piątek, 3 kwietnia 2015

Przyleciały!

A kiedy już nad domem przetoczyły się sto razy ciężkie chmury, i sto pięć razy siepnął deszcz ze śniegiem, przeplatane to wszystko słońcem, tudzież wiatrem złowieszczym, taki oto z mego kuchennego okna ukazał się landszafcik:


Cóż za miód na moje serce. Uwielbiam bociany. Mają w sobie tak dużo pozytywnej energii, optymizmu. Zwiastują wiosnę, odrodzenie po mrokach zimy... ech fajne są bociany. Od kiedy mieszkamy nieopodal bocianiego gniazda, czuję z nimi jeszcze większą więź. I mogę obserwować, jak toczy się bociani żywot codzienny. Po przylocie zwykle kilka dni dochodzą do siebie, dużo żerują na okolicznych polach i pastwiskach. Kiedy pojawiają się wiosenne rozlewiska polują w nich na żaby. Reperują gniazdo, rozbudowują to swoje bocianie M1. Kiedy pani bocianowa złoży jaja, pan bocian zamienia się w głównego zaopatrzeniowca. Później wypatruję ile łepków wychyli się z gniazda. Kiedyś były 3 bocianiątka, ale ostatnimi laty tylko po 2 dzioby do wykarmienia. Mam szczęście oglądać naukę bocianiego szybowania niemalże od pierwszych ruchów rozłożystych skrzydeł bocianich latorośli. Nie są zbyt płochliwe. Dostojnie potrafią kroczyć ścieżką wiodącą nad Wieprz i pozwalają się fotografować. Nawet Fafika mają w poważaniu, no chyba, że zbyt mocno na nie szczeka, wówczas jakby od niechcenia odlatują, ignorując totalnie fafikową wściekłość. Uwielbiam kiedy bociania rodzina defiluje po dachu wysokiego domu naszych sąsiadów - doskonale miejsce startowe dla młodych bocianków.

To już piąta Wielkanoc spędzana z bocianimi sąsiadami tuż obok. Dotychczas zawsze zdążały choćby w ostatniej chwili, na wielkanocne śniadanie. Jakby podróżowały z kalendarzem w dziobach.
Witajcie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz