środa, 18 lutego 2015

E... co to ja chciałam...

Ojejej. Czas śmiga, spychając kolejne dni, kolejnego miesiąca roku, w odmęty historii. W niebyt poszedł był cudny czas zimowych ferii, które tak naprawdę zimowymi nie były.
Na pięciolecie przeprowadzki do (już nie)nowego domu (łomatkobosko, 5 lat!!!), wreszcie dozbieraliśmy 10 groszy do złotówki i na nowo urządziliśmy pokój Jędrka. Tak bardziej dorosło – na strych powędrowały lego, samochodziki i insze takie tam cacka. Jak również pokaźna paczka książek dla maluchów. Przy okazji powspominali synkowie, zamierzchłe (chlip, chlip) czasy czytania im bajek przed snem.

Uprzednio jednak pomknęliśmy do stolycy, cudem omijając kawalkadę protestujących gwieździście traktorzystów. Tuż przed spektakularnym pożarem Mostu Łazienkowskiego, więc prawie udało się uniknąć korków (prawie, bo jednak tradycyjnie w Kołbieli się stało). A z Łazienkowską katastrofą komunikacyjną, będzie musiał borykać się Syn Duży, gdy tylko przerwa semestralna dobiegnie końca, co nastanie niebawem. Bo wiadomo nie od dziś, że czasem lenistwa rządzi zegar z mniejszą ilością godzin na tarczy.

Zakupy wnętrzarskie w poręcznym i bezproblemowym, żółto-niebieskim sklepie na literę „I”, przebiegły sprawnie. Troszkę dłużej zajęło przemyślane upchanie tego wszystkiego w naszym dość pakownym samochodzie - segment na książki, wielkie biurko, wysoka komoda plus dwie bycze kolumny (a to już nie_ikeowy OSOBISTY zakup Mężona w ramach doskonalenia kącika audiofilskiego, hm, hm) oraz tysioncpińcet (nie)zbędnych pierdół, które zwykle zgarnia się w IKEA. Chłopaki podróżowali na jednym fotelu, a ja z przodu, z nosem na szybie i Michałową walizką na kolanach. Widok z zewnątrz musiał być przedni. Meble z IKEA - wiadomo - takie duuuże klocki lego, więc Michał w dwa dni sprawę załatwił. Może dałby radę w jeden, ale przecież NBA All-Star Weekend ważniejszy, no przecież!

A wieczorem naszą posesję, po raz pierwszy od ponad dwóch tygodni, zalała jasność. Oto całkiem przypadkiem, w rocznicę naszej przeprowadzki, rozbłysły nowe, z trudem montowane od grudnia, lampy. Po różnych trudach i bojach, Panowie Energetycy się spisali - mamy teraz garaż i front domu w pełnej iluminacji, niczym Kościół Mariacki na Rynku Głównym w Krakowie, juhu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz