piątek, 12 czerwca 2015

W grządkach

Dobra. Przyznam się. Poszłam pielić warzywnik tylko dlatego, że przy pracy polowej można sobie ładnie opalić wypięty tyłek. Oczywiście jeśli odzieje się go w kostium kąpielowy. Mężon był pełen podziwu. Tylko teraz nie wiem czy dla efektów mojej pracy, czy... e... no właśnie ;)
W każdym razie, po wymordowaniu większej ilości chwastów pomiędzy rządkami marchewki, sałaty i tak dalej, z czystym sumieniem mogłam wypić kawę, z nóżkami majtniętymi na stoliczek przyhuśtawkowy. I już bezrobotnie opalać nogi i brzuch. Ale, że lenistwo słabo mi wychodzi, ostatnią, wolną przed pójściem do pracy, godzinkę, spędziłam na lepieniu hitu sezonu czerwcowego, czyli pierogów z truskawkami. Dla rodziny, aby nie była za bardzo stratna na tym, że żona i matka w jednej osobie, na diecie i oni razem z nią te warzywa, kasze, owsianki i takie tam. Ale jogurtem polane te pierogi! Śmietany nie dam, o nie!
Tymczasem kwiaty i owocowe drzewka-maleństwa zżera mszyca. Pryskałam gadzinę, ale jakaś odporna. Ale ja się jeszcze z nimi policzę, z tymi mszycami podłymi, ja im dam!






ps. Dośka dziękuję - wiesz za co ;)

2 komentarze:

  1. przyjemne z pożytecznym - znaczy się ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. piękne kwiaty :)
    u moich rodziców też ta paskuda mszyca nie da się przegonić, młode drzewka czereśniowe podgryza i nie pozwala im spokojnie rosnąć :/

    OdpowiedzUsuń