środa, 10 września 2014

Lato odchodzi

Jak ja nie znoszę robić rzeczy zaczynających się od czasownika „muszę”. Wakacje się skończyły – heloooł – czyżby dopiero teraz to do mnie dotarło? W pracy od razu zaatakowało mnie to „MUSZĘ” z każdego kątka i zakątka. Ale tak to jest, gdy trzeba po dłuższym urlopie wszystko na nowo organizować, ruszać machinę. Najchętniej to bym po lesie się snuła, później nad stertą zebranych grzybów przysiadała i je czyściła, segregowała na kupki różne – te na sos, te do marynaty, tamte do suszenia. Nie trzeba za dużo myśleć, dylematy życiowe ograniczone do minimum. O, tak to bym chciała.
A tu niestety, nie da się. No bo muszę. Muszę do pracy, a w pracy złapać wenę muszę i napisać scenariusz ku czci. No muszę. Nie przepadam za tym etapem swojej pracy, ale cóż zrobić. Bycie kreatywnym bywa męczące.
Jakieś resztki lata wciąż się snują wokół naszego domu, choć zdecydowanie więcej oznak jesieni. Na przykład Kiteczka zaczęła znosić do domu myszki. Albo małe ptaszki. Krótko mówiąc – zapełnia spiżarkę. Nie wie bidulka, że mieszka pod wspólnym dachem z przyjaciółmi zwierzyny wszelakiej – zapewniam, że ani jeden ptaszek czy myszka, nie zostały przez Kitkę ukatrupione na amen. Póki co szala zwycięstwa jest po naszej, a raczej Marka i Michała stronie, bo to oni występują w roli zbawców kiciowych ofiar.
Olchy, bałaganiary jedne, taras zasypują żółciejącymi liśćmi.
Wieczorami pachnie stygnącą ziemią i wilgotniejącą zielenią.

1 komentarz:

  1. ja też nie lubię musieć, szkoda, że to nasze życie w okół tego słowa się kręci

    OdpowiedzUsuń