piątek, 26 czerwca 2015

Co zrobi Jędrek?

Ojojoj. Syn małoletni wciąż trzyma nas w niepewności na jakąż to szkołę średnią ostatecznie się zdecyduje. Póki co, czeka na wyniki rekrutacji. Po niej dopiero zamierza oznajmić nam, w której to będzie przez najbliższe 3 lata szlifował swoje szare komórki. Czy będzie to liceum „moje” i Michała, czy w pobliskim miasteczku? Każdy wybór ma (jak mawia klasyk) plusy dodatnie i plusy ujemne. Nacisku nie stosujemy, bo to nie w naszym stylu wychowawczym (mam nadzieję, że synki dwa potwierdziliby), a nade wszystko – ha! niech się znajdzie taki mocny ktoś, kto dałby radę wywrzeć nacisk na naszego Jędrka!  
Wakacje zaś zainaugurujemy mocnym akcentem - wybywamy wspólnie z Anią i Tomaszkiem do Marzenki i Grzesia na weekendową bluesową imprezę. 
A zaraz po - do pracy. Bo ja przecież z tych, co jak mogą, to w wakacje dorabiają ;) Ale może w nagrodę, odnajdę te pieniądze, co to ich zawsze szukam i nie wiem gdzie mam, i sprawię sobie nowy laptopik. O! Finansowa motywacja to ma jednak moc!
Acha - no i jakby ktoś jeszcze nie zauważył to wakacje, wakcjunie, wakacjusie ukochane właśnie się zaczęły! Hurrra!

Lecę w krzaczki po poziomki, borówki i ostatnie truskaweczki :)


poniedziałek, 22 czerwca 2015

W oczekiwaniu na wakacje

Weekendowy poranek zwykle pachnie kawą. Cudownie komponuje się z rześkim powietrzem na naszym południowo-zachodnim tarasie. Niedawno Marko ulitował się wreszcie nad stojącym w garażu singerem Babci Wandzi, wymontował maszynę, i tak oto mam uroczy stoliczek kawowy. Aż się prosi aby postawić na nim laptop. Albo położyć książkę. Albo koszyczek wiklinowy z moimi szydełkowymi akcesoriami (przy okazji - foto wydzierganego kubraczka na winko dla znajomych, którzy zamieszkali w nowym domu). Bardzo ten stoliczek lubię i raczej na pewno nie dam mu spędzić zimy w garażu. Już ja mu znajdę jakieś miejsce w domu.



A w poniedziałek, ojć jak ciężko się pracuje. Szczególnie, że w pracy nawał pracy. Ale na horyzoncie wakacje, ach och wakacje! I cóż, że planowane raczej domowo, i cóż, że będę pracowała dodatkowo. Ale zawsze to będzie taki faaajny, leniwy czas. Wyhamowany. W innym rytmie. Marko rozpoczął swój urlop, który też zaplanował pracowicie. Powstają nowe pergole, skrzynie na kwiaty. Może nie od razu zamieszkają w nich docelowo planowane kwiaty, póki co spędzą tu lato rośliny domowe. Czeka też robota przy dalszym układaniu drogi dojazdowej do naszej posesji.

Z bocianiego gniazda wystają dwa małe łepki z czerwonymi dzióbkami. Lada moment maluchy rozpoczną szkolenia lotnicze. Będę podglądała jak im idzie.
Chabry kołyszą się w zbożu. I maki, całe morze soczyście czerwonych maków...
Pachną lipy i słychać jak w nich wrze robota.

wtorek, 16 czerwca 2015

Aparat(y)

No i Fafik storpedował ogrodzenie. Łaziłam po łąkach, daleko od domu, i rozmawiałam przez telefon z Mamą. Nagle słyszę pęd jakiegoś zwierza, odwracam się i oczom mym ukazuje się zdyszany, zziajany i opluty po same łapy, nasz radosny pies. Przeszczęśliwy, że znalazł pańcię. Wykonałam dość sprytny skok szczupakiem w trawę i w ostatniej chwili złapałam Fafa za tylną łapę. Komórka wylądowała kilka metrów dalej w zaroślach. Marko dojechał do nas na rowerze po 10 minutach. Fafcio wrócił do kojca. I tyle jego wolności.
Dziś od rana miałam go na oku. A jak z oka musiałam go spuścić, lądował w kojcu. Trudno, kolejnych mandatów za „niezachowanie środków ostrożności przy trzymaniu zwierzęcia” nie mam zamiaru regulować. I tak dzięki ci o Panie, za wyrozumiałych sąsiadów, u których Faf zdeptał rabatkę stokrotek i zorał łapami zagonek rzodkiewek. Bo oczywiście skiknął przez płot na posesję obok, a potem w długą. Za pańcią.

