środa, 23 lipca 2014

Czarnogórska kronika cz. 2

DYLEMATY URLOPOWICZA, CZYLI JAKĄ WYBRAĆ PLAŻĘ? 
Poniedziałek, 7 lipca

Rankiem - tosty i koktajl z arbuza, co za uczta! Wybieramy się na żwirową, plażę Valdanos w zatoce, gdzie morze zaklinowane jest pomiędzy wysokie zbocza skalistego wybrzeża. Podobno jeszcze na początku XX wieku zatoka stanowiła poczekalnię dla statków objętych kwarantanną medyczną przed wpłynięciem do Ulcinj. Gdy my przybywamy, na horyzoncie delikatnie kołysze się, zacumowany na postój w czasie rejsu rozlewiskiem Morza Śródziemnego, niewielki jacht włoski. Plaża usiana jest jasnymi, gładkimi lub naturalnie dziurkowanymi kamieniami różnej wielkości. Zamiast muszelek, zbieramy więc kamyki z wydrążonymi na wylot otworkami. Śmiejemy się, że posłużą nam jako materiał na naszyjniki – pamiątki z naszej wyprawy, może w prezencie dla znajomych z poczuciem humoru? Morze w zatoce jest spokojniejsze, ale dno niestety najeżone jeżowcami. Michał podczas pływania zahaczył wierzchem stopy o kamieniste dno i jakiś kolczasty narwaniec przebił się kolcem przez niezbyt grube buty do pływania. Zdecydowanie Michał znielubił jeżowce i osłabł jego entuzjazm do żwirowych plaż, gdzie w kamienistym dnie stacjonują te zwierzątka.






W drodze powrotnej zatrzymujemy się przy rozległym, starym gaju oliwnym na Valdanos. Drzewa mają wyniosłe i rozłożyste konary, grube ażurowe pnie z charakterystyczną, mocno chropowatą, dziurkowaną korą. Wdychamy głęboko unoszący się słodkawy zapach, fotografujemy te cudaczne drzewa, które są źródłem płynnego „złota” – oliwy. Na straganie kupujemy oliwę i mydła oliwkowe, ręcznie wyrabiane i cięte. Dogadujemy się bez problemu z właścicielem, mówiąc każdy w swoim języku – mowa pieniądza jest bowiem uniwersalna ;)



Późny obiad zjadamy w jednej z ulcinjskich knajp – „Rekordzie”. Wybieramy miejsce z tutejszymi klimatami, gdzie gośćmi są tubylcy – głównie faceci, bo w tej graniczącej z Albanią częścią Czarnogóry, miejscowych kobiet raczej w knajpach nie widziałam. Obsługuje nas sam Szef restorana, która jak wyczytujemy z wiszących na ścianach „monideł”, szczyci się ponad 50 letnią tradycją. Gości to się tutaj traktuje po królewsku! Aj jak miło jest! Kartę (w języku czarnogórskim lub albańskim, OMG!)  studiujemy przy akompaniamencie opowieści uroczego Szefa o każdym daniu, oczywiście w języku mało dla nas zrozumiałym, ale to tylko dodaje uroku konwersacji. Posiłkujemy się angielskim i wreszcie składamy zamówienie. Ja wybieram rybę, a Marko z chłopcami stawiają na danie lokalne – pljeskavicę (grillowany kotlet z mielonego mięsa mieszanego – z przewagą jak się okazuje wołowiny). Moja rybka, skakavica – jest niesamowicie smacznie przygotowana i bardzo świeża, doskonale doprawiona, przy czym jest to głównie zasługa miejscowej, domowej oliwy i octu winnego. A ocet winny tutejszy to poezja. Jako gratis, szef Rekordu, przesympatycznie pompatyczny w swym zachowaniu, młody, czarnowłosy i czarnowąsy Albańczyk, częstuje nas domową śliwkową rakiją. Jak wszystko tutaj - aromatyczna, choć ja tylko umoczyłam usta na spróbowanie. Nie przepadam za smakiem, jakby nie patrzeć… bimbru!
Przed powrotem do domu zachodzimy na targ owocowo warzywny, gdzie błyskawicznie jesteśmy otoczeni sprzedającymi, którzy zachwalają nam swój towar. Czasami trudno się oprzeć sile ich marketingu! Tańczą, śpiewają, starają się różnymi sposobami zwrócić uwagę na siebie i swój towar, wszystko podsuwają do spróbowania. Są bardzo otwarci i kontaktowi. Wychodzimy obładowani owocami, pomidorami i papryką. Co za uczta! Szczególnie czereśniowa! Waga na targu przykuła moją uwagę:


Wieczór spędzamy na tarasie z Marzenką i Grzesiem. Rozmawiamy sobie o różnościach, popijamy zimne, czarnogórskie piwko. Fajne to są chwile… Gdy człowiek do niczego nie musi się śpieszyć, a jedynym problemem życiowym jest – jaką wybrać jutro plażę. Piaszczystą czy żwirową i ewentualnie jakie leżaczki – żółte, niebieskie czy może drewniane (dwie sztuki po 5 euro z parasolem z trzciny lub palmowych liści, ha ha!).

8 lipca, wtorek
Poranek o dziwo zachmurzony. Nad górami kłębią się białe chmury. Ruszamy na Veliką Plažę, morze gładkie jak jezioro, dzięki czemu można spokojnie pływać. Wypożyczamy rowery wodne. Polegujemy pod trzcinowymi parasolami. Jest cudnie. W uszach wybrzmiewa leniwy szum morza. Oddajemy się bezwstydnie błogiemu, plażowemu lenistwu. Co za ulga dla szarych komórek, neurony leżą odłogiem i machają beztrosko dendrytami, tak jak i my nóżkami na leżakach. Odpoczywamy. Pełen relaks. Zajadamy świeże owoce, popijamy chłodne napoje, kawę… Pływamy w morzu.
Wieczorem wybieramy się na spacer na ulcinjską Starówkę. Położona jest ona na skalistym, wchodzącym w morze, cyplu. Otaczają ją okazałe, grube mury obronne, w których równomiernie co jakiś czas wykute są malowniczo wyglądające okienka, zabezpieczone kutymi balustradkami – stanowią dodatkowe punkty widokowe na morze. Nocą starówka jest pięknie oświetlona.
Podczas naszego spaceru morze staje się wzburzone, z hukiem rozbija się pienistymi falami o skały. Nad nami wiszą gęste granatowe chmury, ale jest zaskakująco ciepło.
Zauroczeni lokalizacją restorana „Antigona”, tuż na urwisku skalistego brzegu z widokiem na  pełne morze, przysiadamy na wieczorne zimne piwo. Jak zwykle jesteśmy wspaniale podejmowani, choć tym razem składamy stosunkowo niewielkie zamówienie. Poddajemy się urokowi chwili.
Wracamy dość późno do domu, promenadą gęstą od turystów. Pomimo godziny (dochodzi 22) wszystkie sklepy otwarte. W większości wylewają się ze swoim towarem wprost na ulicę. Czy takie miejsca w ogóle zasypiają??? Doceniamy to, że nasz pensjonat znajduje się na peryferiach miasta, gdzie jest ciszej, gdzie nieustannie słychać szelest cykad, gdzie rankiem gdaczą kury. Takie hałasy to lubimy!
Noc spędzamy na oglądaniu zaskakującego meczu półfinałowego Mundialu 2014, rozgrywanego pomiędzy Niemcami a Brazylią. Wynik 7:1 dla niemieckiej drużyny zdumiewa, czy ktoś się tego spodziewał???










2 komentarze:

  1. I jeszcze nie napisałam, że piękne zdjęcia tych zakątków i morza.

    OdpowiedzUsuń