I dopytywał o poziomki. Na wszelki wypadek zamroziłam kilka garstek specjalnie dla niego. W kręgu na ognisko wyrósł nam krzaczek pomidora koralikowego i tym samym ognisk to u nas nie będzie. Przynajmniej do póki krzaczek nie wyda pomidorków. Na razie kwitnie. Niezbyt obficie, ale jednak.

Pięknie jest. Choć warzywnik zarósł tak chwastem, że Marko straszy, że zaorze. Niech no tylko upał odpuści…






sobota, 26 lipca 2014

Czarnogórska kronika - cz. 5 ostatnia

FALOWANIE, PLAŻOWANIE I BYE BYE ADRIATYKU!
13 lipca, niedziela

W niedzielę ponownie udajemy się na Valdanos. Chcemy nazbierać kamyczków, które posłużą nam do ozdabiania butelek rakii, oliwy i kostek mydeł oliwkowych. Niestety po raz pierwszy, gwałtowna zmiana pogody, przepędza nas znad morza. Tego dnia mamy jednak w planie wizytę w niepowtarzalnej jak się okaże, tawernie rybnej „Amfora”, którą prowadzi dwóch braci – oryginałów jakich wśród restauratorów ze świecą szukać, jak mniemam. Klimat tego miejsca, pracujący tu ludzie, cała otoczka towarzysząca JEDZENIU, jest urocza i zapada w pamięci. Błyskawicznie zostaje dla nas zorganizowane miejsce na zadaszonym tarasie z widokiem na promenadę, prowadzącą na stare miasto. Błyskawicznie też na stół wjeżdża rakija, która ma głęboki, śliwkowy smak. Zanim zamawiamy kolację podjeżdża stół z prezentacją ryb. Gospodarze – dwaj bracia – na zmianę urządzają nam festiwal swoich umiejętności, czaru, gościnności. Jeden z nich w młodości był znanym w regionie poławiaczem owoców morza – o czym informują liczne dyplomy, fotografie i wycinki ze starych gazet, wiszące na ścianach knajpki. Bracia z zapałem i pasją opowiadają o walorach każdej ryby. Dokładnie ta, a nie inna sztuka przez nas wybrana, będzie przygotowana na nasz talerz. Kiedy gotowe dania lądują na stole - zapiera nam dech! Co za widok, co za zapach! A smak! Gospodarz na życzenie gościa wprawnym ruchem filetuje rybę, odkładając wycięte kawałki na oddzielny talerz. Dodatkowo mamy pokaz pięknych okazów langusty i każdy z nas otrzymuje deser – tutejsze naleśniki, z ciasta (chyba) filo, z nadzieniem ze słodkich jak nie wiem co fig. A kto by tam się w takich chwilach przejmował kaloriami! I pal licho rachunek, którego wysokość, nie jest w stanie odebrać nam radości tej chwili. Rozrzutnym gestem zostawiamy napiwek i „Amforę” opuszczamy ZACHWYCENI. W drzwiach, gospodarz każdemu z nas podaje rękę na pożegnanie.
Prawie nocą oglądamy finałowy mecz Mundialu Argentyna –Niemcy. Kibicujemy Argentynie, wygrywają Niemcy, coś nie mamy nosa ani szczęścia do typowania.




14 lipca, poniedziałek 
Słoneczny dzień spędzamy na plaży piaszczystej. Chwile w kojących falach Adriatyku, w mieniących barwach lazuru, błękitu i szmaragdu dają tyle wyciszającego spokoju. Kiedy znudzi mi się słona woda, wyciągam się na wygodnym łóżku plażowym, czytam książkę - wspomnienia o Annie German, albo obrabiam szydełkiem kamyczki z Adriatyku. Gabrysia i Blanka oczywiście podsuwają mi wiadereczko ze swoimi kamyczkowymi skarbami – no jak im odmówić? Więc szydełkuję zawzięcie, opalając plecki. Tego dnia zjadamy pizzę w plażowej knajpce. Jak zwykle podziwiamy kucharza podczas pracy, który na naszych oczach przygotowuje ze świeżego ciasta zamówione przez nas pizze. Obserwujemy też proces pieczenia - w piecu chlebowym mieszczą się 3 krążki. Po około 4 minutach pizza gotowa i pyyyszna :)

15 lipca, wtorek
Dzień na plaży. Adriatyk otula mnie swoimi falami, gładzi moją skórę solą. Jestem zrelaksowana jak nigdy. Słona, morska woda, słońce, cudowne samopoczucie ostatecznie rozprawiają się z resztkami moich zmian łuszczycowych. Moja skóra jest aksamitnie gładka… co za wspaniałe uczucie… Nie mogę się nim nacieszyć, często gładzę swoje ramiona. Spaceruję wzdłuż brzegu, który jest tak odmienny od polskiego nadbałtyckiego. Nie ma muszelek, a raczej są w ilościach śladowych. Mimo wszystko jest to takie miłe. Chwilo, piękna trwaj! Albo przynajmniej zapisz się w mej pamięci na długi czas. Bym miała z czego czerpać na kolejne miesiące.
Ostatnia kąpiel w morzu. Dotykam ustami słonych fal, dziękuję za ten piękny czas. O dziwo nie czuję smutku, że to już koniec. Wracam pełna cudownych przeżyć i emocji. Silna i przepełniona pozytywną energią .
Wieczorem idziemy z Marko i z Synami ponownie na wzgórze Starego Miasta, by jeszcze raz, dokładniej pospacerować jego zaułkami. Wspinamy się wąskimi labiryntami kamiennych uliczek, ciekawie zaglądając za mury mijanych obejść. Co za miejsce! Układ krętych i miejscami stromych uliczek zachował się od średniowiecza, pomimo tego, że stare miasto dość mocno ucierpiało podczas trzęsienia ziemi, które nawiedziło Ulcinj w 1979 roku. Zostało jednak odbudowane, wciąż widać trwające prace remontowe, które starają się wiernie zachować dawny charakter zabudowy. Większość budynków została zaadoptowana na hoteliki, pensjonaty, tawerny i restorany. Zewsząd roztacza się piękny widok na morze i pozostałą część miasta. W miniaturowych ogródkach dostrzegam wierzchołki palm, drzew pomarańczowych i wszechobecnej winorośli. Ciasne uliczki zyskują na uroku dzięki temu, że są praktycznie puste. Nie wiem czy to turyści są zbyt leniwi i nie chce im się wspinać, czy może to my wdarliśmy się na prywatne tereny?




Wieczór spędzamy z Marzenką i Grzesiem na tarasie. Wspominamy kończący się nasz wspólny pobyt w Czarnogórze. Nad nami niezmordowanie wisi Wielki Wóz, za kilkadziesiąt godzin będziemy podziwiali go z tarasu naszego domu.

16 lipca, środa 
Pakowanie na powrót idzie nam sprawnie. Mamy nawet czas na ostatnią kawę i miętę na tarasie. Czarnogóra żegna nas pięknym słońcem, błękitnym niebem. Wijącą drogą podróżujemy znowu mając z jednej strony góry, a z drugiej błękitną taflę Adriatyku. Pomiędzy zaś, przyklejone do skał niskie zabudowy kolejno mijanych miasteczek. Tym razem bez żalu rezygnujemy z pozornie krótszej drogi przez Bośnię i stawiamy na Magistrale Adriatycką i autostradę Chorwacji. Wcześniej jednak skracamy trasę Boki Kotorskiej i decydujemy się na przeprawę promową Lepetane-Kamenari, dzięki czemu zyskujemy około 80 kilometrów, co w górzystych warunkach przekłada się na dobre półtorej godziny jazdy, promem płynęliśmy może 10 minut?


W Chorwacji postanawiamy odwiedzić podobno jedną z najpiękniejszych Starówek świata – w Dubrovniku. Rzeczywiście robi na nas wrażenie. Spacerujemy ulicami niewiele ponad godzinę, czujemy niedosyt, ale przecież przed nami długa droga. Zatrzymujemy się w cieniu imponującej Fontanny Onufrego i urządzamy wyścigi z lodami – czy my pierwsi je zjemy, czy one się wcześniej rozpuszczą. Jest bardzo gorąco i duszno. W Czarnogórze zupełnie nie odczuwałam trudów wysokich temperatur. Chyba było bardziej rześko, albo po prostu taki dzień…







