piątek, 24 kwietnia 2015

Zrobione!

No i wreszcie po pięciu latach od zakończenia budowy mamy w pełni odnowione ogrodzenie. Ostatni odcinek – południowy, właśnie jaśnieje nowością. Zanim jednak rzecz została sfinalizowana, panowie budowlańcy „łodpłota” pospacerowali niespiesznie z petami w zębach nad rzekę, pozachwycali się szybującym w tę i nazad bocianem, wybujali na ławce-bujawce, wyleżeli na leżaczku. I wychłeptali całe opakowanie kawy. Mojej kawy. Ale niech im tam. Ja przecież rozumiem, że okolica naszego domu nie nastraja do roboty. W każdym razie płot ukończony z minimalnym – bo tylko dwudniowym poślizgiem. I przy rozliczeniu pan szef mile mnie zaskoczył – wziął co do złotówki tyle ile było umówione. Zazwyczaj fachowcy po jakiejkolwiek robocie podbijali cenę, zawodząc w niebogłosy, że a to cementu poszło z tysiąc ton więcej niż w kosztorysie, a to gwoździ sto kilo, w międzyczasie wszystko podrożało jak diabli, no i nie spodziewali się takich to, a takich utrudnień, a tak w ogóle to oni i tak robią po kosztach, bidulki jedne, charytatywne robaczki. Tak mnie to zaskoczyło, że zapomniałam się potargować :)
Fafik drepcze smętnie wzdłuż nowego ogrodzenia, które odcięło mu drogę do wolności. Już nie hycnie na kompostownik i dalej sruuu w pole. A na pewno będzie to swoje uciekanie miał mocno utrudnione.
Jędrzej zakończył gimnazjalne egzaminy, zaskakującym dla siebie odkryciem – w sytuacjach stresowych człowiek popełnia głupie, czy jak kto woli – czeskie błędy. Myślę jednak, że będzie dobrze, a Jędrek marudzi na zapas. W ramach odstresowania, w przeddzień egzaminów językowych, wybył z ojcem na iście męską i mega odstresowującą imprezę – mecz piłki nożnej, do pobliskiego miasteczka, gdzie miejscowy zespół drugoligowy podejmował objawienie piłkarskie ostatnich miesięcy - Błękitnych Stargard Szczeciński. Mecz wygrali „nasi”, a Jędrkowi testy z angielskiego poszły znakomicie.
Wielkimi krokami zbliża się majóweczka. A kto by nie kochał majóweczki!

środa, 22 kwietnia 2015

Malborski weekend - cz.2

... kończąc poprzedni wpis rozwinę wątek korkociągu:
W zawiązku z tym, że po długich poszukiwaniach udało się nam zakupić rzeczone akcesorium (na stacji na literę „O” za jedyne 4,50), białemu wytrawnemu nie groziła powrotna podróż do domu. Zostało zutylizowane w doborowym towarzystwie.
I... na tym wątek kończę :)

W sobotę rano odbyło się zebranie Stowarzyszenia, podczas, którego dyskutowaliśmy o swojej codzienności z łuszczycą. Nie po raz pierwszy zastanawialiśmy się jak to jest, że nam chorym na łuszczycę tak trudno mówić o swojej chorobie, „walczyć” o prawa nie tylko do leczenia adekwatnego do aktualnego stanu skóry, ale też o prawa do takich zwyczajnych spraw jak możliwość korzystania z basenu, bezstresowych wizyt u fryzjera czy kosmetyczki? Stowarzyszenie, nie tylko „nasze”, ale i inne powstałe w minionych latach, podejmuje różnorodne działania, które zmierzają do polepszenia jakości życia chorych. I wcale nie dzieje się to małymi kroczkami, tylko momentami... cichymi. Ale dzieje się! Może po cichu też da się zajść daleko i osiągnąć więcej? Oby! Sytuacji nie ułatwia postawa nas samych - chorych na łuszczycę. Wstydzimy się swojej choroby, obawiamy odsunięcia, spojrzeń pełnych obrzydzenia... Ja sama choć nie mam problemu z powiedzeniem, co mi dolega, nie umiem odsłonić rąk, czy nóg, kiedy mam nawrót choroby. Potrafię mówić, ale nie mam odwagi pokazywać, a raczej nie zakrywać... Wielu moich znajomych pomimo tego, że wie o mojej chorobie, nigdy jej u mnie nie zauważyło, choć czasami bywa bardzo źle z moją skórą... Mistrzowie kamuflażu - tak często mówią o sobie sami chorzy na łuszczycę.

