wtorek, 2 czerwca 2015

Wpis marudny, kto nie lubi - nie czyta

Czasami nachodzi mnie taki czas, że chciałabym w dżinsach i koszuli w kratę, zaszyć się pod drzewem, nad brzegiem rzeki. I żeby był cień, i żeby nie było ludzi. I cicho niechby było. Chciałabym zmrużyć oczy, powoli i głęboko wdychać powietrze. I myśleć właśnie tylko o tym. O oddechu i ciszy. O niczym więcej. Tylko, że tak się nie da, a nawet jeśli, to tylko na krótką chwilę.
W obliczu konfrontacji z surową rzeczywistością, faktami odartymi ze złudzeń, nagle ogarnia człowieka taka niemoc. Wiem, że to przejściowe, ale póki co ten stan pozbawia sił i motywacji.

Mój roczny urlop od choroby minął. Zakończyło się leczenie, zakończyła się zdrowa skóra. Cierpię. I na razie nawet nie gromadzę sił do walki. Bo czuję się wyczerpana. To minie wiem, wyjdę z tego wiem, i nawet pewnie za jakiś czas moja skóra znowu będzie gładka, a ja uchachana i pełna sił, że nic tylko łapać za Himalaje i przenosić je nad Bałtyk. Ale teraz tonę. I tylko gdzieś tam w najdalszych zakrętach zwojów mózgowych, jawi się myśl, że co ty, że są cięższe choroby, że jedni mają to, a inni nie mają tamtego. To też mnie frustruje - że poddaję się takim słabościom i zajmuję miejscówkę w rozbujanej huśtawce nie zawsze dobrych emocji.

A życie toczy się, ot tak, po prostu i całkiem fajnie...

Był cudowny spływ kajakami naszą pobliską rzeczką. Z armią sympatycznych ludzi - znajomych i nowo zapoznanych.
Był dobry czas rodzinny, z bierzmowaniem Jędrusia w centrum.
I zawodowo też czas dobry, z udaną premierą "Kopciuszka" na czele.
Tylko...
A może kawy dziś za mało, bo się w pracy skończyła?
Pójdę tym tropem, a wieczorem obmyślę nowy plan.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz