niedziela, 26 października 2014

Połykendowo

Weekend w biegu, a raczej w samochodzie. Choć odwiedzałam miejsca, które zwykle sprzyjają zadumie… Cóż… nie dało się. Bo zimno jak diabli, wiatr targał włosy i przeganiał kolorowe liście pomiędzy grobami. Zapalałam znicze, aby choć przez chwilkę rozgrzać dłonie w ich nikłym płomieniu. Wspominałam czasy okołopierwszolistopadowe z dzieciństwa, kiedy nie było takich zniczy jak teraz, z plastykowymi kapturkami, chroniącymi przed deszczem, często śniegiem, no i wiatrem. Jędrek studiował nagrobne płyty z imionami swoich pradziadków – przygotowuje się do bierzmowania i postanowił wybrać na patrona imię któregoś ze swoich praprzodków. A ma bogactwo imion do wyboru: Alojzy, Czesław, Bolesław i Stanisław. Niech więc myśli.
Deficyt czasu ostatecznie zakończył się wczesnym, niedzielnym popołudniem. Umościłam sobie przytulną miejscóweczkę tuż obok stoliczka z waniliowymi i czekoladowymi świecami (yh, dieta obliguje – słodkości to ja tylko w formie aromatów). Marko segregując hurtowe ilości skarpet po praniu, zadaje pytanie z gruntu nierozwiązywalnych:
- Słuchaj, no co właściwie dzieje się z tymi skarpetami, że po każdym praniu przynajmniej jedna zostaje bez pary?
- Ha, temu kto znajdzie rozwiązanie tej zagadki, ludzkość wystawi pomnik w ramach dozgonnej wdzięczności.
Natomiast ja jakimś cudem odnalazłam dziadka do orzechów, bo wczoraj zaginął i słuch o nim też. Dziś posłusznie rozgryzł skorupki orzechów laskowych i zapas na tydzień mam na wyciągnięcie ręki. Podobnie jak i ogrodową miętę pieprzową, którą zdążyłam ususzyć przed eksplozją zimnej jesieni.
 


No i cóż, coraz zimniej, coraz ciemniej, coraz częściej spoglądam w stronę polarowego kocyka. Problem w tym, że nie tylko ja:


Słonecznego tygodnia, mimo wszystko :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz