czwartek, 26 lutego 2015

Beksy

Jestem świeżo po lekturze książki Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”
To jedna z najlepszych biografii jakie czytałam. Nooo może obok publikacji „Na plebanii w Haworth” Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej, gdzie rzecz się ma o rodzeństwie Brontë.
Pani Grzebałkowska wprowadza czytelnika - dosłownie tak! - do Rodziny Beksińskich w sposób bardzo sugestywny. Zamykam oczy i widzę kolejne mieszkania Państwa Beksińskich, CZUJĘ otaczający ich klimat i podskórnie doświadczam zagęszczonej atmosfery, która nie odstępuje tej rodziny, od dnia kiedy ich nastoletni syn po raz pierwszy postanawia rozstać się z życiem. Mam wrażenie, że doświadczam cienia emocji, jakie rządzą tymi ludźmi. Nieszczęśliwymi ludźmi, powiedzmy to jednoznacznie... Inna sprawa, nie wiem czy Panu Zdzisławowi by się to podobało. Taka wiwisekcja. Chociaż z drugiej strony, po śmierci Żony Zosi i Syna Tomasza, sam pisał w liście do przyjaciela:

„Ze wszech miar nie chcę, by oni (Zosia i Tomek) oraz ich świat zostali za mego życia zapomniani. W końcu wszyscy odejdziemy bezpowrotnie, ale nie chcę i nie pozwolę na to, by stało się to z nimi za mego życia." 
(cyt. za M. Grzebałkowska, Beksińscy. Portret podwójny.)

...więc może jednak byłby na swój sposób zadowolony? Między innymi dzięki tej książce na pewno pamięć o Malarzu i Jego Bliskich nie odejdzie bezpowrotnie... Pozostanie w świadomości zarówno wielbicieli talentu Beksińskiego-malarza, jak też zaintrygowanych postacią Jego syna, Beksińskiego-dziennikarza-tłumacza.
Książka daje możliwość obcowania z codziennością Malarza, jego pasjami, obsesjami, przyzwyczajeniami, słabościami i geniuszem. Przecież to lubimy, prawda...

Przyznaję, że porusza mnie twórczość Zdzisława Beksińskiego. Przemawiają do mnie te jego pokrętne, mroczne, czasami tylko złamane intensywnym kolorem, ciasne, mimo rozmachu i sporych gabarytów, obrazy. Miałam okazję pierwszy raz zetknąć się z Jego sztuką kiedyś tam na studiach. Podczas podróży w Bieszczady, na plener fotograficzny, opiekun naszej grupy, specjalnie zrobił postój w Sanoku, w Muzeum Historycznym. Był zafascynowany klimatem i fotograficzną precyzją prac Beksińskiego, no i chciał tym zarazić nas - studenciaków. My zaś małolaty-studenty, chyba woleliśmy w pierwszej kolejności zrobić postój pod sklepem z piwem i dietetycznymi sucharkami, paradoksalnie - dziewczyny miały wówczas "fazę" na tego typu żarcie. Ale na szczęście wylądowaliśmy w niewielkiej, wówczas, galerii z wielkimi pracami (nie tylko w przenośni, ale i dosłownie, bo malowanymi na dużych płatach płyty pilśniowej), które zrobiły na nas ogromne wrażenie.
Rozedrgały się najróżniejsze emocje. Mnie zachwyciły i tak jest do dziś.
Mniej więcej w tym samym czasie słuchałam nocnych, radiowych audycji Tomasza Beksińskiego (faktycznie miał bardzo charakterystyczny głos), jego tłumaczeń tekstów Doors'ów, King Crimson, Pink Floyd i całej, całej masy innych, ale te jakoś najbardziej zapamiętałam. Do tej pory Marko ma archiwalne numery „Tylko Rock'a” z felietonami Tomka Beksińskiego, w tym ten ostatni, który ukazał się już po Jego śmierci...

Bardzo, bardzo polecam tę książkę. Jest w niej jakiś niepokój, tak charakterystyczny dla twórczości Beksińskiego. Jest to też świetny dokument. Autorka wykonała gigantyczną pracę archiwistyczną, przynajmniej ja, jako przeciętny czytelnik tak to odbieram.

A to jeden z obrazów Pana Zdzisława Beksińskiego, który widziałam na żywo, i który zrobił na mnie piorunujące wrażenie:


Źródło fotografii: Muzeum Historyczne w Sanoku

24 lutego 2015 roku Malarz obchodziłby swoje 86. urodziny.
21 lutego 2015 roku, minęło dziesięć lat jak został brutalnie zamordowany...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz