niedziela, 24 sierpnia 2014

W kroplach deszczu

Niedziela od świtu usypia miarowym deszczem. Taki dzień komputerowo-książkowo-nicnierobieniowy. Albo raczej dzień dla własnych przyjemności. Męską część mojej rodziny zjednoczyła transmisja kolejnego w sezonie wyścigu F1, ja okupuję łóżko w sypialni. Drzwi odgradzają mnie od ryku silników super szybkich bolidów. Rozsunęłam firanki i przez okno zagląda do mnie zachmurzone niebo. Na delikatnych łodyżkach kołyszą się pudrowo różowe onętki. Ociężałe od drobinek deszczu, skłaniają lekko ku ziemi swoje zwiewne płatki.



A weekend rozpoczął się tak słonecznie… Piątkowy wieczór spędziłam z Anią. Taras i ogródek rozświetlały porozstawiane gdzieniegdzie szklane świeczniki. Uwielbiam płomień świec nocą. W przestrzeni, pod czystym granatem nieba, tworzą piękny klimat. Marko i Tomasz, niedaleko, nad rzeczką, gdzieś w krzaczkach, zakotwiczyli na nocne wędkowanie. Rankiem maluśka uklejka, tycia tyciunia, czekała w miseczce Kiteczki. Ale Marko twierdzi, że w łowieniu ryb czasami BYCIE na rybach jest ważniejsze niż połów i ja raczej tego nie zrozumiem. Ha, i tu się mylisz kochanie! Ja doskonale rozumiem! Na obiad oczywiście były ryby. Ze sklepu rybnego. Po nocnej wyprawie Marka na ryby, zwykle serwuję je na obiad, i cóż, że nie osobiście przez Niego złowione?

Sobota rozpieszczała słońcem, takim jakimś miłym, aksamitnym powietrzem. Wciąż pachnie latem, nieustannie świeżą zielenią, dogrzaną słońcem i nasączoną wilgocią. Choć wieczorem, na położonym niżej niż nasz dom pastwisku, rozlewa się mleczna, chłodna mgła. Przyzwyczaiłam się do tej bliskiej obecności natury w moim życiu, zapominam jaki to dar, szczęście. Piłam kawę pod baldachimem pochylonych słoneczników, kiedy uświadomiłam sobie, że właśnie mam TO tuż obok, na wyciągnięcie ręki, za każdym mrugnięciem powieki. A wszystko za sprawą artykułu o ludziach, którzy w miejskiej dżungli, tworzą namiastki zielonej przestrzeni - ogrody na tarasach czy dachach blokowisk. Ileż w tym zaparcia i ileż niezbędnych funduszy... A potem radości ze swojego mini-skrawka zieleni, swojego okienka na niebo rozgwieżdżone, ze srebrnym rogalem księżyca. Przypomniałam więc sobie jakim cudem jest miejsce, w którym mieszkam. Z ogromną przestrzenią, bezkresną zielenią, bocianimi gniazdami. Galopującymi za płotem końmi, pomrukiem silników motorówek mknących nurtem rzeki tuż za wałem przeciwpowodziowym. Zielenią radosną i niczym nie ograniczoną. Przychylnym okiem spoglądam na krzaki pomidora, które niespodziewanie wyrosły w kręgu na ognisko. Pachną cudownie, wybujałe, dorodne. Cudnie mieszkać w takim miejscu, gdzie człowiek może zatrzymać się w codziennej gonitwie. I być bezpiecznym, spokojnym, zdystansowanym wobec wszystkich spraw dużych i małych tego Świata.

3 komentarze:

  1. O, tak, szczęściaro :) Mieszasz w cudnym miejscu - ale wcale Ci nie zazdroszczę, mam własne gwiazdy i własny deszcz ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Miało być "mieszkasz", ale siła wyższa powiedziała, że jest inaczej ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nifo, właśnie o to chodzi aby każdy miał własne :)

    OdpowiedzUsuń