niedziela, 26 lipca 2015

Pan Kukurydziak i inne takie tam

Jeszcze wczoraj był upalny dzień, który dało się przeżyć tylko nad cudownym, prawie bezludnym jeziorkiem. Dwie rodzinki rozsiane po przeciwległych brzegach, to prawie bezludność, co nie? Inna sprawa, że jedną z nich reprezentował Pan Kukurydziak, typ plażowicza głośnego i absorbującego sobą wszystkich w promieniu kilku kilometrów. Pan Kukurydziak został tak przez nas ochrzczony rok temu, kiedy to pewnego letniego dnia pojawił się wraz z rodziną nad jeziorkiem. Ledwo wyskoczył z samochodu, złapał swoje wędzisko, puszkę piwa i potruchtał w przyszerokich gatkach nad brzeg, wrzeszcząc równocześnie do swojej jak mniemam żony:
- Mariolkaaa, a kukurydzE wzięłaś? NIE???!!! No to mnie załatwiłaś! No kukurydzy mi nie wzięła! No to mnie załatwiła!
I tak o tej kukurydzy, której Mariolka nie wzięła, tłukł jeszcze z godzinę.
Pan Kukurydziak ma niesamowicie bogaty zasób słownictwa… powiedzmy, że wulgarnego. Minionej soboty na szczęście wiatr był nie w te mańkę i niósł w las jego monologi, ale któregoś razu pamiętam, że liczyliśmy z Marko ile zdań potrafi wypowiedzieć bez soczystych k…, sk…, ch… i innych takich. Wyszły chyba trzy pod rząd, ale bardzo krótkie. Szczególnie dostaje się od Pana Kukurydziaka rybom, które to "sk… p…e nie biorą, a tylko opier…ą robaka [tudzież…] kukurydzę (ekhem, ekhem) i spier…".
Także bywa i tak... Na szczęście Pan Kukurydziak zwykle przyjeżdża kiedy my się zwijamy, więc zbyt wiele czasu na obserwację poświęcić nie mogę. Jakoś nie napawa mnie to smutkiem.


Upały mordercze, ucięła wieczorem gwałtowna burza i gdy tylko minęło jej złowrogie oblicze, powietrze stało się jakby bardziej ludzkie. Można było głęboko odetchnąć. Deszcz zlał wszystko sumiennie, no i to wszystko rośnie na potęgę. Szczególnie chwasty oczywiście. Ale nie tylko. Dwa dni nie popatrzyłam co tam słychać u cukinii i mi taaaka wybujała, że ojej.
I małe boćki już nie są takie małe. Choć to już chyba nie zasługa deszczu? Ich rodzice, Pan Bocian i Pani Bocianowa muszą się szlajać po okolicznych dachach i kikutach drzew, bo w gnieździe z dorastającą latoroślą za ciasno. Więc sterczą na jednych nogach te boćki, na suchym wiązie obok naszego garażu i działają na nerwy Fafikowi. Wczoraj bocian poderwał się do lotu, a Fafik za nim. Oczywiście przez ogrodzenie. Marko dorwał go tuż przed wałem, nie zdążył dobiec do Wieprza, ale zdążył wytarzać się w bajorze. Faf, nie Marko :) Z braku psiego szamponu, zafundowaliśmy mu kąpiel w mydełku fiołkowym. Ale pies nie docenił tej kosmetycznej inwestycji w jego wygląd. Dziś boćki obszczekał sumiennie, na szczęście nie próbował za nimi fruwać.


1 komentarz:

  1. Oj, za małe gniazdo zbudowały te boćki. To teraz mają! Serdecznosci!

    OdpowiedzUsuń