środa, 22 kwietnia 2015

Malborski weekend - cz.2

... kończąc poprzedni wpis rozwinę wątek korkociągu:
W zawiązku z tym, że po długich poszukiwaniach udało się nam zakupić rzeczone akcesorium (na stacji na literę „O” za jedyne 4,50), białemu wytrawnemu nie groziła powrotna podróż do domu. Zostało zutylizowane w doborowym towarzystwie.
I... na tym wątek kończę :)

W sobotę rano odbyło się zebranie Stowarzyszenia, podczas, którego dyskutowaliśmy o swojej codzienności z łuszczycą. Nie po raz pierwszy zastanawialiśmy się jak to jest, że nam chorym na łuszczycę tak trudno mówić o swojej chorobie, „walczyć” o prawa nie tylko do leczenia adekwatnego do aktualnego stanu skóry, ale też o prawa do takich zwyczajnych spraw jak możliwość korzystania z basenu, bezstresowych wizyt u fryzjera czy kosmetyczki? Stowarzyszenie, nie tylko „nasze”, ale i inne powstałe w minionych latach, podejmuje różnorodne działania, które zmierzają do polepszenia jakości życia chorych. I wcale nie dzieje się to małymi kroczkami, tylko momentami... cichymi. Ale dzieje się! Może po cichu też da się zajść daleko i osiągnąć więcej? Oby! Sytuacji nie ułatwia postawa nas samych - chorych na łuszczycę. Wstydzimy się swojej choroby, obawiamy odsunięcia, spojrzeń pełnych obrzydzenia... Ja sama choć nie mam problemu z powiedzeniem, co mi dolega, nie umiem odsłonić rąk, czy nóg, kiedy mam nawrót choroby. Potrafię mówić, ale nie mam odwagi pokazywać, a raczej nie zakrywać... Wielu moich znajomych pomimo tego, że wie o mojej chorobie, nigdy jej u mnie nie zauważyło, choć czasami bywa bardzo źle z moją skórą... Mistrzowie kamuflażu - tak często mówią o sobie sami chorzy na łuszczycę.

---------------------

Po zebraniu, razem z Marko, odwiedziliśmy mojego stryjecznego brata. Niestety mam małą rodzinę, a ta ze strony nieżyjącego już Taty jest tak daleko ode mnie... Spotkanie z Emilem i jego bliskimi było dla mnie bardzo emocjonalne. Wzruszające... Babciu, jeśli patrzyłaś na nas w tym czasie, musiałaś być bardzo szczęśliwa! Światełko dla Ciebie!

---------------------

A wieczorem zamknęły się za nami kraty malborskiego zamczyska krzyżackiego. Po raz pierwszy zwiedzałam ten zamek w nocnym entourage'u. Pan przewodnik, zestrojony w strój a'la krzyżacki zakonnik, wyjęty żywcem z „Krzyżaków” w reżyserii Forda, działał na naszą wyobraźnię. Opowieści snuł cudnie, ciekawie. Po zmroku, średniowieczne mury zamku, wyławia z ciemności świetlna iluminacja, tworząc przepiękny klimat. Jak to światło nocą. Dodatkowo efekt wzmacnia dobywająca się z głośników muzyka - chorały gregoriańskie. Zamek, zwykle gwarny od rzeszy turystów, teraz prawie pusty, tylko dla nas. Magicznie...

I taki był właśnie ten nasz wspólny łykend - magiczny. Wyrwany z codzienności, którą lubię, ale jednak czasami trzeba ją doprawić, jak potrawę przyprawami, by nie stała się mdła.




Dziękuję wszystkim za wspólny czas. Marzence i Grzesiowi zaś za wspólną, bezpieczną podróż, za dietetyczne śniadanka i niedietetyczne obiadki, wspólne latte, szczególnie te nocne, mega pyszne na Orlenie, no i hulający Internet ;)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz