środa, 29 października 2014

Typowa choroba w kalendarzu świąt nietypowych

Dzisiaj obchodzony jest Światowy Dzień Chorych na Łuszczycę. Fakt ten odnotowany jest – nie wiedzieć czemu – we wszelkiego rodzaju internetowych kalendarzach świąt nietypowych. Tymczasem łuszczyca jest jedną z najczęściej diagnozowanych – NIEZAKAŹNYCH, co bardzo istotne – chorób skóry. 
Od jakiegoś czasu, każdego roku wspominam o tym dniu na swoim blogu, ponieważ sama borykam się z tą chorobą od blisko 30 lat. 

Pomimo dość częstego występowania, wokół łuszczycy krąży aura niedopowiedzenia. Dobrze wiem, że przykładamy się do tego i my – chorzy. Dlaczego? Ponieważ najczęściej wstydzimy się tego, że chorujemy. Wstydzimy się tego, co potrafi łuszczyca zrobić z naszym ciałem. Wstydzimy się o tym rozmawiać… A tak naprawdę, dla osób postronnych, najważniejszą informacją jest to, że łuszczyca jest chorobą niezakaźną, a więc kontakt z osobą chorą nie naraża zdrowia innych. I tyle. Cała reszta – zrozumienie, ewentualne wsparcie, empatia – będą miłym gestem, który na pewno pomoże choremu być silniejszym i pewniej funkcjonować w społeczeństwie.
Kilka lat temu pod pseudonimem (no bo ten wstyd) napisałam opowiadanie inspirowane moją chorobą – Kiedyś. Dziś. Jutro. Zapraszam Was, w wolnej chwili, do lektury.
Ten rok to dla mnie odpoczynek od choroby. Wiosną zostałam zakwalifikowana do najnowocześniejszej metody leczenia objawów łuszczycy – leczenia biologicznego. Co trzy miesiące otrzymuję lek w postaci zastrzyku, który uwalnia mnie od udręki łuszczycy. Terapia trwa rok. Obwarowana jest licznymi procedurami. Co będzie później – nie wiem. Póki co, cieszę się gładką skórą i inwestuję w zdrowie. Oddałam się w ręce doświadczonej pani dietetyk, zmieniłam całkowicie nawyki żywieniowe, mam nadzieję, że przełoży się to też na moje zdrowie. Bo na wygląd na pewno – nieubłaganie zbliżam się do chwili, kiedy zakupy ciuchowe nie będą tak stresujące jak onegdaj. Pani ekspedientka nie będzie musiała szukać dla mnie dżinsów w rozmiarze XXL na najwyższej półce w sklepie :)
Zdrówka życzę wszystkim, bo to nie frazes, że jest ono najcenniejszym skarbem, jakim może cieszyć się człowiek.


niedziela, 26 października 2014

Połykendowo

Weekend w biegu, a raczej w samochodzie. Choć odwiedzałam miejsca, które zwykle sprzyjają zadumie… Cóż… nie dało się. Bo zimno jak diabli, wiatr targał włosy i przeganiał kolorowe liście pomiędzy grobami. Zapalałam znicze, aby choć przez chwilkę rozgrzać dłonie w ich nikłym płomieniu. Wspominałam czasy okołopierwszolistopadowe z dzieciństwa, kiedy nie było takich zniczy jak teraz, z plastykowymi kapturkami, chroniącymi przed deszczem, często śniegiem, no i wiatrem. Jędrek studiował nagrobne płyty z imionami swoich pradziadków – przygotowuje się do bierzmowania i postanowił wybrać na patrona imię któregoś ze swoich praprzodków. A ma bogactwo imion do wyboru: Alojzy, Czesław, Bolesław i Stanisław. Niech więc myśli.
Deficyt czasu ostatecznie zakończył się wczesnym, niedzielnym popołudniem. Umościłam sobie przytulną miejscóweczkę tuż obok stoliczka z waniliowymi i czekoladowymi świecami (yh, dieta obliguje – słodkości to ja tylko w formie aromatów). Marko segregując hurtowe ilości skarpet po praniu, zadaje pytanie z gruntu nierozwiązywalnych:
- Słuchaj, no co właściwie dzieje się z tymi skarpetami, że po każdym praniu przynajmniej jedna zostaje bez pary?
- Ha, temu kto znajdzie rozwiązanie tej zagadki, ludzkość wystawi pomnik w ramach dozgonnej wdzięczności.
Natomiast ja jakimś cudem odnalazłam dziadka do orzechów, bo wczoraj zaginął i słuch o nim też. Dziś posłusznie rozgryzł skorupki orzechów laskowych i zapas na tydzień mam na wyciągnięcie ręki. Podobnie jak i ogrodową miętę pieprzową, którą zdążyłam ususzyć przed eksplozją zimnej jesieni.
 


No i cóż, coraz zimniej, coraz ciemniej, coraz częściej spoglądam w stronę polarowego kocyka. Problem w tym, że nie tylko ja:


Słonecznego tygodnia, mimo wszystko :) 

piątek, 24 października 2014

No i się skończyło


Hm, no i się skończyło. Że piękna, że złota, kolorowa, odziana w zwiewne babie lato. Którejś nocy obudziło mnie miarowe chrobotanie w narożnej rynnie. Oho, pomyślałam przekręcając się na drugi bok, jesień zmienia oblicze. Ranki mgliste, deszczowe.  A jeszcze niedawno było tyle słońca… Oślepiało kiedy wypijałam poranną kawę na ławce bujawce w towarzystwie Fafa i studiowałam swoje segregatory i książki z przepisami kulinarnymi. Poszukiwałam inspiracji na dynię. Moje co prawda nie obrodziły, ale sąsiadce i owszem.  A ileż można jeść zupę dyniową, albo smażyć dżem dyniowo-pomarańczowy? Padło na ostry sos - chutney dyniowy z pomidorami, papryką pieczoną, rodzynkami, imbirem, chili, curry, czosnkiem… oj dobre to, dobre.


A teraz słońce pozostawiło po sobie tylko wspomnienie... Zima przysłała pozdrowienia w postaci nocnego przymrozku. Już gdzieś się czai za rzeką, za lasem. Wieczorem zdążyłam zabrać z tarasu do salonu pelargonie i passiflorę. Rankiem zaś, kiedy wreszcie  obudziłam się po drugiej kawie, spojrzałam przez okno na rabatki, pozostało mi westchnąć nad losem dali, wilców, nasturcji i innych pomniejszych i delikatnych, letnich kwiatów.
Idzie listopad, a raczej biegnie!

środa, 15 października 2014

Po 14 października, uf!

Fiku miku, po premierze programu 'ku czci". Strasznie fajnie się pracowało. Chociaż na początku moi „aktorzy” mocno kręcili nosem na scenariusz: 
- Gooommmbroowicz? Błe, to nudne.  
Wcale nudne nie było – daliśmy radę ożywić to, co Wielki Witold (hehe) raczył tak wnikliwie obsmarować na kartach „Ferdydurke”.
Sprzyjał też klimat współpracy z nową ekipą sceny, gdzie zwykle miewam swoje małe „premiery”. Nawet zbytnio nie denerwowałam się, ot zwyczajny, taki motywujący stresik. Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że jeśli w coś bardzo mocno wierzę i jestem tego pewna, to, to wyjdzie. Muszę tylko spowodować aby moja wiara i energia udzieliła się drugiej stronie. 

A tak na marginesie, Gombrowicz to się w grobie skręca ze śmiechu, że to co obśmiał w „Ferdydurke” odbiło się w lustrze i oto wtargnęło na szkolne sceny kabaretowe.  
Tak, tak, „zapamiętajcie sobie, bo ważne”
Zachwycamy się Gombrowiczem, bo wielkim prześmiewcą był!

Pozachwycajmy się i Basią Kurdej Szatan, moją tegoroczną inspiracją :)



niedziela, 12 października 2014

I tydzień przeleciał

Z przyjemnością zatracam się w październiku. Słonecznym. Aromatycznym. Przed południem zwykle wypijam kawę na tarasie. Przymykam oczy i wsłuchuję się w szelest żółciejących liści olch, odgłosy jadącego za rzeką i lasem pociągu. Kolorowymi klamerkami przypinam do sznurka pachnące pranie. Ciepły wiatr zaprasza je błyskawicznie do tańca. Może zdąży wyschnąć przed wieczornym chłodem? Dzwonię do mamy, porozmawiać o niczym ważnym, ot tak, aby porozmawiać. 
Biegnę od jednego poranka do następnego, potykając się o kolejne drobnostki codzienności. Ale jaka to radość, jaka radość, tak móc iść, biec, jechać, zatrzymać się, oddychać. Żyć...  
Wieczorem zasypiam mocno, zwykle po lekturze kolejnych obyczajowo - plotkarsko - historycznych książek Sławomira Kopra. Aktualnie na nocnym stoliku leżakują „Afery i skandale Drugiej Rzeczpospolitej”. Super, super czyta się Kopra. 
A nocą…, a nocą wpatruję się w wyrazisty księżyc, dostrajam lornetkę do swojej krótkowzroczności i błądzę po chropowatym skraju prawej części srebrnej tarczy.
W weekend czas na leniwe celebrowanie wolnego czasu. Piątkowy wieczór zdominował Tomasz Kot w naprawdę zapierającej dech kreacji w „Bogach”. Świetny film! Pełen… życia, pasji, humoru, siły. Budująca fajny nastrój ścieżka dźwiękowa! Film bardzo daleki od ckliwości, choć oczywiście zawiera sceny głęboko poruszające. Na pewno długo będą żyły teksty z tego filmu: "Polak Polakowi to nawet porażki zazdrości", "Z samymi łóżkami to my możemy co najwyżej burdel otworzyć". I chyba najwięcej mówiący o Relidze: "Serce nie sługa. - Zobaczymy!"
Po kinie, jak zwykle spotkanie z przyjaciółmi przy wytrawnym białym winie, muzyce i tak do nocy gwieździstej. 
Sobota nosiła imię sukcesu. Dużego - w postaci piłkarskiego święta i historycznego zwycięstwa polskiej drużyny nad Niemcami. I takiego w skali mikro – mojego osobistego, a wszystko za sprawą wizyty u pani dietetyk, ale o tym jeszcze pewnie napiszę :)
I niech jeszcze premiera gombrowiczowskiej scenki „ku czci” się odbędzie i odetchnę z ulgą. Ale to dopiero we wtorek. A jutro dopinanie wszystkiego i próba generalna, czyli jak zwykle galimatias.  Jak ja to  „k o c h a m”.  Wrr . . .

czwartek, 2 października 2014

Jesiennie

Wypijam łyk kawy. Przepędzam z tarasu kotkę, która znowu w pysku przyniosła maleńką, szarą myszkę. Może faktycznie trzeba zaopatrzyć kicię w obróżkę z maleńkim dzwoneczkiem? Przynajmniej na czas jej jesiennych łowów… Fafik spokojny, spogląda jakimś takim zamglonym okiem w stopniowo wytrawianą z zieleni przestrzeń. Ożywiły się wiewiórki, takie pocieszne w tej swojej zwinności. Coraz ciszej w olchach. Coraz ciszej na łąkach. Jesień, jesień. Jeszcze taka ciepła, taka przyjazna, taka dobra. Pachnąca słońcem, liśćmi, wilgotną ziemią. Po zachodzie słońca pastwiska stroją się w mleczny woal nisko snującej się mgły. W jakiś w miarę wolny dzień muszę zrobić porządki w rabatkach, wciąż nie zasadziłam cebul tulipanów i narcyzów, zawsze z tym zwlekam. Jakbym wierzyła, że jeszcze mam wystarczający zapas długich, słonecznych dni. Winogrona już w dużym, szklanym baniaczku bulgoczą przyjemnie - kotka na ten dźwięk przystaje i nasłuchuje. Strzyże uszami, nastawia je niczym antenę na odpowiednią częstotliwość.
Pomidorki, które dziko zaowocowały w miejscu na ognisko, nie zdążyły dojrzeć. Poddały się przed bardzo chłodnymi porankami i wieczorami. Tym samym jesienne ognisko z pieczeniem ziemniaków i jabłuszek (dla tych co na diecie, hehe, kurcze blade) wcisnęło się w tak zwany łykendowy harmonogram czasu wolnego. Juhu!