czwartek, 24 lipca 2014

Czarnogórska kronika - cz. 3

BOKA KOTORSKA
9 lipca, środa

Wreszcie zdążyliśmy zapomnieć o samochodowej podróży i postanawiamy wybrać się na długą wycieczkę – jedziemy do odległego o 130 km Kotoru. Droga pomiędzy skalistym wybrzeżem, a wzburzonym, lazurowym morzem jak zwykle zachwyca...  Mijamy niezwykle pięknie położone miasta: Bar i Budvę. W okolicach Budvy, pewnie jak niezliczone ilości turystów przed nami, robimy postój, aby nacieszyć się widokiem romantycznej zabudowy wyspy Sveti Stefan. To chyba jedno z najbardziej znanych „pocztówkowych” miejsc Czarnogóry. Ciasno skupione na małej wysepce, kamienne domki zróżnicowanej wysokości, pokryte czerwoną dachówką przywodzą mi na myśl bajkowe królestwo. Niestety wyspę można podziwiać tylko z lądu, nie jest dostępna dla przeciętnych turystów. Przydaje się lornetka. Podglądamy co nieco. Cóż pisać więcej... Wyspę Sveti Stefan trzeba zobaczyć samemu, aby uwierzyć, że tak piękne dzieło może stworzyć zgodna współpraca Natury i Człowieka.

Kotor to serce Boki Kotorskiej – miejsce gdzie Adriatyk wdziera się głęboko w ląd, pomiędzy wzniesienia, tworząc istny cud natury. Szaro czarne, posępne skały, sąsiadują tu bezpośrednio z Adriatykiem, który wciśnięty pomiędzy góry, nieruchomieje lazurową, a czasami szmaragdową taflą.








W środku sezonu wakacyjnego, miasto tłoczne od naprawdę ogromnej ilości turystów. W porcie zacumowane przepiękne rejsowe statki wycieczkowe oraz ekskluzywne jachty. Spacerujemy uliczkami starego miasta. Ich splątany gąszcz prowadzi do coraz nowego, nieregularnego placyku. Zielone okiennice w oknach ubranych często w kwiaty. Ciepły kolor kamienia użytego do zabudowy, wyślizgany kamień  uliczek… Ozdobne szyldy, dekoracje w południowym stylu – amfory, wazy, donice, beczki. Te widoki może i noszą znamiona kiczu, no ale co poradzić kiedy wprawiają w zachwyt. Uwielbiam śródziemnomorski styl dekorowania oraz zabudowy miast i miasteczek. Mijamy niezliczone ilości kościółków, cerkiew, pałacyków, nie sposób wejść do wszystkich w jedno przedpołudnie. Kamienistym, zygzakowato poprowadzonym szlakiem, wspinamy się do maleńkiego kościółka Gospe od Zdravlja. Sprzed kamiennych schodków prowadzących do wnętrza, rozpościera się panorama na Kotor, a szczególnie na jego starą część i port. Rezygnujemy jednak z dalszej wspinaczki do Twierdzy Św. Jana, na korzyść kolejnego celu naszej wycieczki.

Objeżdżamy całą Bokę Kotorską, wpadając co chwilę w zachwyt nad mijanymi widokami. Podobno jest to jedna z najbardziej malowniczych tras w świecie – zgadzam się z tym!  Rozczulają mnie szczególnie miniaturowe wysepki z prostymi bryłami kościołów z wieżyczkami zwieńczonymi krzyżem lub z pozostałościami murów po dawnych budowlach, porośnięte zwykle strzelistymi cyprysami.
Po mniej więcej półtorej godzinie docieramy do Herceg Novi. Niestety rozczarowuje polecany w przewodnikach ogród botaniczny z lapidarium i rzekomo bogatą subtropikalną roślinnością. Więcej tej roślinności widzimy w mijanych przydomowych ogródkach – np. drzewa pomarańczowe i bananowce. Choć sama miejscowość oczywiście położona jest przepięknie. Chlubi się również ładną Starówką, choć zdecydowanie mniejszą niż kotorska. Ale przecież tak naprawdę całe wybrzeże Czarnogóry jest jedną wielką urokliwą pocztówką. Tutaj chyba nie ma ot tak, byle jak i nudno położonej miejscowości. Zachwycają miasta, miasteczka, osady i wioski wyrwane skałom. Wszędzie dachówka charakterystyczna dla południowej zabudowy, czerwona mnich-mniszka. Tworzy to nieprawdopodobny klimat. No i palmy, ogromne agawy, rosnące niczym chwasty na poboczach opuncje, wszechobecne rododendrony, winorośle i pnącza kiwi, kwitnące nieustannie ogromne drzewa różaneczników przykuwają naszą uwagę i budzą zachwyt. W Herceg Novi zjadamy obiad w jednym z lokali w centrum Starówki, a zwiedzanie kończymy na pozostałościach jednej z Twierdz – Kanli Kula. Obecnie znajduje się tutaj teatr letni. Scena i amfiteatr przypominają mi nasze Mrągowo – tylko, że tutaj roztacza się widok na Herceg Novi i Adriatyk, a nie na jezioro Czos. Późną nocą docieramy do Ulcinj.





Czwartek, 10 lipca
Przedpołudnie spędzamy nad morzem. O dziwo pogoda zaczyna być niepewna. Nad horyzontem gromadzą się ciemniejsze chmury. Mimo wszystko tak miło leżeć na wygodnych łóżkach plażowych. Chłopaki szaleją w falach, uwielbiają to. Morze szumi głośno, białe grzywny fal rozbijają się o piaszczysty brzeg. Kiedy zza chmur wygląda słońce, Adriatyk mieni się wszystkimi barwami błękitu, bo urozmaicone niebo przegląda się w nim nieustannie. Wspaniałe widowisko. Samo spoglądanie na morze koi wszystko co w człowieku niepotrzebnie wezbrane. Topię bezpowrotnie w tym widoku niepokoje, smutki, złe emocje ostatnich miesięcy. Jest cudownie. Cudownie. Błogo. Kiedy po południu wzmaga się ciepły wiatr, a chmury ciemnieją, wracamy do domku otoczonego pnączami winorośli i kiwi. Zanim wychodzimy do miasteczka aby coś zjeść - zaczyna padać. Przydają się zapakowane do walizek przeciwdeszczowe kurtki. Późny obiad zjadamy w knajpce Grand - w części ulokowanej na piętrze, z szeroko otwartymi oknami na główną promenadę miasteczka, z widokiem na meczet. Jak zwykle otacza nas miła uwaga menadżera sali oraz dyskretnie pomocni kelnerzy. O dziwo - kelnerek tutaj praktycznie nie ma. Są rzadkością. Wracamy do domu, zachodząc uprzednio do Pekary. Piekarnie są tutaj bardzo powszechne i naprawdę warto zaopatrywać się w nich w pieczywo. Jest wyśmienite. Nam szczególnie zasmakowały bałkańskie paluchy burek (choć można je też kupić w postaci okrągłych placków) - ciasto filo z serem typu bałkańskiego (chociaż są też z innymi nadzieniami – mięsnym, jajecznym, pieczarkowym) oraz płaskie, okrągłe chlebki przypominające troszkę ciasto do pizzy. Spacerkiem idziemy do samochodu. Przyglądają się nam miejscowi mężczyźni, którzy uwielbiają przesiadywać przy ulicy, tuż pod zadaszeniami kamienic lub w ulicznych częściach kawiarni. Obserwują jak toczy się życie miasta. Popijają mocne espresso z obowiązkową szklanką wody i ćmią papierosy.
Wieczorem spotykamy się na kwaterce u Marzenki i Grzesia. Blanusia śpiewa nam piosenkę, dzięki której wygrała konkurs piosenki dziecięcej. Obiecałam jej, że kiedyś, kiedy już będzie sławną piosenkarką, będę opowiadała, że słynna Blanka P. specjalnie dla nas wykonała piosenkę „Puszek Okruszek”, stojąc na tapczanie w saloniku apartamentu w Ulcinj! Zapisuję już teraz ku pamięci! Powodzenia Blanusiu, spełniaj swoje marzenia i rozwijaj talenty

3 komentarze:

  1. Czyli było cudnie, super:)
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeszcze raz poczułam to czarnogórskie powietrze i klimat. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Scena i amfiteatr przypominają mi nasze Mrągowo – tylko, że tutaj roztacza się widok na Herceg Novi i Adriatyk, a nie na jezioro Czos."
    No to zapraszam, bom blisko Mrągowa, jak gwałtownie zatęsknisz za Czarnogórą ...

    OdpowiedzUsuń