piątek, 25 lipca 2014

Czarnogórska kronika - cz. 4

JEZIORO SZKODERSKIE
11 lipca, piątek

W nocy budzi mnie deszcz. Na szczęście rankiem wypogadza się i startujemy nad Jezioro Szkoderskie. To kolejne miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć w Czarnogórze. Jest bajeczne, czarodziejskie, magiczne. Nie znajduję słów by oddać urok tego miejsca. I ciche, spokojne, oddalone od bardziej popularnych szlaków. Wyruszając z Ulcinj kierujemy się na polecaną w przewodnikach trasę widokową wzdłuż czarnogórskiej części Szkoderskiego, zaczynającą się w miejscowości Vladimir, a kończącą w Virpazar. Panorama jeziora ukazuje się nam po przekroczeniu przełęczy w górach Rumija. Początkowo osłaniają je nisko snujące się, białe i srebrzyste chmury, które przemieszczając się odkrywają kolejne walory akwenu.
Jedziemy cały czas wąską wstążką, wijącą sie zboczami gór. O niesamowitej malowniczości jeziora decyduje jego linia brzegowa – nieustannie meandrująca, z licznymi zatoczkami, półwyspami.

Postanawiamy dotrzeć na brzeg jeziora. Zboczem góry, drogą poskręcaną niczym makaron z chińskich zupek, zjeżdżamy w dół do osady rybackiej Murići, gdzie rozpościera się biała, od żwirowych kamyczków, plaża. Mój Boże, a więc są szczęśliwcy, którzy to piękno mają każdego dnia, na wyciągnięcie ręki, za każdym mrugnięciem oka... Jasna plaża, która w ostrym słońcu oślepia, w połączeniu z nieprawdopodobnie lazurową taflą jeziora, tworzą baśniowy pejzaż. Spoglądam w dal i z niedowierzaniem zadaję sobie pytanie: gdzie ja jestem? Skąd pojawiło się tak piękne miejsce na Ziemi i jaki dobry los dał mi tu być? Chłopaki oczywiście wykorzystują moment i natychmiast pływają w słodkim jeziorze. Tuż obok pasą się krowy, ich dzwonki grają melodyjnie. Po przybrzeżnych skałkach skaczą kozy. Na powierzchni jeziora widać malutkie wysepki – są to po prostu wierzchołki gór i pagórków, które wystają ponad poziom wody. Na białej od drobnych kamyczków plaży spędzamy około godziny.





Skalnym zboczem wspinamy się ponownie samochodami do głównej trasy, do  Virpazar. Jedziemy chłonąc całe piękno Czarnogóry. Droga jest naprawdę niebezpieczna, wzdłuż niczym nie zabezpieczonych stromych urwisk, często bez zatoczek do mijania z jadącymi z naprzeciwka samochodami. Zatrzymujemy się przy domowym straganie z rakiją i winem. Mamy szczęście - przypadkowo trafiamy na mistrza! Babuszka zlewa nam trunek w domowej, sterylnej „bimbrowni”, obwieszonej dyplomami i medalami zdobytymi za owe regionalne alkohole. Oczywiście czarnogórcy wszystko dają do spróbowania, tutaj nie kupuje się kota w worku, to znaczy… rakii bez golnięcia kielonka. Wymawiamy się tym, że panowie to kierowcy, a panie wolą wino. Kosztujemy z Marzenką Krstač - schłodzone białe wino i już wiem jak smakuje przysłowiowe niebo w gębie...

Jedziemy jeszcze jakiś czas i zatrzymujemy się na obiad w tawernie "Crmnica" w niewielkiej wiosce Virpazar, nad Jeziorem Szkoderskim. Zamawiamy lokalne danie – cevapcici, którego mięso troszkę przypomina pljeskavicę, jest jednak inaczej uformowane – na kształt krótkich paluszków. Jak zwykle wszystko doskonale doprawione i smaczne, choć tym razem dosyć długo czekamy na wydanie dań i są one chłodne. Jesteśmy jednak bardzo głodni, więc szybko opróżniamy talerze. Nie wiem czy w Czarnogórze jest to norma, ale nam nie zdarzyło się tutaj źle zjeść. Trafialiśmy na świeże produkty, bywało, że dania przyrządzane były na oczach gości. Warzywa na sałatki krojone na bieżąco. Wydłuża to czas oczekiwania, ale właściciele robią wszystko aby ów czas urozmaicić. Przede wszystkim jako starter podają... domową rakiję, pieczywo z pastą z pomidorów, oliwą i przyprawami, robią spektakularne pokazy pater ze świeżymi rybami, owocami morza, mięs. Doprawdy jedzenie tutaj to bajka. Moje podniebienie skradła tutejsza wersja sałatki szkopskiej – pomidor, ogórek, cebulka posypane pokruszonym serem typu feta.




Wieczór spędzamy jak zwykle z Marzenką i Grzesiem na tarasie. Pijemy piwo, panowie urządzają sobie degustację rakii. Ponoć dzięki sprzyjającemu klimatowi „dobrze im wchodzi” :)

Sobota, 12 lipca
Plaża, plaża, morze do długich godzin popołudniowych. Kładę się na delikatnych falach, poddaję ukołysaniu Adriatyku, spoglądam w niebo i dziękuję Bogu, że mogę tu być. Być!
Po powrocie z plaży lubię usiąść na tym „moim” czarnogórskim tarasiku, z widokiem na góry i peryferie miasteczka. Popijam zwykle kawę z mlekiem i przeglądam Internet w swoim telefonie. Czytam książkę lub szydełkuję siatkowe kubraczki na czarnogórskie kamyczki z plaży. Spoglądam na gasnący dzień, czasami z miasteczka słyszę muezina. W gorące dni rozbrzmiewa dźwięk niestrudzonych cykad. Szumi klimatyzacja. Czasami dociera do mnie z dołu woń przejrzałych kiwi. Marek z synami mają swoje sprawy, aktualnie na topie jest oczywiście Mundial. Wieczorem oglądamy mecz o 3 miejsce rozgrywany pomiędzy Brazylią a Holandią. Z serbskim komentarzem – kolejna atrakcja. Kibicujemy Brazylii, wygrywa Holandia.

6 komentarzy:

  1. Pisz pisz Aga ja tu czytam regularnie Twoją/Waszą Kronikę !! :)
    Pozdrawiam - Yagga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jutro Agatko ostatni ,odcinek, ;) Pozdrawiam cieplusio :)

      Usuń
  2. Fantastycznie opowiadasz! Fantastycznie! czytam z wypiekami na twarzy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Dorotko, słowa od tak doświadczonej Bloggerki to dla mnie ogromny komplement :)
      Dziś organizujemy wieczór bałkański dla przyjaciół - planujemy oglądanie fotek, panowie ostrzą zęby na rakiję ;) Pozdrawiam cieplutko :)

      Usuń
  3. Czytam od końca, ale to nie przeszkadza mi.
    Jesteś przepełniona szczęściem, cudownie o tym czytać. Trochę odświeżyłam swoje doznania chorwackie.
    Pa - idę dalej, tzn. wstecz

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak miło mi Jolu, że masz czas do mnie zalecieć na poczytanki :)

    OdpowiedzUsuń