środa, 19 sierpnia 2015

Plastikowa biedronka na tropie klimatyzacji

…czyli słów kilka o zlocie pod Bełchatowem – Grobla Kluki 14-16 sierpnia 2015

Na zlocie obecni byli:

Dorota (dosia20011) z Pawłem i Olcią, Łukasz (syn Dosi i Pawła) z Edzią, Ania (czarnawdówka) z Sebastianem (kochanawredota) i Oliwką, Krzysiek i Marzena, Karolina (mamuśka) z Piotrem (i z uroczą west terrierką Lilii), Andrzej (Ramzes) z Janinką, Szymon (rosomak), Dianka (dia), Aneta (Puma) z Przemkiem, Gosia (Gojaxx), Gosia (Mago) i Arek, Agnieszka (agpela) z Markiem i Jędrkiem, Wiesiek (Wkowal), Janeczka (janina_g), Marzenka (shonia) z Grzesiem, Andrzej (rabatek), Agata (Yagga), Tomek (ToMeK_K) z Alą (Marika) i Zuzią, Agnieszka (agawa32), Krysia (Wisienka vel krystynaGD), Paweł (Baca vel jacek128) z Julką,

oraz nasi wspaniali goście: Hala i Paweł, siostry Krysi (Wisienki): Ania i Irenka oraz przyjaciółki Dosi Dominika i Sandra.

I to właśnie tym wszystkim osobom dedykuję poniższą relację.


- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Środek Polski to dogodne miejsce na punkt zborny znajomych mieszkających w różnych częściach naszego kraju. Każdy ma równie blisko, albo… równie daleko. Tym tropem poszła Dosia i to właśnie ona była organizatorką tegorocznego zlotu (już szesnastego!) użytkowników forum Psoriasis. Wraz ze wspierającą Ją rodziną, zaprosiła nas w swoje rodzime okolice, a my, tak spragnieni wspólnych spotkań, z ogromną chęcią ruszyliśmy, nie bacząc na morderczy upał, który zawładnął sierpniem A.D. 2015! Upał, który w pewnym sensie zdominował ten zlot i był niejako kolejnym jego uczestnikiem.

Na kilka dni zamieszkaliśmy w uroczych, bardzo wygodnych, drewnianych domkach nieopodal Bełchatowa, w gospodarstwie agroturystycznym „Kardynał” w Grobli Kluki. Piękny teren pod lasem, otoczony stawami rybnymi, poprzecinany licznymi drewnianymi kładkami i groblami. Do ośrodka przylega całkowicie zagospodarowany teren rozrywkowy, z atrakcji, których skrzętnie korzystaliśmy – szczególnie zachwycając się doskonałymi, świeżymi rybami oraz… klubem disco ;)

Nieliczna część zniecierpliwionych zlotowiczów zawitała na zlot już w czwartkową noc. Oczekiwała ich niezwykle przejęta i mocno zafrapowana swoją rolą organizatorka ;) Od początku bardzo dbała o to, aby każdy obecny na zlocie był zadowolony z pobytu. Pierwsze nocne rozmowy upłynęły w asyście nieoczekiwanego chłodnego powietrza, którego wszyscy po upalnych dniach, byli bardzo spragnieni.

Piątek, 14 sierpnia 2015

W piątek rankiem kilka osób wybrało się na kąpielisko pod arcytrudną nazwą Wawrzkowizna. Dosia zaś, pozostała na miejscu by witać sukcesywnie przybywających od rana uczestników zlotu i każdego obowiązkowo obdarować pamiątkowym spinaczem-biedronką.
I taki był piątek – cieszyliśmy się z ponownego spotkania, przyjazdu osób znanych z wcześniejszych zlotów i spotkań, poznawaliśmy tych, którzy przybyli po raz pierwszy. To zwykle bardzo wzruszająca część zlotu. Pierwsze wspólne chwile, pierwsze emocje, rozmowy, wspomnienia. Zgromadzeni wokół miejsca na ognisko, którego z racji gorącego dnia i wieczoru, nie było, siedzieliśmy przy świecach rozpalonych przez ramzesową Janinkę. A kiedy już byliśmy syci pierwszych wrażeń, i kiedy słońce w cholerę schowało się głęboko za horyzont, bo serdecznie wszyscy już go mieli dość, wybyliśmy rozbawioną zgrają na disco, które dudniło nieopodal. Cóż rzec – przez kilkadziesiąt minut naprawdę rządziliśmy na parkiecie! Kulminacyjnym punktem zabawy był moment, kiedy Piotr z Karolcią zamówili u sympatycznego pana didżeja pioseneczkę-dedykację pod wymownym tytułem „Plastikowa biedronko”. Wszystkie ręce poszły w górę, zlotowicze szaleli jak szaleni, a parkiet na sto par wespół w zespół! Rabatek w swoim żywiole, a razem z nim nawet ci, którzy zwykle na disco polo ze wstrętem mówią a fuj! Oj bolały nóżki rano, bolały!

Sobota, 15 sierpnia 2015

Sobotni poranek mijał pod znakiem śniadanka pod gołym niebem, kawki i szybko, szybko, bo zaraz przybędzie autobus wycieczkowy. Z klimatyzacją! A była to tego dnia rzecz strategiczna! Pożądana! Niezbędna! Konieczna i już! Bo jak nie, to w niektórych zlotowiczach budził się demon! Koło południa termometry wskazywały szalone ponad 35 stopni! Kolejne punkty wycieczki pokonywaliśmy kurc galopkiem, aby jak najszybciej znaleźć się w błogim uścisku autokarowej klimatyzacji. Jeszcze tylko batonik energetyczny od Dosi i każdy pełen sił gotowy na przejażdżkę.


Na początek zaliczamy dwa punkty widokowe – w Kleszczowie i w Żłobnicy, z których podziwialiśmy największą dziurę w ziemi w Polsce i Europie, czyli Odkrywkową Kopalnię Węgla Brunatnego w Bełchatowie. Gdzieś daleko hen, na skraju tej wielkiej dziury, sterczą wyniosłe, strzeliste w górę kominy Elektrowni Bałchatów. Z perspektywy tarasów widokowych wszystko to jawi się niczym precyzyjna układanka z klocków lego, w rzeczywistości – olbrzymie, monumentalne wręcz budowle. Koparki, które wydają się nam zwykłymi dużymi maszynami, w rzeczywistości są niewyobrażalnie ogromne! Jedna z największych jest równa wysokości dwóch 10-piętrowych wieżowców! Taśmociągi transportujące wydobywany węgiel mają łączną długość 150 kilometrów! Teren kopalni to ponad 12 km długości, 3 km szerokości i 200 m głębokości. W wyrobisku kopalni zmieściłby się caluśki Pałac Kultury i niemalże 5 tysięcy boisk do piłki nożnej! Kominy Elektrowni plują w niebo białym dymem, który tak naprawdę jest tylko nieszkodliwą parą wodną. Kopalnię podpatrujemy w dzień świąteczny (15 sierpnia) - wszystko więc wydaje się uśpione, zamarłe. Domyślamy się, że w dzień roboczy teren kopalni roi się od maszyn i ludzi. Wrze jak w mrowisku! Nocą zaś rozświetlony, tworzy kosmiczny krajobraz. Mimo wszystko nawet w gorący środek dnia, widok zapierający dech – dla fenomenu współpracy ludzkiej techniki i natury, które stworzyły to miejsce.
Oczywiście panorama kopalniana to idealne miejsce na pamiątkowe fotki, więc cykamy ich bez liku, włącznie z tą główną, zbiorową!


A kiedy już pooglądaliśmy sobie kopalnię, i farmę wiatraków (widoczną doskonale z daleka dla wszystkich podróżujących drogą Gdańsk - Śląsk), i cud-mniód-malyna Aquapark w najbogatszej gminie w Polsce (Kleszczów), pomiędzy łapiąc oddech w naszym wycieczkowym bus-klimatyzatorze, dotarliśmy na Górę Kamieńsk. Jest to najwyższe w środkowej Polsce, sztuczne wzgórze o wysokości 386 m n.p.m. usypane jako zwałowisko Kopalni Węgla Brunatnego Bełchatów. W pierwszej kolejności naszą uwagę przykuła olbrzymia kurtyna wodna. Przypominam – z nieba lał się morderczy ukrop! Wkoło sucho niczym na Saharze. Ci spragnieni wodnej, zimnej mgiełki natychmiast zajęli miejsce pod tym olbrzymim prysznicem, a ci dbający o makijaże i starannie ułożone fryzurki, w podcieniach budynku gastronomicznego. I jednym i drugim od razu było chłodniej. Wszyscy gotowi do kolejnych atrakcji – spokojnego podziwiania okolic z wysokości wyciągu krzesełkowego lub pełnej adrenaliny podróży letnim torem saneczkowym. I jedno i drugie znalazło swoich amatorów.


Później jeszcze tylko obiad w tropikach ;) i już wracamy do miejsca naszego zakwaterowania, przy wejściu nadziewając się na nadspodziewanie nadgorliwą ochronę ośrodka, który szykuje się do sobotniego disco. Okazało się, że zaufanie panów ochroniarzy wzbudzali tylko ci wyposażeni w (sic!) aparaty foto! Tylko oni nie musieli poddawać się wnikliwej kontroli. Oj, adrenalinka poszybowała w górę! Przypominam – żar leje się z nieba, poczucie humoru równe zeru!
A wieczorem… wieczorem to było magicznie! Było ognisko, pieczenie kiełbasek. Była muzyka na żywo, a grajków było kilku – bo i Grzesiu na gitarze, i dosiowy syn, Łukasz na harmonii rżnął (ach och co za cudny instrument!) i oczywiście Rabatek didżejował! Były okrzyki: gdzie jest Dosia??? Było skandowanie w szpalerze: Dosia, Dosia!!! I było podziękowanie dla Dosi, za zorganizowanie zlotu. To wreszcie była BURZA! Deszcz! Chłodne, orzeźwiające powietrze! Wieczorem to było dopiero cudnie! Dosia została sumiennie przez chyba wszystkich wycałowana, obowiązkową łzę wzruszenia uroniła, limeryk na okoliczność usłyszała:

„Pewna Dorota co w Trzepnicy się chowa,
Cnót wszelkich jest to białogłowa,
Pole obrobi, bombki udekoruje,
Kawałem sypnie, zlot przygotuje,
Bluetooth w ucho - Dosia gotowa!”


Kto Dosię zna, to wie wszystko :)
I tak, o zlot niespodziewanie szybko dobiegł końca. Tego to nie lubi nikt, oj nie!


Niedziela, 16 sierpnia 2015

Niedzielny poranek to już pożegnalne kawki, pożegnalne uściski, pożegnalne „do zobaczenia na kolejnym zlocie!”.
Zamiast zakończenia, oddam głos Dosi, naszej organizatorce:

„Każdy z Was wniósł cząstkę siebie do tego spotkania - swoją radość, uśmiech i cieplutkie uściski, które były lekiem w tych naszych zmaganiach z chorobą, rozdawanym bez recepty i za fri. Tak jak się mówi, że dom to nie mury, które go tworzą, tylko rodzina, która w nim mieszka, to ja powiem, że - zlot to nie zwykłe spotkanie ludzi, to magiczny czas dla naszych serc, który Wy tworzycie.”

Tak właśnie było – magiczny czas dla naszych serc, który o dziwo procentuje z każdym dniem oddalającym nas od zlotu.

Ps. Dosiu, za całe Twoje serce, osobiście jeszcze raz bardzo Ci dziękuję!

1 komentarz:

  1. Agpelko, świetnie zlot opisałaś, (prawie) jakbym tam z Wami była!
    Pozdrawiam serdecznie,
    elwis_m

    OdpowiedzUsuń