Przedpołudnie spędziłam z Jędrkiem w gabinecie stomatologicznym. Wreszcie po dwóch latach rozciągania paszczy ruchomym aparatem, założono mu stały. Z niebieskimi ligaturami. Do wczoraj ligatura kojarzyła mi się jeno z pismem, a teraz już wiem, że to także gumeczki, które trzymają drut stałego aparatu w zamkach. I te ligatury mogą być w różnych kolorach. I można je co miesiąc wymienić. No jaki szał! Ile to się może człowiek dowiedzieć w gabinecie ortodonty. Byłam pełna podziwu dla precyzji z jaką Oleńka, nasza ulubiona pani stomatolog i ortodonta w jednym, pracuje nad zębami mego syna. Wieczorem Jędrek trenował mycie zadrutowanej szczęki, po zjedzeniu pieczonego boczku (tak, tak Jędrek ma gdzieś dietetyczne zapędy matki), a dziś na śniadanko dał radę wypić jogurcik i zjeść tycie kanapusie z serkiem topionym, pokrojone w kosteczkę. Chlebek bez skórki oczywiście. Jak za starych, wczesnodziecięcych i – co istotne – bezzębnych lat. Ponoć za kilka dni będzie lepiej :) By dokonać totalnej metamorfozy zaliczyliśmy jeszcze fryzjera i normalnie nie poznaję syna. Duży jakiś taki się zrobił. I fryz ma inny. I zęby, hehe. A niedawno był malutki, łysy, a bywało, że i bez zębów. 
Aaa... bo ten czas to leci, i leci.

By zaś notka miała wspólną puentę, zakończę tak:
Niezły aparat z tego naszego psa. Niezły aparat ma nasz syn. O!

piątek, 12 czerwca 2015

W grządkach

Dobra. Przyznam się. Poszłam pielić warzywnik tylko dlatego, że przy pracy polowej można sobie ładnie opalić wypięty tyłek. Oczywiście jeśli odzieje się go w kostium kąpielowy. Mężon był pełen podziwu. Tylko teraz nie wiem czy dla efektów mojej pracy, czy... e... no właśnie ;)
W każdym razie, po wymordowaniu większej ilości chwastów pomiędzy rządkami marchewki, sałaty i tak dalej, z czystym sumieniem mogłam wypić kawę, z nóżkami majtniętymi na stoliczek przyhuśtawkowy. I już bezrobotnie opalać nogi i brzuch. Ale, że lenistwo słabo mi wychodzi, ostatnią, wolną przed pójściem do pracy, godzinkę, spędziłam na lepieniu hitu sezonu czerwcowego, czyli pierogów z truskawkami. Dla rodziny, aby nie była za bardzo stratna na tym, że żona i matka w jednej osobie, na diecie i oni razem z nią te warzywa, kasze, owsianki i takie tam. Ale jogurtem polane te pierogi! Śmietany nie dam, o nie!
Tymczasem kwiaty i owocowe drzewka-maleństwa zżera mszyca. Pryskałam gadzinę, ale jakaś odporna. Ale ja się jeszcze z nimi policzę, z tymi mszycami podłymi, ja im dam!






ps. Dośka dziękuję - wiesz za co ;)

