sobota, 28 marca 2015

Nie bedzie mycia bedzie czytanie

Burza, deszcz, wiatr, ogólna wiosenna zawierucha zwolniła mnie z kontynuowania dzieła mycia okien. No i dobrze. Znam przecież milsze formy spędzania czasu wolnego. Na przykład skończę wreszcie czytać rozpoczęte książki. Bo, że zwykle mam dwie na tapecie to norma u mnie, ale teraz – o zgrozo! – aż cztery!

„Anna Dymna” – pięknie wydana biografia pięknej aktorki. Pięknej ciałem (no fotki są hoho! niczym „momenty” w polskim filmie), ale nade wszystko duchem. Tak sobie myślę, że ciężko jest napisać wciągającą biografię osoby (na szczęście) żyjącej. Odnoszę wrażenie, że autorka, Elżbieta Baniewicz, uszanowała prywatność Pani Anny, no i dobrze. W zalewie plotkarskiej papki, którą karmieni jesteśmy, czy chcemy czy nie, tak subtelne nakreślenie portretu jawi się szczególnie cennym. W biografii natomiast duży nacisk położony jest na analizę aktorskich dokonań Anny Dymnej, i co leży u źródeł Jej wyjątkowej wrażliwości na los drugiego człowieka. Gratka dla fanów. A już całkowicie uwodzi okładka – portret młodszej Anny Dymnej, cała w bieli... taka czysta, anielska, magiczna. Książka jest tym bardziej dla mnie wyjątkowa, że otrzymałam ją w prezencie z wyjątkową dedykacją, od wyjątkowej dla mnie Osoby.

Druga książka to torpeda. Polecił mi teść, który nie może doczekać się kiedy skończę, aby pogadać. „Karawana literatury” Waldemara Łysiaka. Łysiak w wielu punktach ma rację – w literaturze współczesnej dużo jest miałkości, miernoty, głupoty, epatowania tym, co kiedyś krążyło w obiegu podstolikowym. I to wcale nie ze względów politycznych, tylko po prostu – moralnych. Ale miejscami, jak to mówią, jedzie po bandzie i wali obuchem w łeb. Środowisko literackie, a jakże. Książka wyszła chyba w 2012 roku, jakoś nie słyszałam aby ktokolwiek wytoczył Łysiakowi proces za zniesławienie, tudzież wypisywanie kalumnii, więc, coś na rzeczy jest... Czasami przeszkadza mi autorytarny styl, ale akurat to dla tego autora typowe. Jak też barwność i bogactwo języka, dosadność, no erudyta pierwszej wody. Napisane świetnie. Poza tym rozwijające – co chwila notuję jakieś cytaty, zapisuję tytuły i autorów, szukam informacji o przywoływanych książkach, wydarzeniach, autorach. No będzie o czym gadać z teściem ;)
Przypomniała mi się taka historyjka z czasów studenckich. Kiedyś nasz kolega znalazł jakiś dokument z adresem, na nazwisko "Łysiak", a drugim imieniem "Napoleon". „Łysiak nazwisko w sumie pospolite, ale no pomyślcie, kto w Polsce mógł dać tak na drugie imię synowi?” – mówił nasz kolega, który jako zapalony fan pióra Waldemara Łysiaka, pofatygował się pod adres i jakież było jego zdziwienie, gdy drzwi otworzył mu... Pisarz we własnej osobie! Okazało się, że dokument był własnością jego syna.

Kolejne książki – to totalne czytadło Sarah-Kate Lynch „Dom córek”, które czytam w oczekiwaniu na zaparzenie kawy, albo kiedy do końca prania zostało 7 minut i nie wiadomo co z tym czasem zrobić. No i dopiero odkrywany przeze mnie Miłoszewski. Fanką kryminałów to ja byłam w latach nastoletnich, później mi przeszło, za sprawą Miłoszewskiego, powróciłam na drogę kryminalnych fascynacji. Aktualnie wgryzam się w „Ziarno prawdy”.


No więc czy jest sens ubolewać, że pada, że wieje, że okna w połowie mojego domu zasnute są wciąż mgiełką pozimowego brudu? Kiedy w kominku nadal z wolna mruga ogień, palą się świece w lampionach, oszałamiająco pachną hiacynty, kot mruczy, książki z zakładkami tęsknie czekają... E tam...



1 komentarz: