sobota, 26 lipca 2014

Czarnogórska kronika - cz. 5 ostatnia

FALOWANIE, PLAŻOWANIE I BYE BYE ADRIATYKU!
13 lipca, niedziela

W niedzielę ponownie udajemy się na Valdanos. Chcemy nazbierać kamyczków, które posłużą nam do ozdabiania butelek rakii, oliwy i kostek mydeł oliwkowych. Niestety po raz pierwszy, gwałtowna zmiana pogody, przepędza nas znad morza. Tego dnia mamy jednak w planie wizytę w niepowtarzalnej jak się okaże, tawernie rybnej „Amfora”, którą prowadzi dwóch braci – oryginałów jakich wśród restauratorów ze świecą szukać, jak mniemam. Klimat tego miejsca, pracujący tu ludzie, cała otoczka towarzysząca JEDZENIU, jest urocza i zapada w pamięci. Błyskawicznie zostaje dla nas zorganizowane miejsce na zadaszonym tarasie z widokiem na promenadę, prowadzącą na stare miasto. Błyskawicznie też na stół wjeżdża rakija, która ma głęboki, śliwkowy smak. Zanim zamawiamy kolację podjeżdża stół z prezentacją ryb. Gospodarze – dwaj bracia – na zmianę urządzają nam festiwal swoich umiejętności, czaru, gościnności. Jeden z nich w młodości był znanym w regionie poławiaczem owoców morza – o czym informują liczne dyplomy, fotografie i wycinki ze starych gazet, wiszące na ścianach knajpki. Bracia z zapałem i pasją opowiadają o walorach każdej ryby. Dokładnie ta, a nie inna sztuka przez nas wybrana, będzie przygotowana na nasz talerz. Kiedy gotowe dania lądują na stole - zapiera nam dech! Co za widok, co za zapach! A smak! Gospodarz na życzenie gościa wprawnym ruchem filetuje rybę, odkładając wycięte kawałki na oddzielny talerz. Dodatkowo mamy pokaz pięknych okazów langusty i każdy z nas otrzymuje deser – tutejsze naleśniki, z ciasta (chyba) filo, z nadzieniem ze słodkich jak nie wiem co fig. A kto by tam się w takich chwilach przejmował kaloriami! I pal licho rachunek, którego wysokość, nie jest w stanie odebrać nam radości tej chwili. Rozrzutnym gestem zostawiamy napiwek i „Amforę” opuszczamy ZACHWYCENI. W drzwiach, gospodarz każdemu z nas podaje rękę na pożegnanie.
Prawie nocą oglądamy finałowy mecz Mundialu Argentyna –Niemcy. Kibicujemy Argentynie, wygrywają Niemcy, coś nie mamy nosa ani szczęścia do typowania.




14 lipca, poniedziałek 
Słoneczny dzień spędzamy na plaży piaszczystej. Chwile w kojących falach Adriatyku, w mieniących barwach lazuru, błękitu i szmaragdu dają tyle wyciszającego spokoju. Kiedy znudzi mi się słona woda, wyciągam się na wygodnym łóżku plażowym, czytam książkę - wspomnienia o Annie German, albo obrabiam szydełkiem kamyczki z Adriatyku. Gabrysia i Blanka oczywiście podsuwają mi wiadereczko ze swoimi kamyczkowymi skarbami – no jak im odmówić? Więc szydełkuję zawzięcie, opalając plecki. Tego dnia zjadamy pizzę w plażowej knajpce. Jak zwykle podziwiamy kucharza podczas pracy, który na naszych oczach przygotowuje ze świeżego ciasta zamówione przez nas pizze. Obserwujemy też proces pieczenia - w piecu chlebowym mieszczą się 3 krążki. Po około 4 minutach pizza gotowa i pyyyszna :)

15 lipca, wtorek
Dzień na plaży. Adriatyk otula mnie swoimi falami, gładzi moją skórę solą. Jestem zrelaksowana jak nigdy. Słona, morska woda, słońce, cudowne samopoczucie ostatecznie rozprawiają się z resztkami moich zmian łuszczycowych. Moja skóra jest aksamitnie gładka… co za wspaniałe uczucie… Nie mogę się nim nacieszyć, często gładzę swoje ramiona. Spaceruję wzdłuż brzegu, który jest tak odmienny od polskiego nadbałtyckiego. Nie ma muszelek, a raczej są w ilościach śladowych. Mimo wszystko jest to takie miłe. Chwilo, piękna trwaj! Albo przynajmniej zapisz się w mej pamięci na długi czas. Bym miała z czego czerpać na kolejne miesiące.
Ostatnia kąpiel w morzu. Dotykam ustami słonych fal, dziękuję za ten piękny czas. O dziwo nie czuję smutku, że to już koniec. Wracam pełna cudownych przeżyć i emocji. Silna i przepełniona pozytywną energią .
Wieczorem idziemy z Marko i z Synami ponownie na wzgórze Starego Miasta, by jeszcze raz, dokładniej pospacerować jego zaułkami. Wspinamy się wąskimi labiryntami kamiennych uliczek, ciekawie zaglądając za mury mijanych obejść. Co za miejsce! Układ krętych i miejscami stromych uliczek zachował się od średniowiecza, pomimo tego, że stare miasto dość mocno ucierpiało podczas trzęsienia ziemi, które nawiedziło Ulcinj w 1979 roku. Zostało jednak odbudowane, wciąż widać trwające prace remontowe, które starają się wiernie zachować dawny charakter zabudowy. Większość budynków została zaadoptowana na hoteliki, pensjonaty, tawerny i restorany. Zewsząd roztacza się piękny widok na morze i pozostałą część miasta. W miniaturowych ogródkach dostrzegam wierzchołki palm, drzew pomarańczowych i wszechobecnej winorośli. Ciasne uliczki zyskują na uroku dzięki temu, że są praktycznie puste. Nie wiem czy to turyści są zbyt leniwi i nie chce im się wspinać, czy może to my wdarliśmy się na prywatne tereny?




Wieczór spędzamy z Marzenką i Grzesiem na tarasie. Wspominamy kończący się nasz wspólny pobyt w Czarnogórze. Nad nami niezmordowanie wisi Wielki Wóz, za kilkadziesiąt godzin będziemy podziwiali go z tarasu naszego domu.

16 lipca, środa 
Pakowanie na powrót idzie nam sprawnie. Mamy nawet czas na ostatnią kawę i miętę na tarasie. Czarnogóra żegna nas pięknym słońcem, błękitnym niebem. Wijącą drogą podróżujemy znowu mając z jednej strony góry, a z drugiej błękitną taflę Adriatyku. Pomiędzy zaś, przyklejone do skał niskie zabudowy kolejno mijanych miasteczek. Tym razem bez żalu rezygnujemy z pozornie krótszej drogi przez Bośnię i stawiamy na Magistrale Adriatycką i autostradę Chorwacji. Wcześniej jednak skracamy trasę Boki Kotorskiej i decydujemy się na przeprawę promową Lepetane-Kamenari, dzięki czemu zyskujemy około 80 kilometrów, co w górzystych warunkach przekłada się na dobre półtorej godziny jazdy, promem płynęliśmy może 10 minut?


W Chorwacji postanawiamy odwiedzić podobno jedną z najpiękniejszych Starówek świata – w Dubrovniku. Rzeczywiście robi na nas wrażenie. Spacerujemy ulicami niewiele ponad godzinę, czujemy niedosyt, ale przecież przed nami długa droga. Zatrzymujemy się w cieniu imponującej Fontanny Onufrego i urządzamy wyścigi z lodami – czy my pierwsi je zjemy, czy one się wcześniej rozpuszczą. Jest bardzo gorąco i duszno. W Czarnogórze zupełnie nie odczuwałam trudów wysokich temperatur. Chyba było bardziej rześko, albo po prostu taki dzień…







W niewielkim portowym miasteczku Baćina, przed wjazdem na autostradę, zatrzymujemy się na późny obiad. Przed nami najtrudniejsza część podróży, nocna. Granicę Polski przekraczamy około 10 rano w czwartek. Nasza podróż była długa, ale dzięki kierowcom – Grzesiowi i Markowi bardzo bezpieczna pomimo odległości i trudnych tras górskich. Poza granicami Polski bardzo przydało się do kontaktu pomiędzy dwoma samochodami CB radio. Nie narażaliśmy się niepotrzebnie na kosztowne poza UE rozmowy komórkowe (w Czarnogórze, w zależności od sieci od 3 do 6 złotych za minutę!), a poza tym dodawało to naszemu podróżowaniu uroku i humoru. Hasłem było nie charakterystyczne dla CBradiowców „mobilki, mobilki” tylko kabaretowe „Halo, halo Mietku jak mnie słyszysz?”, odzew to oczywiście „Halo, halo Franku słyszę cię bardzo dobrze”.
Dom czekał na nas z obojętnym kotem, obrażonym psem, dokarmionym zakwasem do chleba i napojonymi kwiatami w ogrodzie. Wieczorem, kiedy wieszałam na sznurze pierwszą turę prania, zerknęłam w niebo. Tak jak myślałam - nad naszym domem wisiał niewzruszony Wielki Wóz...

Wiem, że wrócę na Bałkany. Zakochałam się w Adriatyku. W klimacie, charakterystycznej śródziemnomorskiej roślinności (ach te palmy) i architekturze. Moja skóra też pokochała śródziemnomorskie kąpiele - tak gładka ostatni raz była… 30 lat temu, kiedy jeszcze nie chorowałam na łuszczycę. To jedne z moich najpiękniejszych wakacji w życiu… Nie żałuję, że minęły. Jestem szczęśliwa, że BYŁY!


Całą moją rodzinką dziękujemy
Marzence, Grzesiowi i ich Córeczkom – Gabrysi i Blanusi
za piękny, wspólny czas :)
Halo, halo, Mietku, było CUDNIE!


Przy pisaniu relacji posiłkowałam się informacjami zawartymi w przewodniku Pascala „Czarnogóra”.

4 komentarze:

  1. Oj Aguś w pisaniu relacji z pobytów jesteś wyjątkowa :)
    Cieszę się ,że wyjazd miałaś udany , dużo zobaczyłaś, podziwiałaś , odpoczęłaś , opaliłaś ..... itd.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepiekna relacja. Czytałam z ogromną przyjemnoscią. Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czarnigóra - życia by brakło by ją całą zwiedzić. Ale może kiedyś znów - tak na dwa tygodnie, tylko ja plecak i kije trekkingowe.

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudownie opisujesz ten pobyt. Jestem fanką Chorwacji i Adriatyku. Obudziłaś wspomnienia, naładowałam się i ja energią, która z Ciebie epatuje. Jesteś niesamowita. Miałaś prawdziwe SPA i WELLNESS.
    Buziaki

    OdpowiedzUsuń