wtorek, 22 lipca 2014

Czarnogórska kronika – cz. 1

Wakacje w Czarnogórze zrodziły się przypadkiem. Planowaliśmy wyjazd nad nasze polskie morze, bo baaardzo tęskniłam za szumem fal i dalekimi spacerami w poszukiwaniu muszli i bursztynków. Ostatni raz byłam nad Bałtykiem w 2008, a Marko i chłopcy zaliczyli jeszcze Morze Śródziemne we Włoszech w 2011. Jakoś w kwietniu rozmawiałam z Marzenką o wakacyjnych planach i kiedy wspomniałam o naszych, ona rzuciła – to jedźcie z nami do Czarnogóry! No i plany zmieniliśmy ;) Jechaliśmy z nastawieniem korzystania z morskich i słonecznych kąpieli, ale oczywiście minimalny program zwiedzenia wybrzeża czarnogórskiego też zaplanowaliśmy.

VERY CRAZY ROAD 
4-5 lipca, piątek i sobota

Podróż do Czarnogóry to czyste szaleństwo. Trasę ponad 1600 kilometrów pokonujemy jednym rzutem. Trwała z postojami aż 27 godzin! Ponownie takiego wyczynu już raczej nie planujemy. Na zawsze zapamiętamy diaboliczną drogę przez Bośnię i Hercegowinę, która skutecznie odebrała nam nie tylko kilka cennych godzin, ale i dobre samopoczucie, na szczęście na krótki czas. Później stała się obiektem wspólnych żartów. Droga międzynarodowa, oznaczona zarówno na mapie jak i w nawigacji, stanowiła szerokość jednego samochodu, no może z minimalnym zapasem na lusterka, które i tak bezpieczniej było mieć schowane. Z jednej strony pionowe, chropowate zbocze góry, a z drugiej, niczym nie zabezpieczona przepaść. Mijanie z innymi samochodami graniczyło z cudem i niejednokrotnie przyprawiało mnie o napady paniki. Ku ogólnemu braku zrozumienia ze strony męskiej części mojej rodziny. Czarę goryczy przelał objazd górskim duktem - międzynarodowy ruch drogowy poprowadzony został 20 kilometrową drogą... szutrową, górskim, zalesionym zboczem. Z jakiego powodu – nie wiemy! Kiedy zaniepokojeni czy nie zbłądziliśmy, zapytaliśmy mijającego nas kierowcę z Chorwacji, o dalszą trasę, ten za śmiechem rzekł „It’s crazy  road, very crazy road!". I niestety szybko przekonaliśmy się, że mówił prawdę.
Kiedy wreszcie przekroczyliśmy granicę Bośni z Czarnogórą (też zadziwiający obiekt), pierwsze malownicze panoramy: Kanion Rzeki Pivy, egzotyczne tunele wykute w skałach i wreszcie Adriatyk,  koją nasze oczy i napawają wiarą, że jednak warto było pokonać tę dołującą trasę przez Bośnię… Że Czarnogóra z nawiązką odpłaci nam trudy podróży. I rzeczywiście tak było!
Po przyjeździe na miejsce – miejscowości Ulcinj, tuż przy granicy z Albanią, zakwaterowaniu w pensjonacie oraz uruchomieniu klimatyzacji ;) mamy jeszcze tylko siły na krótki czas spędzony z synami na tarasie. Rozmawiamy i pijemy zimne piwo – kto pełnoletni, a małolat czyli Jędrek – zimną colę. Ha! Dorośli pod tym względem mają lepiej. Nad nami, na czarnym niebie wisi Wielki Wóz.





PIERWSZE WRAŻENIA

6 lipca, niedziela

Późnym rankiem w niedzielę, wreszcie wyspani, wypoczęci, podekscytowani - zjadamy śniadanie na zachodnim tarasie. My mieszkamy na ostatnim piętrze pensjonatu, natomiast Marzenka z Grzesiem i dziewczynkami piętro niżej. Oprócz nas pensjonat zamieszkują głównie Węgrzy. Dopiero przed naszym wyjazdem pojawią się Polacy. Ogródek właścicieli – małżeństwa węgiersko (ona) albańskiego (on) – porastają drzewka limonkowe, figowe, hibiskusy, winorośle i pnącza kiwi – jest to dla mnie zaskoczenie, byłam przekonana, że kiwi to drzewo.
Ulcinj to ostatnie większe miasto tuż przed granicą Czarnogóry z Albanią. Mieni się różnorodnością kulturową – przez to jest bardzo orientalne. Początkowo jest mi to obce i wydaje się niepokojące, ale pierwsze kontakty z mieszkańcami, podczas codziennego funkcjonowania, szybko rozwiewają to uczucie i napawają bezpieczeństwem. Chłopcy twierdzą, że bardzo przypomina atmosferą Tunezję oraz południowe Włochy – mają na myśli powszechny luz, czasami pozorny, a czasami autentyczny bałagan. W Ulcinj kilkakrotnie wieczorami mieliśmy okazję słyszeć zaśpiew muezina, ponieważ w miejscowości tej silnie przeplatają się wpływy muzułmańskie i prawosławne. Dość gęsto tu od meczetów z charakterystycznymi minaretami oraz niewielkich kościołów prawosławnych. Miasto jest dwujęzyczne – żyje tu dużo Albańczyków, a poza tym w powszechnym użyciu jest język czarnogórski, ale przyznam, że ja nie potrafiłabym odróżnić go od serbskiego czy chorwackiego. Wiele nazw zapisanych jest podwójnie – np. Pekara Fura, gdzie zaopatrywaliśmy się we wspaniałe pieczywo, zawsze świeże, często – prosto z pieca.
W Ulcinj znajduje się największa plaża piaszczysta w tej części Bałkanów (Velika Plaža) i daje to możliwość znalezienia w miarę mniej tłocznego miejsca dla siebie. Choć niestety tzw. dzikich plaż, znanych mi z nad naszego Bałtyku tutaj trudno uświadczyć – te odcinki plaży, które nie są zagospodarowane (parasole, leżaki, knajpka, prysznice ze słodką wodą, przebieralnie, wypożyczalnie sprzętu), gęsto pokrywają… istne zwały śmieci i najczęściej można na nich spotkać urlopowiczów ze zwierzakami.
Pierwszego dnia chcemy po prostu nacieszyć się morzem. Jedziemy na Veliką Plažę, gdzie o dziwo jest stosunkowo niewielu plażowiczów. Adriatyk wita nas obłędnym lazurem. Jest piękny. I ciepły! Bosko ciepły! Zaskakująco słony. Nie chce się z niego wyjść, bo jest tak cudnie. Plaża piaszczysta, ale piasek nie jest złoty tylko ciemno szary i bardzo nagrzany od słońca – trudno chodzić po nim boso. Fajnie jest siedzieć w morzu, z widokiem na nagie, bo bardzo skąpo porośnięte roślinnością, czarnogórskie szczyty. Gdzieś przy zejściu z plaży leniwie kołyszą się wielkie liście palm. Zachwyca mnie to wszystko.
W drodze powrotnej, na ryneczku, robimy owocowo warzywne zakupy. Obowiązkowo wielki arbuz, nektarynki i brzoskwinie. Ich smak jest taki intensywny.

 

Wieczorem wybieramy się do centrum miasta, które o tej porze tętni życiem kawiarnianym, ulicznym, straganowym, słychać chyba wszystkie języki Europy. Zaskakujące jest to, że tutaj w knajpach pali się papierosy – dla nas widok już rzadko spotykany. Ba! Natknęliśmy się na palącą panią obsługującą klientów na poczcie! Jest gwarno, ale nie ma męczącego huku muzyki, która zwykle towarzyszy takim miejscom. Wybieramy knajpkę tuż przy miejskiej Małej Plaży z widokiem na morze i pięknie oświetlone na wzniesieniu Stare Miasto. Zapada szybko zmrok. Wracamy do domu, a resztę wieczoru spędzamy z naszymi współtowarzyszami, Marzenką i Grzesiem, na „naszym” tarasie. Wspominamy już ze śmiechem podróż i planujemy dalszy pobyt.


Ciąg dalszy niebawem :)

2 komentarze:

  1. W tej części Vielkiej Plaży, w której byłam ja, było czysto. Sprzątający przemierzali dany odcinek co godzinę i zbierali to i owo.
    "Zaskakujące jest to, że tutaj w knajpach pali się papierosy – dla nas widok już rzadko spotykany" - mnie to odpowiadało. czułam się wolna. Jestem palaczem. Hi, hi, hi....
    Byłyśmy w tej samej knajpce. Serdecznosci.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki Ci kochana. Miałam cudną podróż po Czarnogórze.
    Czytanej od końca.
    Uściski

    OdpowiedzUsuń