niedziela, 28 września 2014

Miasto 44

Musiało minąć trochę czasu, abym poukładała w sobie wszystko po tym filmie. Po wyjściu z kina byłam po prostu… psychicznie przeczołgana… przybita. Nagromadzenie okrucieństwa, kilka tak drastycznych scen, że z całych sił zaciskałam palce na oparciu fotela, zapominając o oddechu… wybiło mnie z równowagi. Pamiętam, że takie uczucie towarzyszyło mi ostatnio w kinie na filmie „Pasja”.  Wyniosłam z kina niepokój i autentyczny strach, że gdyby tak teraz… kiedykolwiek… Ten obraz odkurza plakatowy slogan „Nigdy więcej wojny!” 
Film jest doskonale zrobiony. Nawet jestem w stanie wybaczyć dziwną konwencję słynnej już sceny pocałunku głównych bohaterów, i niby-seksu, który tak naprawdę wcale nim nie jest, tylko jakby komiksową stop klatką. Czytałam wywiad z reżyserem, broni tych scen. Wierzę mu. Film jest bardzo prawdziwy. Faktycznie widać, że nie żałowano czasu na rzetelną dokumentację, i nie oszczędzano na niczym: ani w sensie materialnym, ani w warstwie emocjonalnej. Taki, a nie inny odbiór filmu determinuje z całą pewnością świadomość, że niestety, ale wojna to nie jest czas przeszły dokonany, zamknięty skrupulatnie na kartach historycznych książek. Wojna to nie jest tylko czarno-biały dokument w TV. To działo się i dzieje nieustannie – od niedawna, tak bardzo blisko nas… 
Najbardziej wstrząsające dla mnie sceny, o których chciałoby się zapomnieć, ale bez których film nie oddawałby pełni tragizmu Powstania: psychodeliczna wędrówka powstańców przez kanały i scena, kiedy na główną bohaterkę, „Biedronkę”, pada „deszcz…” nie, nie potrafię napisać jaki „deszcz…”. 
Znam historyczne uwarunkowania Powstania Warszawskiego, byłam w Muzeum Powstania, widziałam kilka filmów, "Kanał" Wajdy, ostatni non-fiction "Powstanie Warszawskie", na Czerniakowie Powstanie przetrwała Babcia Marka, brała w nim udział Ciotka Janka, ale dopiero ten film zbliżył mnie NAPRAWDĘ do koszmaru wojny.


piątek, 26 września 2014

A mój kolega powiedział...

Mój kolega (pozdrawiam Stef) zwykł mawiać:
- Kiedy coś mi w życiu nie wychodzi, albo dopada mnie niewiara we własne możliwości, to wyciągam kosiarkę i koszę. Odwracam się i widzę skoszony trawnik – wymierny efekt MOJEJ pracy. EFEKT, coś co mi wyszło, udało się. Coś, co z przekonaniem pozwala mi wykrzyczeć: hip hip hura, zrobiłem, jestem wielki, potrafię!
Jako, że właśnie pracuję nad dwiema rzeczami: programem ku czci i... sobą, to potrzebuję takiego motywatora – unaocznienia, że coś potrafię, że osiągam. A niechby to była pierdoła, ważny jest efekt! Ponieważ po niegdysiejszym zepsuciu przez mnię kosiarki, Mężon raczej mnie do niej nie dopuszcza, no i sezon jakby nie służy, złapałam w ręce nóż i szydełko. Nożem sprawiam warzywa i owoce do gara, a szydełkiem odziewam słoiczki. I kiedy tak popatrzę na EFEKTY swojej pracy, to wraca wiara, że wszystko co robię i w innych, "większych", dziedzinach, uda się – a więc program ku czci okaże się sukcesem i praca nad sobą też.
Czego sobie bardzo życzę i za SIĘ trzymam kciuki. O!



   
 dynia                                         pomidor

papryka, pomidor, śliwka, dynia


Było o przyjacielu inspirującym, będzie o rozweselającym:

- Maciek, czytaj „Ten obcy”, bo za tydzień będziecie przerabiali na polskim – woła Ania do dziecka swego Macieja.
- T E N...   O B C Y… – literuje z emfazą tata Macieja, Tomek, akcentując niemalże każdą literę – Nigdy tego nie przeczytałem. Już sam tytuł mnie przerażał  – Tomcio mówi poważnie, jak to Tomcio, a ja nie mogę powstrzymać śmiechu.


I takiego weekendu życzę - inspirującego i wesołego :)



sobota, 20 września 2014

Jędrzej

A nasz Jędrzej kończy dziś 15 lat.
To jednak sporo czasu, choć nam wydaje się, że to było wczoraj, no może ze dwa dni temu, jak urodził się i nie dawał nam spać nocami.
Albo w czapeczce z daszkiem na głowie i gołym tyłkiem (sorry Synu), ganiał wokół drewnianego domku letniego na Mazurach. Ledwie jakby wczoraj niczym papuga powtarzał „dobzie, dobzie, dobzie”, mówił „kuka” na skaleczony paluszek, i w dmuchanych rękawkach pływał po jeziorku, chichrając się przy tym perliście.
A teraz proszszzz… Goli wąsa, zaprzyjaźnił się z aerobiczną szóstką Weidera, wie wszystko o światowej koszykówce (szczególnie amerykańsko-kanadyjskiej lidze), piłce nożnej (szczególnie Realu Madryt), Formule 1. Nie przesadzam – naprawdę WSZYSTKO – i historię, i na bieżąco, na wyrywki!
Ma swoje zdanie, przy czym wcale mu nie zależy, aby innych do niego przekonywać.
Lubię jego poczucie humoru. Z dystansem do wszystkiego, a szczególnie siebie samego. I nawet nauczył się nie zapominać o porannym zaścieleniu łóżka, choć oczywiście jak każdemu facetowi, zdarza mu się pyrgnąć spodnie i koszulkę byle gdzie, ot choćby na podłogę.
Ma wesołe piegi na nosie i niesforną grzywkę, żyjącą jakby swoim własnym życiem.
Bardzo fajny jest nasz młodszy Syn. Bardzo Go kochamy, ale to chyba oczywiste :)

Szczęścia Synu!

Dużo się wydarzyło i dużo zmieniło w naszym życiu przez te piętnaście lat...
Zdarzyło się dużo dobrych i pięknych rzeczy, a Jędrek jest jedną z najpiękniejszych!

A to Jego najstarsze buciki i jedne z najnowszych :)


Jubilat nad tortem podczas wymyślania marzenia :)


I wczorajszy, anielski zachód słońca :)



wtorek, 16 września 2014

Co warto

Okres aklimatyzacji do nowych warunków życia – hehe, powrót do pracy – minął. Czas zebrać się do kupy, nie jęczeć, bo jak powiedziała mi z ulgą  przez telefon Tereska, do kolejnego lata już o dwa tygodnia mniej. I tego się trzymamy i działamy.
Jak  zwykle na początku każdego roku (szkolnego), wprowadzić trzeba kilka nowości w swoim życiu. Aby było bardziej kreatywnie i nie monotonnie. Poczucia stabilności, nie wolno mylić ze staniem w miejscu. Energii przysporzyło mi nade wszystko uspokojenie problemów zdrowotnych. Leczenie daje wspaniałe efekty. Kontrolne badania jakby żywcem skserowane z podręcznika diagnostyki laboratoryjnej - czy czegoś tam - dla studentów medycyny. Przyszedł czas na kolejny krok…

A póki co, zachwycamy się gasnącym latem, powoli nadchodzącą jesienią.

Czasami warto wstać skoro świt i zobaczyć jak słońce wschodzi…


I pojechać na grzyby…


… a później wąchać je bez końca, gdy wyschną…


Zebrać maliny z krzaczka…


Zrobić domowy ketchup. Paprykowy z kolorowym chili…


I zerknąć surowo na wilec, który bezkarnie wije się po modrzewiach sąsiadki Gosi…


… zaś miłym okiem na słodkie onętki, tańczące na wietrze, wespół w zespół, z babim latem…


ps. Odnotuję ku potomności, że właśnie polska reprezentacja męskiej siatkówki wygrała 3:2 z reprezentacją Brazylii w Mistrzostwach Świata w Piłce Siatkowej 2014, w domu szał radości :) BRAWO!!!!!!!!!!!!

środa, 10 września 2014

Lato odchodzi

Jak ja nie znoszę robić rzeczy zaczynających się od czasownika „muszę”. Wakacje się skończyły – heloooł – czyżby dopiero teraz to do mnie dotarło? W pracy od razu zaatakowało mnie to „MUSZĘ” z każdego kątka i zakątka. Ale tak to jest, gdy trzeba po dłuższym urlopie wszystko na nowo organizować, ruszać machinę. Najchętniej to bym po lesie się snuła, później nad stertą zebranych grzybów przysiadała i je czyściła, segregowała na kupki różne – te na sos, te do marynaty, tamte do suszenia. Nie trzeba za dużo myśleć, dylematy życiowe ograniczone do minimum. O, tak to bym chciała.
A tu niestety, nie da się. No bo muszę. Muszę do pracy, a w pracy złapać wenę muszę i napisać scenariusz ku czci. No muszę. Nie przepadam za tym etapem swojej pracy, ale cóż zrobić. Bycie kreatywnym bywa męczące.
Jakieś resztki lata wciąż się snują wokół naszego domu, choć zdecydowanie więcej oznak jesieni. Na przykład Kiteczka zaczęła znosić do domu myszki. Albo małe ptaszki. Krótko mówiąc – zapełnia spiżarkę. Nie wie bidulka, że mieszka pod wspólnym dachem z przyjaciółmi zwierzyny wszelakiej – zapewniam, że ani jeden ptaszek czy myszka, nie zostały przez Kitkę ukatrupione na amen. Póki co szala zwycięstwa jest po naszej, a raczej Marka i Michała stronie, bo to oni występują w roli zbawców kiciowych ofiar.
Olchy, bałaganiary jedne, taras zasypują żółciejącymi liśćmi.
Wieczorami pachnie stygnącą ziemią i wilgotniejącą zielenią.

poniedziałek, 1 września 2014

A ja w lesie

Ostatnie dni wakacji spędziłam w… lesie! Bo gdy tylko odleciał ostatni bocian z „naszego” gniazda, w okolicznych lasach pojawiły się grzyby! Grzyby! A to dopiero sierpień dobiegał końca, mniemam więc, że nadchodząca jesień będzie grzybna. No bo idzie ta jesień, idzie, nie ma co się oszukiwać i mamić, że przecież lato, lato wciąż. I pomimo, że czasami siąpił deszcz, pakowaliśmy do samochodu dawno nie używane gumofilce, wdziewaliśmy przeciwdeszczowe kurtki i kapelutki zielone na głowy i do lasu. Z wiadereczkami, bo wszystkie kosze do grzybów, wiosną zostały zamieszkane przez doniczki z kwiatami.
- Jak dobrze, że lubimy razem łazić po lesie za grzybami – mówię do Mareckiego, kiedy już przedzieraliśmy się przez deszczowy las – będziemy mieli co robić na stare lata – że tak mi się perspektywicznie powiedziało, z wyczuwalną nutą dekadencji. No bo jednak o starości mowa.
Bo to chyba dobrze, lubić robić coś wspólnie. Synki dwa pasji naszej nie podzielają. Nie znoszą bezcelowego, ich zdaniem, chodzenia po lesie. Hm… zresztą jeszcze parę innych różności różni nas od naszych Synów. Jabłka spadły nieco dalej od jabłoni, niż wynikałoby to z popularnego powiedzenia. Ale w przypadku facetów może tak powinno być? Facet musi poturlać się dalej od jabłoni, aby mógł bez przeszkód wyhodować swoje własne drzewo. O!
Wyjątkowo dużo grzybów znajdywałam na leśnych drogach lub tuż na ich skraju. I zawsze, naprawdę zawsze, gdy przeszłam daną drogę drugi raz – kolejne kapelusiki wołały „zabierz mnie, zabierz!”. Na koniec wakacji byłam nastrojona niezwykle filozoficznie, ukułam sobie domorosłą mądrość: bywa, że szukamy rozwiązania problemów gdzieś daleko, błądząc przy tym, popełniając w tym szukaniu kolejne błędy, nie dostrzegając prostych rozwiązań. A tymczasem wystarczy przemyśleć sprawę jeszcze raz, czasami zatrzymać się, poszukać cierpliwie tu gdzie jesteśmy, a znajdzie się rozwiązanie. Wcale nie trzeba gnać i pędzić, szukać nie wiadomo gdzie, nie wiadomo czego, wcale nie!
Przyda mi się taka myśl na ten nowy sezon służbowy, że też tym razem odwołam się do nomenklatury serialowej.