sobota, 6 czerwca 2015

Goście byli

Przedłużony weekend z ogromem słońca jest jak obietnica pięknego lata. Czuje się przez te dni smak wakacji. Oddaję się w pieszczotliwe objęcia słońca, bo jest ono moim sprzymierzeńcem w walce z chorobą. By nie tracić ani promyka, znielubione prasowanie sterty prania, uskuteczniałam wczoraj na tarasie. W stroju kąpielowym, z białym kapelutkiem na głowie, przy desce do prasowania, musiałam stanowić nie lada widok dla spacerowiczów nadwieprzańskich. Ale urok mieszkania na końcu wsi, we własnym domu z dużą przestrzenią daje swobodę. Plecki mam za to opalone, że hoho! Dziś natomiast spędziliśmy piękne popołudnie z naszymi przyjaciółmi, Marzenką, Grzesiem i ich córeczkami. Cudnie było nam w cieniu frontu naszego domu, cudnie w pełnym słońcu na tarasie. Bo tak galopowaliśmy to tu, to tam, w zależności jak nam się chciało. Blanusia, wschodząca gwiazda piosenki, dała nam piękny koncert swoich umiejętności. Gabrysia tworzyła bajkowy nastrój, puszczając mydlane bańki. Goście pojechali z zakwasem do chleba (bo się poprzedni Marzence wziął i zmarnował niechcący) i naręczem mięty pieprzowej, z której to Marzenka obiecała wyczarować miętówkę na nasze spotkanko, które nastąpi niebawem.

Wieczorem wzięłam kije i sobie poszłam na łąki. Łosi znowu nie spotkałam, ale za to trzy ropuchy i owszem. A brzydkie były, że ach! Teraz jest prawie noc, z rechotem żab, pohukiwaniem sowy, kursującymi nisko nietoperzami, gasnącą poświatą zachodzącego słońca, i błogą świadomością, że jutro też jest wolny, słoneczny dzień.


czwartek, 4 czerwca 2015

Poranek

Poranek przesiąknięty zapachem akacji, jaśminu i przełamany ostrą wonią czarnego bzu. Dom uspany świątecznym dniem. Kot szwenda się po stole, z uporem maniaka wypija wodę z ceramicznego kubeczka, w którym stoją róże. Pies patroluje obejście, przegania ptaki, obszczekuje wałęsające się nad Wieprz psy. U sąsiadów chyba kura zniosła jajko, bo drze się niemiłosiernie. Dziś zaplanowałam leniwy dzień. Z książką. Wieczorem pójdę na długi spacer. Podobno w naszej okolicy szwendają się… łosie! Muszę koleżkę spotkać! Tymczasem na naszym stole przysmak od kolegi polującego na czyniące na polach spustoszenie dziki – kiełbasa z dziczka właśnie. Wyborna, oj wyborna.
Kwiaty na tarasie podlane, pierwsze wiosenne bukiety łąkowe przekwitły, czas skomponować nowe.
Ale to później…

wtorek, 2 czerwca 2015

Wpis marudny, kto nie lubi - nie czyta

Czasami nachodzi mnie taki czas, że chciałabym w dżinsach i koszuli w kratę, zaszyć się pod drzewem, nad brzegiem rzeki. I żeby był cień, i żeby nie było ludzi. I cicho niechby było. Chciałabym zmrużyć oczy, powoli i głęboko wdychać powietrze. I myśleć właśnie tylko o tym. O oddechu i ciszy. O niczym więcej. Tylko, że tak się nie da, a nawet jeśli, to tylko na krótką chwilę.
W obliczu konfrontacji z surową rzeczywistością, faktami odartymi ze złudzeń, nagle ogarnia człowieka taka niemoc. Wiem, że to przejściowe, ale póki co ten stan pozbawia sił i motywacji.

Mój roczny urlop od choroby minął. Zakończyło się leczenie, zakończyła się zdrowa skóra. Cierpię. I na razie nawet nie gromadzę sił do walki. Bo czuję się wyczerpana. To minie wiem, wyjdę z tego wiem, i nawet pewnie za jakiś czas moja skóra znowu będzie gładka, a ja uchachana i pełna sił, że nic tylko łapać za Himalaje i przenosić je nad Bałtyk. Ale teraz tonę. I tylko gdzieś tam w najdalszych zakrętach zwojów mózgowych, jawi się myśl, że co ty, że są cięższe choroby, że jedni mają to, a inni nie mają tamtego. To też mnie frustruje - że poddaję się takim słabościom i zajmuję miejscówkę w rozbujanej huśtawce nie zawsze dobrych emocji.

A życie toczy się, ot tak, po prostu i całkiem fajnie...

Był cudowny spływ kajakami naszą pobliską rzeczką. Z armią sympatycznych ludzi - znajomych i nowo zapoznanych.
Był dobry czas rodzinny, z bierzmowaniem Jędrusia w centrum.
I zawodowo też czas dobry, z udaną premierą "Kopciuszka" na czele.
Tylko...
A może kawy dziś za mało, bo się w pracy skończyła?
Pójdę tym tropem, a wieczorem obmyślę nowy plan.