---------------------

Po zebraniu, razem z Marko, odwiedziliśmy mojego stryjecznego brata. Niestety mam małą rodzinę, a ta ze strony nieżyjącego już Taty jest tak daleko ode mnie... Spotkanie z Emilem i jego bliskimi było dla mnie bardzo emocjonalne. Wzruszające... Babciu, jeśli patrzyłaś na nas w tym czasie, musiałaś być bardzo szczęśliwa! Światełko dla Ciebie!

---------------------

A wieczorem zamknęły się za nami kraty malborskiego zamczyska krzyżackiego. Po raz pierwszy zwiedzałam ten zamek w nocnym entourage'u. Pan przewodnik, zestrojony w strój a'la krzyżacki zakonnik, wyjęty żywcem z „Krzyżaków” w reżyserii Forda, działał na naszą wyobraźnię. Opowieści snuł cudnie, ciekawie. Po zmroku, średniowieczne mury zamku, wyławia z ciemności świetlna iluminacja, tworząc przepiękny klimat. Jak to światło nocą. Dodatkowo efekt wzmacnia dobywająca się z głośników muzyka - chorały gregoriańskie. Zamek, zwykle gwarny od rzeszy turystów, teraz prawie pusty, tylko dla nas. Magicznie...

I taki był właśnie ten nasz wspólny łykend - magiczny. Wyrwany z codzienności, którą lubię, ale jednak czasami trzeba ją doprawić, jak potrawę przyprawami, by nie stała się mdła.




Dziękuję wszystkim za wspólny czas. Marzence i Grzesiowi zaś za wspólną, bezpieczną podróż, za dietetyczne śniadanka i niedietetyczne obiadki, wspólne latte, szczególnie te nocne, mega pyszne na Orlenie, no i hulający Internet ;)


wtorek, 21 kwietnia 2015

Malborski weekend cz.1

Jędrek rano przeczyścił uszy (aby lepiej słyszeć) zjadł owsiankę z orzechami (dla lepszego pomyślunku), wdział na chudy grzbiet pierwszą w swoim nastoletnim życiu prawdziwie męską marynarę, dzieło zwieńczył granatową muchą w czerwone kropeczki (dla efektownego wyglądu), postawił grzywkę na żel (a to już z niewielką pomocą matki) i pognał rowerem na swój egzamin gimnazjalisty. A ja - kawka, ptaszki świergolą za oknem, kot łazi tam i z powrotem. Ignoruję stertę prasowania, wspominam miniony weekend.

Do Malborka dotarliśmy razem z Grzesiem i Marzenką ich osobistym pendolino, gdzieś tak tuż po północy. Panowie oczywiście od razu uczcili przyjazd buteleczką czegoś mocniejszego, a my kobitki cóż, z braku korkociągu, plany związane z obaleniem wytrawnego białego, musiałyśmy odłożyć na inny dzień. Na piątek zaplanowaliśmy podbój Trójmiasta. Ostatecznie polansowaliśmy się na sopockim molo z mega pyszną latte w przymarzających łapkach. A wiało, że ojej! Ale i tak było pięknie. Bałtyk sfalowany. Szumiący. Mewy dzielnie walczyły z wiatrem, momentami jakby stały w miejscu, pokonując silny wiatr. Niestety Gdynia, choć powitała nas słońcem i dywanami różnokolorowych bratków, momentalnie utonęła w przenikającym nasze kurtki wietrze i przelotnym deszczu. Schroniliśmy się w klimatycznej tawernie przy Skwerze Kościuszki i zjedliśmy po słusznym dorszu w chrupiącej panierce. Solidarnie wszyscy jak jeden mąż natenczas olaliśmy dietę ;) Zapijając oczywiście kolejną latte. Szybki trucht wzdłuż nabrzeża z zakotwiczonymi statkami - muzeami - ORP Błyskawicą i Darem Pomorza. O tej porze jeszcze niedostępne dla takich przypadkowych i zdesperowanych turystów, ale z drugiej strony kto by ich nie znał :)


Kiedy wróciliśmy wieczorem do malborskiego Wielbarku Na Skarpę, byli już prawie wszyscy nasi przyjaciele i znajomi, z którymi byliśmy umówieni na ten łykendzik. Do późnej nocy rozmawialiśmy, tańczyliśmy, opowiadaliśmy co tam u nas przez ostatni rok się działo. Fajny czas… Nie do opowiedzenia. Taki bardziej do współ-przeżycia...

cdn...

czwartek, 16 kwietnia 2015

A hoj!

