czwartek, 2 października 2014

Jesiennie

Wypijam łyk kawy. Przepędzam z tarasu kotkę, która znowu w pysku przyniosła maleńką, szarą myszkę. Może faktycznie trzeba zaopatrzyć kicię w obróżkę z maleńkim dzwoneczkiem? Przynajmniej na czas jej jesiennych łowów… Fafik spokojny, spogląda jakimś takim zamglonym okiem w stopniowo wytrawianą z zieleni przestrzeń. Ożywiły się wiewiórki, takie pocieszne w tej swojej zwinności. Coraz ciszej w olchach. Coraz ciszej na łąkach. Jesień, jesień. Jeszcze taka ciepła, taka przyjazna, taka dobra. Pachnąca słońcem, liśćmi, wilgotną ziemią. Po zachodzie słońca pastwiska stroją się w mleczny woal nisko snującej się mgły. W jakiś w miarę wolny dzień muszę zrobić porządki w rabatkach, wciąż nie zasadziłam cebul tulipanów i narcyzów, zawsze z tym zwlekam. Jakbym wierzyła, że jeszcze mam wystarczający zapas długich, słonecznych dni. Winogrona już w dużym, szklanym baniaczku bulgoczą przyjemnie - kotka na ten dźwięk przystaje i nasłuchuje. Strzyże uszami, nastawia je niczym antenę na odpowiednią częstotliwość.
Pomidorki, które dziko zaowocowały w miejscu na ognisko, nie zdążyły dojrzeć. Poddały się przed bardzo chłodnymi porankami i wieczorami. Tym samym jesienne ognisko z pieczeniem ziemniaków i jabłuszek (dla tych co na diecie, hehe, kurcze blade) wcisnęło się w tak zwany łykendowy harmonogram czasu wolnego. Juhu!

 

1 komentarz: