piątek, 6 marca 2015

Tak to się zaczęło, czyli o diecie

Życie w niewielkim mieście, gdzie wszyscy znają cię od urodzenia, ma swoje minusy. Większość pamięta człowieka, gdy jeszcze będąc pacholęciem, mknął w kucykach zaopatrzonych w wielkie kukardy, z wielkim tornistrem na plecach do szkoły. Oraz gdy będąc zwiewną nastolatką...
No właśnie… z w i e w n ą nastolatką!
A potem to wiadomo, z każdym rokiem przeliczają zmarszczki, dostrzegają niesforne pasmo włosów oraz nadprogramowe kilogramy. A czy ktoś to lubi?
Jeśli kiedyś mówiłam, że mam gdzieś opinię innych na temat mojego wyglądu, to teraz to odszczekuję. Kłamałam. Kajam się, w pierś biję. Otóż od kiedy moje ciało w sposób widoczny uległo zmniejszeniu (czyt. schudnięciu), lubię usłyszeć, że to widać. Że ach, że jeju, że jak ci się to udało, że super! A kiedy zgodnie z prawdą mówię, że „zmiana nawyków żywieniowych”, to widzę te pełne powątpiewania spojrzenia, za którymi kryje się jedno: „akurat! bujda, pewnie się głodzi”.
Otóż i ja kiedyś, słysząc wyświechtane przez dietetyków sformułowanie „zmiana nawyków żywieniowych”, nie wierzyłam, że coś takiego istnieje. No bo jak tak można nagle znielubić to czy tamto? Zamiast chrupiącej bułeczki z masełkiem, grubo ciosanym plastrem żółtego sera, zajadać się ze smakiem (właśnie tak!) owsianką na wodzie z owocami, cynamonem i orzechami? Błeee! Tak pstryk i już? Albo rozstać się z wieczornym, zimnym piwkiem, wypijanym z przyjaciółmi na tarasie? A jednak! W dodatku okazuje się, że nie jest to szczególnie trudne. Ani tym bardziej awykonalne!

A zaczęło się po powrocie z wakacyjnego wyjazdu do Czarnogóry, kiedy to obejrzałam SIĘ na fotkach i jęknęłam z rozpaczy. Chwilę później Ania rzekła mi, że właśnie rozpoczęła przygodę z panią dietetyk. Działając na zasadzie, jak ona to i ja (tym razem babska zazdrość zadziałała w dobrej sprawie), pojechałam. Do poradni dietetycznej. W której to przyjęła mnie piękna i uśmiechnięta łod łucha do łucha, szczuplutka pani dietetyk. Pani dietetyk, która wygląda jak żywa reklama życia fit, fitness, zdrowego odżywiania, choćby energią z kosmosu, prawidłowych, magicznych, nawyków żywieniowych. Pierwsze spotkanie było dla mnie jak zderzenie ze ścianą. Absolutnie nie wierzyłam w to co wówczas usłyszałam. A mianowicie, że przestawienie się na pięć małych, zbilansowanych posiłków dziennie, odpowiednio przygotowywanych, zapijanie tego wszystko właściwą ilością wody, spowoduje, że za kilka miesięcy zapomnę o rozmiarze XXXL.
Okazało się to naprawdę, naprawdę, NAPRAWDĘ nie takie, trudne. Teraz, po kilku miesiącach, dzieje się już niejako samo. Pokochałam ten stan. Nauczyłam się prowadzić PRAWDZIWIE zdrową kuchnię. Mało tego – udało się przekonać do niej całą rodzinę. Co prawda Jędrek czasami westchnie tęsknie „ale bym zjadł takiego prawdziwego, tłustego kotleta z grubą panierką”. I wówczas mu go robię! Od czasu do czasu można. Szczególnie Jędrkowi, szczupaczkowi, na którym same mięśnie, skóra i kości, no i który wciąż rośnie.

Z oczywistych względów, ostatnimi czasy, prowadzę ze znajomymi rozmowy właśnie na temat zdrowego odżywiania się. Pierwszy, kardynalny błąd jaki popełnia większość ludzi, dotyczy... wody. Wystarczy odpowiedzieć sobie na pytanie: ile w minionym dniu wypiłam wody? Wiem, wiem, kiedyś też sądziłam, że to kit nawiedzonych dietetyków i bajer celebrytek, zasuwających wszędzie z butelką wody. Każdy z moich znajomych był tym pytaniem zaskoczony. A ściśle – zaskoczony tym, że wody, czystej wody nie wypił akurat tego dnia wcale, no może góra szklankę. Za to pijemy soki, gazowane napoje - niby też płyny, ale... Mało kto z nas uświadamia sobie, że szklanka coli albo sklepowego soku, to średnio od 5 do 8 łyżeczek cukru. O tym jaki to ogrom można się przekonać dzięki eksperymentowi – wsypać ten cukier do szklanki czystej wody i wypić. Przeciętny człowiek raczej nie da rady. A w szklance coli czy soku nie czuć tego obrzydliwego ulepku. Nie ma sensu zaklejać się od środka cukrem!

Rozstaję się przepisem mojego ulubionego i dającego prawdziwego kopa, śniadania. A unikanie śniadań to kolejny, bardzo częsty błąd. Warto się przełamać, choćby za sprawą tej energetycznej owsianki. 
Może już od jutrzejszego śniadania?

  • 3-4 łyżki płatków owsianych górskich zalać wrzątkiem, tak aby wody było nieznacznie więcej niż płatków (mniej niż połowa szklanki wody), gotować do wyparowania wody – około 4 minut. Mieszać.
  • Dodać ulubione owoce – np. banan, jabłko, gruszka.
  • Dodać małą garstkę orzechów laskowych lub migdałów.
  • Posypać cynamonem.- ja daję prawie pół płaskiej łyżeczki.
  • Do tak przygotowanej owsianki można dodać 2 łyżki jogurtu naturalnego (najlepiej gęstego typu greckiego).
Po takim śniadaniu wiem, że (zdrowo) żyję :) Czego i Wam życzę!


ps. Tak, teraz dietetycznych wpisów będzie więcej ;)


5 komentarzy:

  1. No to gratuluję, ja widocznie jeszcze się łudzę.
    Kurczaki - chyba nie potrafię :(
    Ale z całego serca Ci kochana gratuluję i trzymam kciuki.
    Ściskam Cię serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam owsiankę i kaszę gryczaną, i inne rzeczy, które mają smak. Swój, a nie glutaminianu sodu.
    Moje syny też lubią - nie mają wyjścia - ale dzięki temu są szczupłe, zdrowe i nie chorujące. Ostatni raz byłam z chorym synem u lekarza dwa lata temu :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Hoho! powodzenia na nowej drodze i w kształtowaniu nowych nawyków (nawyk kształtuje się przez pół roku powtarzalności -tak więc przez pół roku trzeba pamiętać i powtarzać, potem wchodzi w krew i jest samograj :) i pisz jak leci !

    OdpowiedzUsuń
  4. to i dobrze...że tych wpisów dietetycznych będzie więcej, mam nadzieję skorzystać, bo jakoś mnie więcej w lustrze i się sobie nie podobam. Owsianka nie od jutra, bo jutro muszę płatki zakupić :)
    Trzymam kciuki, gratuluję silnej woli i zmian :) Wiosennie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję kciukotrzymaczom :)

    OdpowiedzUsuń