piątek, 16 stycznia 2015

Nie mam się w co ubrać!

- Ja się nie mam w co ubrać! – ryknęłam o poranku z czeluści garderoby. Marecki, na takie dictum, rozpoczął ewakuację z pola rażenia. Pewnie każdy rozsądny facet, na jego miejscu zrobiłby to samo. Zatem wziął smycz i wyszedł z psem.
A ja naprawdę nie mam w co się ubrać. Z powodów jakże odmiennych od tych co dotychczas. Bo najpierw we wszystkim było mi ciasno, nie dopinałam się to tu, to tam. Stylizowałam, że tak ma właśnie być, że tu rozchylone, tam zwisa i powiewa. Taki styl i już! Tak ma być. A teraz powiewa, bo za obszerne. O ironio kobiecej natury – najpierw marzyłaś o luzie w rozmiarze potrójnego XL, teraz jęczysz, że w tym luzie wyglądasz źle. A źle wyglądasz, no bo faktycznie wszystko za duże!

- W sobotę jedziemy na zakupy – rzekł Marecki wracając ze spacerku z psem, mijając nabzdyczoną mnię w drzwiach wyjściowych. Bo w końcu coś tam wynalazłam na odzienie do pracy. Obracając przy okazji w totalny chaos wszystkie wieszaki i połowę półek z ciuchami.
Na horyzoncie porządki w garderobie i eskapada do kontenerka na używaną odzież. Może te moje iks_iks_elki przydadzą się jeszcze jakieś smutnej iks_iks_elce, zanim dojrzeje w niej myśl, że  czas odciąć ze swego rozmiaru te wszystkie iksy?
Perspektywa zakupów - o to, to rozumiem!

:)
A zima wciąż taka troszkę śmieszna. Na nasłonecznionych rabatach powschodziły krokusy i żonkile. Ptaki śpiewają jakby to była nie przymierzając końcówka lutego, a nie środek potencjalnie najzimniejszego miesiąca w roku. Na kuchennym parapecie zakwitł hiacynt, no ale sztucznie pędzony, więc nie liczy się. Drewna w drewutni nie ubywa, bo i kominek małożerny przy tych temperaturach. Jest po prostu ciepło.


niedziela, 11 stycznia 2015

Wieje!

Wieje, ryczy, dmucha, a wczoraj dodatkowo lało, błyskało i grzmiało.Olchy kiwają się we wszystkie strony świata i mam nadzieję, że nie omdleją z hukiem, zawadzając szczytem koron o okno michałowego pokoju. Nocą od wiatru runął nasz domek-karmnik dla ptaków, a ciężki jest skurczybyk, z litych dech. Faf ma obłęd w oczach, całkiem rozkojarzyła go ta aura. I trudno iść na spacer gdy szarpie człowiekiem wte i wewte, odśnieżać nie ma co, bo śniegu brak. Ograniczyłam więc swoją aktywność do samych przyjemności.
Oglądam filmy. Aktualnie na topie filmowa adaptacja „Wojny i pokoju” (ach ten książę Bołkoński, imponująca scenografia i cudowna muzyka Jana Kaczmarka).
Czytam. Utonęłam w „Damach złotego wieku” Kamila Janickiego. Świetne tomisko ukazujące portrety kobiet z rodu ostatnich Jagiellonów. Najwięcej tam oczywiście Bony, a to jedna z moich ulubionych kobiecych postaci historycznych. Powieść skonstruowana jest interesująco dla czytelnika, niekoniecznie będącego za pan brat z historią. Autor ożywia historyczne źródła, przez co poszczególne wydarzenia, bohaterowie, stają się bardziej plastyczni i książkę czyta się po prostu... lekko. Zajmująca lektura, pełna ciekawostek i różnych smaczków.
W przerwach między jednym a drugim, zatrzymuję się przed wielką taflą lustra, aby popodziwiać nową „mnię” – a co!
No i jak co roku, przygotowałam Aniołka, który powędrował na licytację WSOŚP’ową. 


Słucham muzyki, na przykład takiej o, pięknej:

środa, 7 stycznia 2015

Facet i noworoczne postanowienia


Realizacja postanowień noworocznych według mężczyzny:

- Przecież miałeś nie jeść słodyczy.
- Noo... to nie jest takie proste.
- Jest. Wystarczy sobie powiedzieć: „Nie jem słodyczy!”.
- Nie jem słodyczy. Od jutra!


I po czekoladzie!

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Witam w Nowym Roku :)

Syn Duży stwierdził, że w domu rodzinnym nie ma warunków do nauki, ekhem, ekhem, i postanowił wybyć do oazy spokoju, czyli swojego warszawskiego mieszkania. A, że mieliśmy całkiem wolną niedzielę i zachciało się mi popatrzeć na rozczulającą panoramę stolicy, z dominującą iglicą wiadomego budynku, pojechaliśmy. I napraaawdę nie robiłam inspekcji studenckiego lokum, nawet nie zerknęłam w stronę kabiny prysznicowej. No lustro przetarłam, ale tylko po to aby w nim lepiej widzieć swą postać. A co!
Miło było wypić po obiedzie kawę, w miniaturowej kuchni Michała. Daje mi tyle radości świadomość, że nie musi on startować w życie tak jak kiedyś my – bez swojego kąciczka…
Wracaliśmy już ciemną nocą, niemalże tańcząc samochodem na lodzie. Bo (nie)oczekiwanie wróciła zima.
W domu przywitało mnie wezwanie do natychmiastowej zapłaty niedopłaty podatku za dom za rok 2014, który to opłacałam tak dawno, że nie pamiętałam kiedy. Musiałam pogrzebać w czeluściach archiwalnych opłat. Ponieważ takie sytuacje wyzwalają we mnie pokłady drzemiącej agresji, poszła niezła wiązanka pod adresem stosownego referatu urzędu miejskiego. Rano jednakże coś mnie tknęło, przeanalizowałam rachunki i wezwanie, podliczyłam, i wyszło mi, że to ja gapa, a nie stosowny referat. Źle zsumowałam co powinnam i zapłaciłam za mało. I tak o, weszłam w Nowy Rok z długiem, by to szlag!