czwartek, 7 sierpnia 2014

No cudnie, cudnie

Siedziałam dziś na ławce bujawce. Słońce niemrawo zza chmur grzało jak diabli. Popijałam kawę i podjadałam jagody. Nad głową krążyły nasze boćki, z zapałem, pilnie trenujące szybowanie. Czasami schodziły tak nisko, że aż słyszałam szelest bocianich, biało-czarnych skrzydeł. Tuż za mną kiwały się majestatycznie, w takt lekkich powiewów wiatru, żółte słoneczniki. Pod ławeczką dyszał Faf. U sąsiadów poszczekiwał szczeniaczek… Kiedy my byliśmy na wakacyjnym wyjeździe, ich stary, blisko osiemnastoletni Helios przeniósł się na niebiańskie łączki… Zaadoptowali ślicznego kundelka ze schroniska. Jest bardzo podobny do naszego Fafcia, wabi się Tajfun. Póki co, to z niego taki Tajfun, jak z naszego Fafcia piesek rasy york, ale słodki jest niemożebnie… Dziś pieski do siebie pomachały ogonkami i okazały obopólne zainteresowanie oraz dobrą wolę. Zero agresji. Muszą się zakumplować, w końcu sąsiadują budami.
Wyniosłam swój kramik z robótkami i w ciszy przedpołudnia, na naszej „prawie wsi”, dekorowałam buteleczki i słoiczki z przetworami. Lubię mieć pod ręką takie gotowe, drobne podarunki hand made, dla znajomych. 

Lato w tym roku gorące. Ale niech takie będzie, niech trwa. Wczoraj miałam pierwszy sygnał, że praca za mną tęskni. Szefowi się nie odmawia, więc przedpołudnie spędziłam w firmie. Ale miły i owocny był to czas.



Jedni goście wyjeżdżają, inni przybywają. Była Marzenka z Grzesiem. Powspominaliśmy wyjazd do Czarnogóry, odbyliśmy koncert nocą na naszym tarasie. W ruch poszła gitara i cały asortyment bębenków, tamburyn i inszych grzechotek. Sąsiedzi póki co się odzywają, więc chyba nie było tak bardzo głośno. Zawieźliśmy Marzenkę i Grzesia nad „nasze” czarodziejskie, dzikie jeziorko… Cudnie, cudnie było. 
Był mały Wojtuś z Rodzicami, naszymi studenckimi przyjaciółmi i rodzic chrzestny Michała w jednym i też było cudnie, oj cudnie. Choć poziomki zaserwowałam tylko w wersji mrożonej, ale Wojtuś nie okazywał niezadowolenia. Jest w wieku, kiedy wszystkim tak wzruszająco potrafi się cieszyć…
I kilka pomniejszych wizyt przyjaciół, znajomych bliższych lub dalszych, które zawsze kończyły się: ach jaki zachód słońca, ach bociany, bociany lecą, ach jak świerszcze grają, ach jak cudnie u was, cudnie, ooo! jeż idzie, nie chce się od was wychodzić...!
Ano cudnie…


2 komentarze:

  1. Boćki już sejmikują, będą się wkrótce zbierać do odlotu, niestety.
    Widzę, że u Ciebie szydełkowe ubranka to niemal produkcja masowa. Piękne.
    Ja zaczęłam okres przetworów.
    Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  2. Szydełkowe odzienie dla butelek rewelacuyjne!

    OdpowiedzUsuń