W niewielkim portowym miasteczku Baćina, przed wjazdem na autostradę, zatrzymujemy się na późny obiad. Przed nami najtrudniejsza część podróży, nocna. Granicę Polski przekraczamy około 10 rano w czwartek. Nasza podróż była długa, ale dzięki kierowcom – Grzesiowi i Markowi bardzo bezpieczna pomimo odległości i trudnych tras górskich. Poza granicami Polski bardzo przydało się do kontaktu pomiędzy dwoma samochodami CB radio. Nie narażaliśmy się niepotrzebnie na kosztowne poza UE rozmowy komórkowe (w Czarnogórze, w zależności od sieci od 3 do 6 złotych za minutę!), a poza tym dodawało to naszemu podróżowaniu uroku i humoru. Hasłem było nie charakterystyczne dla CBradiowców „mobilki, mobilki” tylko kabaretowe „Halo, halo Mietku jak mnie słyszysz?”, odzew to oczywiście „Halo, halo Franku słyszę cię bardzo dobrze”.
Dom czekał na nas z obojętnym kotem, obrażonym psem, dokarmionym zakwasem do chleba i napojonymi kwiatami w ogrodzie. Wieczorem, kiedy wieszałam na sznurze pierwszą turę prania, zerknęłam w niebo. Tak jak myślałam - nad naszym domem wisiał niewzruszony Wielki Wóz...

Wiem, że wrócę na Bałkany. Zakochałam się w Adriatyku. W klimacie, charakterystycznej śródziemnomorskiej roślinności (ach te palmy) i architekturze. Moja skóra też pokochała śródziemnomorskie kąpiele - tak gładka ostatni raz była… 30 lat temu, kiedy jeszcze nie chorowałam na łuszczycę. To jedne z moich najpiękniejszych wakacji w życiu… Nie żałuję, że minęły. Jestem szczęśliwa, że BYŁY!


Całą moją rodzinką dziękujemy
Marzence, Grzesiowi i ich Córeczkom – Gabrysi i Blanusi
za piękny, wspólny czas :)
Halo, halo, Mietku, było CUDNIE!


Przy pisaniu relacji posiłkowałam się informacjami zawartymi w przewodniku Pascala „Czarnogóra”.

piątek, 25 lipca 2014

Czarnogórska kronika - cz. 4

JEZIORO SZKODERSKIE
11 lipca, piątek

W nocy budzi mnie deszcz. Na szczęście rankiem wypogadza się i startujemy nad Jezioro Szkoderskie. To kolejne miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć w Czarnogórze. Jest bajeczne, czarodziejskie, magiczne. Nie znajduję słów by oddać urok tego miejsca. I ciche, spokojne, oddalone od bardziej popularnych szlaków. Wyruszając z Ulcinj kierujemy się na polecaną w przewodnikach trasę widokową wzdłuż czarnogórskiej części Szkoderskiego, zaczynającą się w miejscowości Vladimir, a kończącą w Virpazar. Panorama jeziora ukazuje się nam po przekroczeniu przełęczy w górach Rumija. Początkowo osłaniają je nisko snujące się, białe i srebrzyste chmury, które przemieszczając się odkrywają kolejne walory akwenu.
Jedziemy cały czas wąską wstążką, wijącą sie zboczami gór. O niesamowitej malowniczości jeziora decyduje jego linia brzegowa – nieustannie meandrująca, z licznymi zatoczkami, półwyspami.

Postanawiamy dotrzeć na brzeg jeziora. Zboczem góry, drogą poskręcaną niczym makaron z chińskich zupek, zjeżdżamy w dół do osady rybackiej Murići, gdzie rozpościera się biała, od żwirowych kamyczków, plaża. Mój Boże, a więc są szczęśliwcy, którzy to piękno mają każdego dnia, na wyciągnięcie ręki, za każdym mrugnięciem oka... Jasna plaża, która w ostrym słońcu oślepia, w połączeniu z nieprawdopodobnie lazurową taflą jeziora, tworzą baśniowy pejzaż. Spoglądam w dal i z niedowierzaniem zadaję sobie pytanie: gdzie ja jestem? Skąd pojawiło się tak piękne miejsce na Ziemi i jaki dobry los dał mi tu być? Chłopaki oczywiście wykorzystują moment i natychmiast pływają w słodkim jeziorze. Tuż obok pasą się krowy, ich dzwonki grają melodyjnie. Po przybrzeżnych skałkach skaczą kozy. Na powierzchni jeziora widać malutkie wysepki – są to po prostu wierzchołki gór i pagórków, które wystają ponad poziom wody. Na białej od drobnych kamyczków plaży spędzamy około godziny.





Skalnym zboczem wspinamy się ponownie samochodami do głównej trasy, do  Virpazar. Jedziemy chłonąc całe piękno Czarnogóry. Droga jest naprawdę niebezpieczna, wzdłuż niczym nie zabezpieczonych stromych urwisk, często bez zatoczek do mijania z jadącymi z naprzeciwka samochodami. Zatrzymujemy się przy domowym straganie z rakiją i winem. Mamy szczęście - przypadkowo trafiamy na mistrza! Babuszka zlewa nam trunek w domowej, sterylnej „bimbrowni”, obwieszonej dyplomami i medalami zdobytymi za owe regionalne alkohole. Oczywiście czarnogórcy wszystko dają do spróbowania, tutaj nie kupuje się kota w worku, to znaczy… rakii bez golnięcia kielonka. Wymawiamy się tym, że panowie to kierowcy, a panie wolą wino. Kosztujemy z Marzenką Krstač - schłodzone białe wino i już wiem jak smakuje przysłowiowe niebo w gębie...

Jedziemy jeszcze jakiś czas i zatrzymujemy się na obiad w tawernie "Crmnica" w niewielkiej wiosce Virpazar, nad Jeziorem Szkoderskim. Zamawiamy lokalne danie – cevapcici, którego mięso troszkę przypomina pljeskavicę, jest jednak inaczej uformowane – na kształt krótkich paluszków. Jak zwykle wszystko doskonale doprawione i smaczne, choć tym razem dosyć długo czekamy na wydanie dań i są one chłodne. Jesteśmy jednak bardzo głodni, więc szybko opróżniamy talerze. Nie wiem czy w Czarnogórze jest to norma, ale nam nie zdarzyło się tutaj źle zjeść. Trafialiśmy na świeże produkty, bywało, że dania przyrządzane były na oczach gości. Warzywa na sałatki krojone na bieżąco. Wydłuża to czas oczekiwania, ale właściciele robią wszystko aby ów czas urozmaicić. Przede wszystkim jako starter podają... domową rakiję, pieczywo z pastą z pomidorów, oliwą i przyprawami, robią spektakularne pokazy pater ze świeżymi rybami, owocami morza, mięs. Doprawdy jedzenie tutaj to bajka. Moje podniebienie skradła tutejsza wersja sałatki szkopskiej – pomidor, ogórek, cebulka posypane pokruszonym serem typu feta.




Wieczór spędzamy jak zwykle z Marzenką i Grzesiem na tarasie. Pijemy piwo, panowie urządzają sobie degustację rakii. Ponoć dzięki sprzyjającemu klimatowi „dobrze im wchodzi” :)

Sobota, 12 lipca
Plaża, plaża, morze do długich godzin popołudniowych. Kładę się na delikatnych falach, poddaję ukołysaniu Adriatyku, spoglądam w niebo i dziękuję Bogu, że mogę tu być. Być!
Po powrocie z plaży lubię usiąść na tym „moim” czarnogórskim tarasiku, z widokiem na góry i peryferie miasteczka. Popijam zwykle kawę z mlekiem i przeglądam Internet w swoim telefonie. Czytam książkę lub szydełkuję siatkowe kubraczki na czarnogórskie kamyczki z plaży. Spoglądam na gasnący dzień, czasami z miasteczka słyszę muezina. W gorące dni rozbrzmiewa dźwięk niestrudzonych cykad. Szumi klimatyzacja. Czasami dociera do mnie z dołu woń przejrzałych kiwi. Marek z synami mają swoje sprawy, aktualnie na topie jest oczywiście Mundial. Wieczorem oglądamy mecz o 3 miejsce rozgrywany pomiędzy Brazylią a Holandią. Z serbskim komentarzem – kolejna atrakcja. Kibicujemy Brazylii, wygrywa Holandia.