Ajajaj! Zacieram łapki z radości. Bo jeszcze tylko kilka projektów zamknę w pracy, ostatnie sprawunki, jakieś żarełko dla chłopaków, aby nie umarli z głodu podczas nieobecności rodzicieli – karmicieli, i wio! Pakujemy walizeczkę i wybywamy na krótki weekend prawie nadmorski. Konkretnie malborsko - nadmorski. Z przyjaciółmi, z którymi widujemy się baaardzo rzadko. Troszkę niepokoją mnie pogodowe zapowiedzi, no ale może sztormu nie będzie? A nawet jeśli – ostatni sztorm na Bałtyku widziałam jako dziecko, więc czas sobie przypomnieć. Co prawda nie spodziewam się kąpieli w morskiej toni, ale chociaż posłuchać tych fal, powąchać powietrze! Nawdychać się go, nawdychać do pełni płuc! Popatrzeć na skrzeczące mewy, obżarte łabędzie!

A "nasz" bocian niech dalej remontuje gniazdo, porządkując przy okazji łąkę z olchowych gałązek. Rabatki niech mnie powitają w niedzielę zakwitłymi pąkami tulipanów i żonkili. I niech nadal uśmiecha się do mnie dziesiątkami szafirowych kuleczek, wesoła gromada wysmukłych szafirków!

wtorek, 14 kwietnia 2015

Oj Stefanie, ty!


Imię Stefan kojarzyło mi się do tej pory tylko (a raczej AŻ!) z moim przesympatycznym i pozytywnie zakręconym kolegą.
Od kilkunastu godzin poznaję inne oblicze imienia Stefan – wietrzne!
Nienawidzę, nienawidzę, n i e n a w i d z ę, po stokroć NIENAWIDZĘ wiatru! No chyba, że taki nadmorski, w dzień upalny, dzień słoneczny. A ja na plaży, nad morzem, z przymkniętymi oczami słucham szumu fal. A wiatr ów przyjemnie oplata moje ciało, chłodząc je po gorącym uścisku słońca. I plącze włosy. Tak romantycznie, o! O, tak to ja poproszę. Ale Stefana Cyklona nie znoszę. Zanim dotarłam do pracy rowerkiem, cała byłam spłakana, bo zwykle od wiatru łzawią mi oczy, a pod powiekami tysiące pyłków, ziarenek, drobinek i nie wiem czego jeszcze. Pomimo zimowej czapki, głębokiego kaptura i przeciwsłonecznych okularów na nosie.
Szukając jednakże pozytywów w niesprzyjających okolicznościach pogodowych, muszę przyznać, że lepszy wiatr w oczy w sensie meteorologicznym, niż życiowym.

A wracając do Stefana... mojego kolegi Stefana, to jakiś czas temu wywiało go hen za lądy, góry, morza. Stef osiadł w dalekiej i niemożebnie dla mnie egzotycznej Zambii. Tam Stef wsiąkł w Dobrą Farmę:

„Dobra Farma hoduje kurczaki, aby gdy urosną sprzedać je dobrym ludziom, którzy chcą zakupione kurczaki podarować dzieciom w sierocińcach w Zambii.”

Całą historię na bieżąco Stef opisuje i oczywiście fotografuje na swoim blogu: Pheste
Lubicie pomagać, wspierać fajne inicjatywy? I w sumie takie... niekonwencjonalne? Jeśli tak – podarujcie kurczaczka Dobrej Farmie! To proste: KUP KURCZAKA

Strona Dobrej Farmy na FB Dobra Farma
Blog Dobrej Farmy http://pheste.com/blog.html


Niech dla Ciebie wieje tylko dobry wiatr, Stefanie :)

niedziela, 12 kwietnia 2015

Oddychając wiosną

Podreptałyśmy z Anią na kijaszki, naszą ulubioną trasą, wzdłuż ogrodzenia lotniska, daleczko heeen! Tak cudnie wiosna maluje świat swoimi kolorami. Jak co roku, budzi się w człowieku radość, dobre emocje. Endorfiny buzują jak szalone, żyje się milej, cudniej, bardziej optymistycznie. Świat bez wiosny byłby smutny, pozbawiony nadziei. Byłby szary. Pachniałby inaczej. Mniej intensywnie.
Kiedy już dotarłyśmy na sam koniec pasa startowego, usiadłyśmy w zieleniejącej trawie, plecami do zachodzącego słońca i kontemplowałyśmy widok nadwieprzańskiego rozlewiska. Wąchałyśmy powietrze, patrzyłyśmy na chmurki i naprawdę wcale nie przeszkadzało nam, że takie to wszystko kiczowate - i te widoki, i te nasze emocje, i zakochana para w krzaczku dzikiego bzu. Wiośnie wolno wszystko!


Na tropie wiosny wokół naszego domu:

Fiołki pod drzewkiem śliwki:

Szafirki co rankiem zakwitły:


 I stokrotka w trawie pod wiązem:

A to już rabatki, a na nich takie kwiatki:

 

Ale już na przykład dzisiaj chciałam pobyć sama ze sobą, swoimi myślami i wiosną atakującą zewsząd. W parku siedziałam dłuższą chwilę na ławce, tuż nad stawem. Wspominałam wszystkie fajne chwile, które właśnie tutaj spędziłam na przestrzeni tak wielu lat. Wiosenne wagary w maturalnej klasie z Izą i naszymi marzeniami o wakacjach na Karaibach z drinkami z palemką, podawanymi koniecznie przez bardzo przystojnego, kruczoczarnego kelnera (skąd nam się to wówczas wzięło nie mam pojęcia!), łyżwy zimą, sanki z górki obok pałacyku, sesja zdjęciowa z Ryśkiem na zaliczenie mojego fotograficznego fakultetu na studiach, romantyczne randki z Marko, co to się kończyły na ustronnych ławeczkach rozsianych wokół stawu, niezliczone foty z przyjaciółmi, a później spacery z maleńkim Michałkiem w wózeczku. I wyprawy z Synkami dwoma "na karmienie kaczuszek"... Jedno miejsce, tyle wspomnień. Codziennie przejeżdżam przez nie w drodze do pracy. Czasami sobie myślę, że dobrze jest żyć w miejscu oswojonym. Ale zawsze wiem, że wszystko zależy od naszej osobowości i pragnień. Tak to jest...




piątek, 10 kwietnia 2015

Wieści z pracy i podwórka

Program "ku czci" wyszedł dobrze. Dzieciaki się spisały, a i sprawy techniczne nie zawiodły, a tego zawsze się obawiam najbardziej. Posłuchać fajnych opinii pod adresem swojej pracy zawsze miło, więc od rana pomykam zadowolona i wyśmienicie mi w tym mięciutkim pudełeczku z wizytówką „sukces”. Jutro pudełeczko zamknę i trzeba będzie otwierać kolejne i wypełniać je nową treścią, a czy zawiśnie na nim etykietka sukces czy porażka, kto to wie... Ot życie. Czasem słońce, czasem deszcz, czasem sukces, czasem d...a czarna. Ale zawsze człowiek wychodzi bogatszy o nowe doświadczenie.

Dzień wiosenny, piękny. Jasny, słoneczny. Wieczór bezwietrzny, ze snującymi się nisko dymami z kominów, pierwszych wiosennych, albo może ostatnich pozimowych ognisk. Podczas niedługiej podróży do pobliskiego miasteczka na większe zakupy ciuchowe, przeglądam bocianie gniazda - wszystkie zamieszkałe. Lokatorzy powrócili, wybrali jednak niepewną pogodowo Polskę, a nie na przykład taką Hiszpanię. Kochane te boćki, sentymentalne ptaszyska ;) Przestrzeń maźnięta zielenią, z każdym dniem coraz bardziej wyraźnie.

Na naszym podwórku od wczoraj szaleją panowie fachowcy od "płota". Po pięciu latach od zamieszkania w domu, finiszujemy temat ogrodzenia. Ostatni odcinek, ten południowy, wreszcie straci wątpliwej urody starą siatkę, dla zmylenia porośniętą dzikim chmielem. Odetniemy też potencjalnie Fafowi drogę ucieczki – na kompostownik siup i przez ogrodzenie na pole bezkresne i w długą nad Wieprz.  Przy czym słowo „potencjalnie” jest kluczowe. Albowiem Fafiś posiada dość rzadką u psów umiejętność wspinania się po ogrodzeniu. Zobaczymy.
Firma, która robi nasze ogrodzenie zatrudnia nowego pracownika. Pan z Ukrainy. Mówi dość dobrze po polsku z cudownym, mięciutkim i miłym dla ucha wschodnim zaśpiewem. Jakież było moje zaskoczenie gdy dowiedziałam się, że w swoim kraju jest... a raczej był...  weterynarzem. Wykształconym, z doświadczeniem. Smutne to. Bardzo... W jakim świecie żyjemy...

środa, 8 kwietnia 2015

Jak zwykle

Nie jest dobrze zaczynać tydzień pracy w środku tygodnia, szczególnie po dłuższej przerwie. I to przed ważnym wydarzeniem służbowym. Program artystyczny „ku kolejnej czci” wszedł w fazę prób generalnych, nagłośnieniowych i tak dalej. A tu z samego rana cudne wieści: dwóch artystów chorych. Jeden nie umierający, więc jest szansa, że będzie na czas. Ale ten chorszy już nie, więc cza szukać dublera, psia mać. Jedna artystka ma w tym czasie mega ważną próbę czegoś innego, a kolejna ma urodziny, więc trzecia i czwarta muszą, no muszą, być na urodzinowej pizzy. No nijak się na umówioną próbę o 16 nie wyrobią. Dałam akademicki kwadrans i obiecałam, że po premierze będą jak zwykle muffinki, własnoręcznie przez panią reziser wypieczone (no, bo sorko już po poście, to my możemy). Motywacja ma różne oblicza, jak się okazuje. Boszzz mój, boszzz, daj mi przeżyć w spokoju najbliższe dni i aby jednak wszystko się poskładało.

niedziela, 5 kwietnia 2015

Świętujemy :)

Wielkanoc zmarznięta. Siedzimy w cieple kominka, dla równowagi pijemy zimne wino czarnogórskie, odpoczywamy po jednych spotkaniach rodzinnych, w oczekiwaniu na kolejne. Celebruję wyciszenie, zatrzymanie. Zawieszenie pomiędzy tym co zostawiłam w pracy przed świętami, a do czego wrócę zaraz po. Ale w perspektywie weekendowy wypad z przyjaciółmi nad morze, więc jest na co czekać.
Póki co świętujmy cud Wielkiej Nocy!
Nie zdążyłam na czas z życzeniami na blogu, ale wierzę, że Wasze Święta są piękne i pełne nadziei :) No i zdrowe :) W sensie kuchennym. Ja w ramach nowych tryndów żywieniowych w mojej rodzinie, po raz pierwszy w życiu ugotowałam żur na samodzielnie zrobionym zakwasie. Radocha nie z tej ziemi, smak, taki, że o, matko! I kolejne pytanie - jak mogłam bezcześcić żurek gotowymi półproduktami sklepowymi?
Jutro w karcie dań głównych będzie do wyboru łosoś na parze, uprzednio marynowany w czosnku, cytrynie i koprze, i kaczka nadziewana, tłusta jak nie wiem co - no aż tak ortodoksyjna w diecie nie jestem ;) Czasami trzeba zgrzeszyć, aby mieć po co chodzić do spowiedzi. Choćby pani dietetyk, hyhy.
Radosnego świętowania :)




piątek, 3 kwietnia 2015

Przyleciały!

A kiedy już nad domem przetoczyły się sto razy ciężkie chmury, i sto pięć razy siepnął deszcz ze śniegiem, przeplatane to wszystko słońcem, tudzież wiatrem złowieszczym, taki oto z mego kuchennego okna ukazał się landszafcik:


Cóż za miód na moje serce. Uwielbiam bociany. Mają w sobie tak dużo pozytywnej energii, optymizmu. Zwiastują wiosnę, odrodzenie po mrokach zimy... ech fajne są bociany. Od kiedy mieszkamy nieopodal bocianiego gniazda, czuję z nimi jeszcze większą więź. I mogę obserwować, jak toczy się bociani żywot codzienny. Po przylocie zwykle kilka dni dochodzą do siebie, dużo żerują na okolicznych polach i pastwiskach. Kiedy pojawiają się wiosenne rozlewiska polują w nich na żaby. Reperują gniazdo, rozbudowują to swoje bocianie M1. Kiedy pani bocianowa złoży jaja, pan bocian zamienia się w głównego zaopatrzeniowca. Później wypatruję ile łepków wychyli się z gniazda. Kiedyś były 3 bocianiątka, ale ostatnimi laty tylko po 2 dzioby do wykarmienia. Mam szczęście oglądać naukę bocianiego szybowania niemalże od pierwszych ruchów rozłożystych skrzydeł bocianich latorośli. Nie są zbyt płochliwe. Dostojnie potrafią kroczyć ścieżką wiodącą nad Wieprz i pozwalają się fotografować. Nawet Fafika mają w poważaniu, no chyba, że zbyt mocno na nie szczeka, wówczas jakby od niechcenia odlatują, ignorując totalnie fafikową wściekłość. Uwielbiam kiedy bociania rodzina defiluje po dachu wysokiego domu naszych sąsiadów - doskonale miejsce startowe dla młodych bocianków.

To już piąta Wielkanoc spędzana z bocianimi sąsiadami tuż obok. Dotychczas zawsze zdążały choćby w ostatniej chwili, na wielkanocne śniadanie. Jakby podróżowały z kalendarzem w dziobach.
Witajcie!