niedziela, 30 sierpnia 2015

No i już...

Ostatni w tym roku leniwy dzień nad jeziorem. Słońce gorące, a woda w jeziorze rześka jak diabli. Zieleń wymęczona masakrycznie upalnym i prawie bezdeszczowym w naszych okolicach, latem. Powiem szczerze, że i ja mam go dość. Hamak przesunęłam w cień, bo absolutnie nie bawi mnie już rozpuszczanie się w słońcu.
Od jutra będzie inaczej. Szybciej, bardziej obowiązkowo, bardziej według planu, z zegarkiem przed nosem. Startujemy w nowy rok szkolny. Buuu…




poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Sucho

Wychodzę na taras i mogę sobie śpiewać: "W steeepieee szeroookim, którego..." i tak dalej. Bo trawa suchuteńka i płowa. I drzewa też. I rabatki już nie są u mnie w kolorowe kwiatki, tylko w mdłe suszki.
Pachnie suszą. W warzywniku tylko bazylia, pomidory i kabaczki pełne szczęścia, i w rozkwicie. Grzybów to chyba w tym roku jesienią nie będzie. Szczególnie, że w prognozach wciąż upalnie. W naszym skrawku Polski, przy ujściu jednej sporej rzeki do drugiej, duuużej, deszczu nie było równo 4 tygodnie. Wokół roztacza się nostalgiczny pejzaż. Wysuszony. Wytrawiony z barw.
No i koniec wakacji jakby bardziej realny. Specjalnego nerwa z tego powodu nie mam, bo właściwie od jakiegoś czasu jestem w kursie działa, czyli co jakiś czas coś tam w pracy i dla pracy czynię. A ostatnie tygodnie wakacji upstrzone wizytami wszelakimi - od fryzjera po okulistę, po drodze oczywiście ortodonta, dietetyk, ganianie za podręcznikami i tak dalej. O medycynie pracy nie wspomnę, bo to osobny temat rzeka.
A boćki to w tym roku się wzięły i zabrały, że nawet nie zdążyłam zauważyć kiedy. Czyżby też miały dość upalnego i suchego lata? W każdym razie, kiedy wróciliśmy ze zlotu, "nasze" gniazdo już zionęło smętną pustką :(
Nawet nie zdążyłam ich pożegnać, pożyczyć szczęśliwej podróży, i szepnąć do zobaczenia za rok...

środa, 19 sierpnia 2015

Plastikowa biedronka na tropie klimatyzacji

…czyli słów kilka o zlocie pod Bełchatowem – Grobla Kluki 14-16 sierpnia 2015

Na zlocie obecni byli:

Dorota (dosia20011) z Pawłem i Olcią, Łukasz (syn Dosi i Pawła) z Edzią, Ania (czarnawdówka) z Sebastianem (kochanawredota) i Oliwką, Krzysiek i Marzena, Karolina (mamuśka) z Piotrem (i z uroczą west terrierką Lilii), Andrzej (Ramzes) z Janinką, Szymon (rosomak), Dianka (dia), Aneta (Puma) z Przemkiem, Gosia (Gojaxx), Gosia (Mago) i Arek, Agnieszka (agpela) z Markiem i Jędrkiem, Wiesiek (Wkowal), Janeczka (janina_g), Marzenka (shonia) z Grzesiem, Andrzej (rabatek), Agata (Yagga), Tomek (ToMeK_K) z Alą (Marika) i Zuzią, Agnieszka (agawa32), Krysia (Wisienka vel krystynaGD), Paweł (Baca vel jacek128) z Julką,

oraz nasi wspaniali goście: Hala i Paweł, siostry Krysi (Wisienki): Ania i Irenka oraz przyjaciółki Dosi Dominika i Sandra.

I to właśnie tym wszystkim osobom dedykuję poniższą relację.


- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Środek Polski to dogodne miejsce na punkt zborny znajomych mieszkających w różnych częściach naszego kraju. Każdy ma równie blisko, albo… równie daleko. Tym tropem poszła Dosia i to właśnie ona była organizatorką tegorocznego zlotu (już szesnastego!) użytkowników forum Psoriasis. Wraz ze wspierającą Ją rodziną, zaprosiła nas w swoje rodzime okolice, a my, tak spragnieni wspólnych spotkań, z ogromną chęcią ruszyliśmy, nie bacząc na morderczy upał, który zawładnął sierpniem A.D. 2015! Upał, który w pewnym sensie zdominował ten zlot i był niejako kolejnym jego uczestnikiem.

Na kilka dni zamieszkaliśmy w uroczych, bardzo wygodnych, drewnianych domkach nieopodal Bełchatowa, w gospodarstwie agroturystycznym „Kardynał” w Grobli Kluki. Piękny teren pod lasem, otoczony stawami rybnymi, poprzecinany licznymi drewnianymi kładkami i groblami. Do ośrodka przylega całkowicie zagospodarowany teren rozrywkowy, z atrakcji, których skrzętnie korzystaliśmy – szczególnie zachwycając się doskonałymi, świeżymi rybami oraz… klubem disco ;)

Nieliczna część zniecierpliwionych zlotowiczów zawitała na zlot już w czwartkową noc. Oczekiwała ich niezwykle przejęta i mocno zafrapowana swoją rolą organizatorka ;) Od początku bardzo dbała o to, aby każdy obecny na zlocie był zadowolony z pobytu. Pierwsze nocne rozmowy upłynęły w asyście nieoczekiwanego chłodnego powietrza, którego wszyscy po upalnych dniach, byli bardzo spragnieni.

Piątek, 14 sierpnia 2015

W piątek rankiem kilka osób wybrało się na kąpielisko pod arcytrudną nazwą Wawrzkowizna. Dosia zaś, pozostała na miejscu by witać sukcesywnie przybywających od rana uczestników zlotu i każdego obowiązkowo obdarować pamiątkowym spinaczem-biedronką.
I taki był piątek – cieszyliśmy się z ponownego spotkania, przyjazdu osób znanych z wcześniejszych zlotów i spotkań, poznawaliśmy tych, którzy przybyli po raz pierwszy. To zwykle bardzo wzruszająca część zlotu. Pierwsze wspólne chwile, pierwsze emocje, rozmowy, wspomnienia. Zgromadzeni wokół miejsca na ognisko, którego z racji gorącego dnia i wieczoru, nie było, siedzieliśmy przy świecach rozpalonych przez ramzesową Janinkę. A kiedy już byliśmy syci pierwszych wrażeń, i kiedy słońce w cholerę schowało się głęboko za horyzont, bo serdecznie wszyscy już go mieli dość, wybyliśmy rozbawioną zgrają na disco, które dudniło nieopodal. Cóż rzec – przez kilkadziesiąt minut naprawdę rządziliśmy na parkiecie! Kulminacyjnym punktem zabawy był moment, kiedy Piotr z Karolcią zamówili u sympatycznego pana didżeja pioseneczkę-dedykację pod wymownym tytułem „Plastikowa biedronko”. Wszystkie ręce poszły w górę, zlotowicze szaleli jak szaleni, a parkiet na sto par wespół w zespół! Rabatek w swoim żywiole, a razem z nim nawet ci, którzy zwykle na disco polo ze wstrętem mówią a fuj! Oj bolały nóżki rano, bolały!

Sobota, 15 sierpnia 2015

Sobotni poranek mijał pod znakiem śniadanka pod gołym niebem, kawki i szybko, szybko, bo zaraz przybędzie autobus wycieczkowy. Z klimatyzacją! A była to tego dnia rzecz strategiczna! Pożądana! Niezbędna! Konieczna i już! Bo jak nie, to w niektórych zlotowiczach budził się demon! Koło południa termometry wskazywały szalone ponad 35 stopni! Kolejne punkty wycieczki pokonywaliśmy kurc galopkiem, aby jak najszybciej znaleźć się w błogim uścisku autokarowej klimatyzacji. Jeszcze tylko batonik energetyczny od Dosi i każdy pełen sił gotowy na przejażdżkę.


Na początek zaliczamy dwa punkty widokowe – w Kleszczowie i w Żłobnicy, z których podziwialiśmy największą dziurę w ziemi w Polsce i Europie, czyli Odkrywkową Kopalnię Węgla Brunatnego w Bełchatowie. Gdzieś daleko hen, na skraju tej wielkiej dziury, sterczą wyniosłe, strzeliste w górę kominy Elektrowni Bałchatów. Z perspektywy tarasów widokowych wszystko to jawi się niczym precyzyjna układanka z klocków lego, w rzeczywistości – olbrzymie, monumentalne wręcz budowle. Koparki, które wydają się nam zwykłymi dużymi maszynami, w rzeczywistości są niewyobrażalnie ogromne! Jedna z największych jest równa wysokości dwóch 10-piętrowych wieżowców! Taśmociągi transportujące wydobywany węgiel mają łączną długość 150 kilometrów! Teren kopalni to ponad 12 km długości, 3 km szerokości i 200 m głębokości. W wyrobisku kopalni zmieściłby się caluśki Pałac Kultury i niemalże 5 tysięcy boisk do piłki nożnej! Kominy Elektrowni plują w niebo białym dymem, który tak naprawdę jest tylko nieszkodliwą parą wodną. Kopalnię podpatrujemy w dzień świąteczny (15 sierpnia) - wszystko więc wydaje się uśpione, zamarłe. Domyślamy się, że w dzień roboczy teren kopalni roi się od maszyn i ludzi. Wrze jak w mrowisku! Nocą zaś rozświetlony, tworzy kosmiczny krajobraz. Mimo wszystko nawet w gorący środek dnia, widok zapierający dech – dla fenomenu współpracy ludzkiej techniki i natury, które stworzyły to miejsce.
Oczywiście panorama kopalniana to idealne miejsce na pamiątkowe fotki, więc cykamy ich bez liku, włącznie z tą główną, zbiorową!


A kiedy już pooglądaliśmy sobie kopalnię, i farmę wiatraków (widoczną doskonale z daleka dla wszystkich podróżujących drogą Gdańsk - Śląsk), i cud-mniód-malyna Aquapark w najbogatszej gminie w Polsce (Kleszczów), pomiędzy łapiąc oddech w naszym wycieczkowym bus-klimatyzatorze, dotarliśmy na Górę Kamieńsk. Jest to najwyższe w środkowej Polsce, sztuczne wzgórze o wysokości 386 m n.p.m. usypane jako zwałowisko Kopalni Węgla Brunatnego Bełchatów. W pierwszej kolejności naszą uwagę przykuła olbrzymia kurtyna wodna. Przypominam – z nieba lał się morderczy ukrop! Wkoło sucho niczym na Saharze. Ci spragnieni wodnej, zimnej mgiełki natychmiast zajęli miejsce pod tym olbrzymim prysznicem, a ci dbający o makijaże i starannie ułożone fryzurki, w podcieniach budynku gastronomicznego. I jednym i drugim od razu było chłodniej. Wszyscy gotowi do kolejnych atrakcji – spokojnego podziwiania okolic z wysokości wyciągu krzesełkowego lub pełnej adrenaliny podróży letnim torem saneczkowym. I jedno i drugie znalazło swoich amatorów.


Później jeszcze tylko obiad w tropikach ;) i już wracamy do miejsca naszego zakwaterowania, przy wejściu nadziewając się na nadspodziewanie nadgorliwą ochronę ośrodka, który szykuje się do sobotniego disco. Okazało się, że zaufanie panów ochroniarzy wzbudzali tylko ci wyposażeni w (sic!) aparaty foto! Tylko oni nie musieli poddawać się wnikliwej kontroli. Oj, adrenalinka poszybowała w górę! Przypominam – żar leje się z nieba, poczucie humoru równe zeru!
A wieczorem… wieczorem to było magicznie! Było ognisko, pieczenie kiełbasek. Była muzyka na żywo, a grajków było kilku – bo i Grzesiu na gitarze, i dosiowy syn, Łukasz na harmonii rżnął (ach och co za cudny instrument!) i oczywiście Rabatek didżejował! Były okrzyki: gdzie jest Dosia??? Było skandowanie w szpalerze: Dosia, Dosia!!! I było podziękowanie dla Dosi, za zorganizowanie zlotu. To wreszcie była BURZA! Deszcz! Chłodne, orzeźwiające powietrze! Wieczorem to było dopiero cudnie! Dosia została sumiennie przez chyba wszystkich wycałowana, obowiązkową łzę wzruszenia uroniła, limeryk na okoliczność usłyszała:

„Pewna Dorota co w Trzepnicy się chowa,
Cnót wszelkich jest to białogłowa,
Pole obrobi, bombki udekoruje,
Kawałem sypnie, zlot przygotuje,
Bluetooth w ucho - Dosia gotowa!”


Kto Dosię zna, to wie wszystko :)
I tak, o zlot niespodziewanie szybko dobiegł końca. Tego to nie lubi nikt, oj nie!


Niedziela, 16 sierpnia 2015

Niedzielny poranek to już pożegnalne kawki, pożegnalne uściski, pożegnalne „do zobaczenia na kolejnym zlocie!”.
Zamiast zakończenia, oddam głos Dosi, naszej organizatorce:

„Każdy z Was wniósł cząstkę siebie do tego spotkania - swoją radość, uśmiech i cieplutkie uściski, które były lekiem w tych naszych zmaganiach z chorobą, rozdawanym bez recepty i za fri. Tak jak się mówi, że dom to nie mury, które go tworzą, tylko rodzina, która w nim mieszka, to ja powiem, że - zlot to nie zwykłe spotkanie ludzi, to magiczny czas dla naszych serc, który Wy tworzycie.”

Tak właśnie było – magiczny czas dla naszych serc, który o dziwo procentuje z każdym dniem oddalającym nas od zlotu.

Ps. Dosiu, za całe Twoje serce, osobiście jeszcze raz bardzo Ci dziękuję!

Po prostu dziękuję!


Krótki, ale wyjątkowo intensywny wyjazd już za nami. Przebiegł w morderczym upale, ale i w niewiarygodnie cudnej atmosferze, którą zrodzić może tylko spotkanie ze wspaniałymi, otwartymi ludźmi. Obliczyliśmy z Markiem, że był to nasz już 12 zlot, podczas których od 11 lat spotykamy się z chorymi na łuszczycę oraz ich rodzinami i osobami im towarzyszącymi. W wielu przypadkach te wirtualne z początku znajomości przerodziły się w bliskie relacje, a nawet, nie boję się użyć tego słowa – przyjaźnie, które przeniosły się na grunt realnej rzeczywistości. Kiedy jeździliśmy na pierwsze zloty, często było tak, że większość ludzi znanych nam było tylko z kontaktów internetowych. Od kilku lat, zwykle znamy osobiście niemalże wszystkich uczestników, a po raz pierwszy spotykamy nielicznych. I w jednym i drugim przypadku są to spotkania bardzo emocjonujące. Na minionym zlocie zapociły mi się oczy kiedy po kilku latach mogłam ponownie wyściskać Krysię-Wisienkę, Halinkę i Alę... Zwykle irytuje mnie kiedy podczas powitań ludziska drą japy jak opętani, a w przypadku Ali, sama nie mogłam się opanować! Piszczałam jak głupia! Ech... tyle wspomnień... Alu, tak bym chciała mieć Ciebie blisko siebie, blisko w sensie kilometrów, bo blisko mego serca jesteś zawsze. Halinko, przekonałam się, że czas i odległość może są przeszkodą w codziennym podtrzymywaniu wzajemnych kontaktów, ale na szczęście nie zabijają porozumienia dusz. Mam tylko nadzieję, że i Ty to czułaś. W mojej pamięci pozostanie też pierwsze spojrzenie w oczy z Agusią-agawą, pierwszy z nią uścisk. Czułam się jakbym i Ciebie Agnieszko znała od lat, choć w tak zwanym realu spotkałyśmy się po raz pierwszy.


Czas na zlocie niestety nie jest sprzyjający. Płynie szybko, szybciej, pędzi jak jakiś wariat. Ale wraca człowiek przepełniony dobrą energią, która procentuje jeszcze długo.

To takie ważne – spotykać w swoim życiu innych ludzi, z dobrą aurą.

Każdemu z osobna bardzo dziękuję za te wspólne dni.

A teraz czas na relację...

środa, 12 sierpnia 2015

Error!


No dobra. Nie jest dobrze z tym upałem. A jeśli sytuacja się nie zmieni, to lada moment nadejdzie krajobrazowa jesień. Drzewa nie tyle usychają, co są wypalone słońcem. Nasze młode olszyny mają 2/3 liści spalonych, zasuszonych. To samo dzika róża! Na dwóch wiązach w okolicy domu jest więcej żółtych liści niż zielonych. Jeszcze chwila, to wszystko opadnie i drzewa będą gołe niczym w listopadzie. Pies ma rozpacz w oczach. Widać jak po prostu cierpi od gorąca. Polewamy go co jakiś czas zimną wodą (tego to on też nie lubi, ale chociaż odzyskuje wigor), lecz to doraźny ratunek. Kotka siedzi całymi dniami w składziku między dechami. I chyba wyżera tam myszy, bo wyłazi coraz grubsza. Kilka dni temu, 7 sierpnia, o godzinie 16, nasz północny termometr wskazywał dokładnie 37 stopni w cieniu, elektroniczny ustawiony w słońcu zwariował i migał error error, a maksymalną moc to on ma plus 50!
Jak muchy w roztopionej smole, szykujemy się na krótki, wakacyjny weekend z przyjaciółmi, gdzieś w centralnej Polsce. A to już będzie podwójnie gorąco - raz upał, dwa gorące serducha ludzi, których spotkam :)


piątek, 7 sierpnia 2015

Gorrrrąco!!!

Nie narzekamy na upalne lato, nie narzekamy. Wszak lada moment to wszystko odejdzie w chłodne i szare dni jesieni. Utopi się w mglistych porankach i krótkich, zbyt krótkich dniach. Soczysta zieleń zamienia się powoli w wypaloną sepię. Trawnik odpuściliśmy, wcale go nie podlewamy. I tak nic to nie daje, a rachunek za wodę by mnie tylko wściekł. Przyjdą deszcze (a przyjdą, bo przecież natura kocha równowagę) wszystko się wyrówna. Późnym wieczorem, kiedy już całkiem zajdzie słońce, podlewam jedynie kwiaty i warzywnik. Hortensje nawet dwa razy dziennie, bo błyskawicznie mdleją od tego gorąca. Na kijki (jeśli) chodzę też dopiero, gdy słońce prawie chowa się za horyzontem. Czasami drogę przebiega mi sarnia rodzina – maluch i dwa dorosłe osobniki. Cudny widok. Wolę gdy drogę przebiegają mi sarny niż lisy, których jest w naszej okolicy naprawdę multum. Właściwie każdego wieczoru miga mi przed nosem jakaś ruda kita. Łazikuję teraz głównie wykoszonym szczytem wału, bo na zwykle uczęszczanej przeze mnie trasie, która biegnie częściowo wzdłuż młodego lasu, coś chrumkało i ryło w ziemi. Dziękuję, dziki nie wzbudzają we mnie tkliwych skojarzeń, rodem z sielskich obrazów w klimacie „jeleń na rykowisku”.
Nad jeziorko jeździmy późnym popołudniem. Woda jest tak obłędna wówczas, po całym upalnym dniu, że brak słów. I pachnie tak cudnie jeziorko, czystością, świeżością, nieziemsko błogie uczucie lekkości.

Stres dopada mnie tylko kiedy muszę wyjść z zacisznej okolicy swojego domu. Powód? Oczywiście widoczne na rękach zmiany łuszczycowe. Staram się je ukrywać pod niby przewiewnymi ubraniami, ale niech ktoś znajdzie przewiewne ubranie, gdy nawet we własnej skórze człowiekowi gorąco przy temperaturze powyżej 35 stopni. Dlatego bądźcie w te upalne dni szczególnie wyrozumiali dla takich jak ja – ubranych zbyt bardzo i dla tych chorych, którzy są bardziej odważni niż ja, i nie kryją swojej choroby. Pomimo tylu lat chorowania, jest mi tak trudno znieść ciekawskie, czasami niestety zniesmaczone spojrzenia. A już całkiem nie potrafię poradzić sobie emocjonalnie z pytaniami: „o boszsz a co ci się stało?!” Dlatego znajdźcie w sobie zrozumienie i empatię :) I cieszcie się dotykiem słońca na swojej skórze, bo właściwie to tak niewiele go w ciągu roku w naszej strefie klimatycznej.