niedziela, 27 września 2015

Przedponiedziałkowy spleen

Przebierając z niecierpliwości nóżkami, pojechaliśmy w sobotę skoro świt, czyli tuż po 11, hehe, na grzyby do lasu. W sumie wszystko się zgadza: jest deszcz, jest wilgotna ściółka w lesie, jest ciepło w nocy. No i grzybów nie ma. Cholera jasna. A ponieważ wciąż jestem w rozterkach twórczych (program ku czci), więc jestem w potrzebie. W sensie, że mnie ciągnie do garów, do roboty, pichcenia, coś robienia. Wszystko, aby nie myśleć. A, że wracaliśmy z lasu z pustym wiaderkiem, to zajechałam na targ i na ostatnim straganie, w strugach deszczu, nakupiłam pomidorów, papryki, cebuli i takich tam. I jak tak sobie później w domu stałam przy tych garach, to od razu było mi lżej.
Niedziela przegnała zachmurzone szarością niebo i świat zrobił się bardziej wyraźny. Na tyle, by wyrwać człowieka ze szponów nastroju mglistej i zapłakanej soboty.
Niespodziewana, esemesowa rozmowa z kimś nie widzianym od lat, najpierw wbija mnie w przysłowiowy fotel, a tak naprawdę wygania na powietrze, aby zaciągnąć się nim głęboko, mocno, z pełną świadomością jego życiodajnej siły. I wreszcie refleksja, w kontekście tej rozmowy taka w sumie egoistyczna: nie wolno z błahostek czynić mega problemów. Nie wolno tonąć w wydumanych rozterkach. Mam tyle powodów do radości, spokoju, naprawdę nie ma sensu tracić energii na bzdury.
Po czym wzięłam kije i poszłam sobie zielonym wałem w stronę zachodzącego słońca.

sobota, 19 września 2015

Sobota

Piękna sobota. Taka letnio-jesienna. Odświeżona nocnym deszczem, zielona. Błękitna, rozjaśniona słońcem i biało-szarymi obłokami. Cicha. Pachnąca niesamowitą zupą-kremem z cukinii. I jeszcze papryką, pomidorami, umytymi oknami i wanilią. No bo dieta, dietą, ale czasami trzeba upiec puszysty sernik! Tak mam, że kiedy nęka mnie praca twórcza – aktualnie pisanie scenariusza ku czci – rzucam się w wir fizycznej roboty. A dziwię się, że Marko najlepiej wypoczywa urobiony po łokcie, ze szpadlem w ręce, piłą, siekierą, grabiami i tym podobnymi akcesoriami. …więc na targu warzywnym zakupiłam piękną, jędrną paprykę mieniącą się czerwienią i żółcią. Z lenistwa słoiki wrzuciłam do zmywarki, no ich akurat nie chce mi się ręcznie myć. Mruczy ta zmywarka, szemrają latające to tu to tam osy. Choć ta co mi lata nad głową mocno mnie irytuje. Może by tak ją palnąć łapką na muchy? A może darować, a niech jej tam! Szumią resztki liści na wiązie, wierzbie i olchach. Przeglądam swoje przepisy w poszukiwaniu proporcji na paprykowy sos i paprykę w miodzie. Obserwuję Kiteczkę, która zapędziła jakąś małą myszkę pod drewnianą donicę z kwiatami na tarasie i jak nic, ma na nią chrapkę. Ale myszka jest mądra. Za nic nie wyściubi nosa spod bezpiecznej kryjówki. Dom wyciszony. Michał nabija swoje kilometry na rowerze, gdzieś na obrzeżach miasta, Jędrek odpoczywa przed komputerem (a jakże!) po tygodniowym trudzie szkolnym. A Mężon odsypia nocnych Polaków rozmowy. Moja aromatyczna latte już się kończy. Wytrawne wino francuskie chłodzi na wieczór… Jego lampką uczczę rocznicę swojej metamorfozy (tak, tak to już rok dietetycznych zmian!) i jutrzejsze, szesnaste urodziny naszego ukochanego Jędrzejka…

wtorek, 15 września 2015

Po weekendzie, przed weekendem

No to warsiawskie powietrze mi nie posłużyło. Bo ponieważ gdyż powróciłam ze stolicy zasmarkana, zakichana i ogólnie z nosem przy ziemi. Ale nie wiem, co też ma w sobie za tajemny specyfik, popularny skądinąd środek anty przeziębieniowy terafluuu, bo w dwa dni mnie spionizował i po przeziębieniu pozostały... 2 saszetki na następny raz. A kysz! Wraca lato, więc szybki powrót do formy cieszy mnie niezmiernie.
Nowe sprzęty w mieszkaniu syna zainstalowane bezproblemowo, dzięki między innymi dobrym wyborom (brawo ja!) i pewnemu internetowemu sklepowi, któren to posiada całą masę fikuśnych opcji ułatwiających klientowi życie. A, że kosztuje, cóż... Nowy piekarnik został błyskawicznie przetestowany mega pyszną, domową, ździebko niedietetyczną pizzą. Nowa pralka też poszła w ruch. Syn zdziwiony, że to takie proste. Brudy do bębna sru, kapsułka na to wszystko sru, pstryk i działa. Się pewnie zdziwi jak wyschnie, że nie złożone w kosteczkę jak u mamy, ale cóż... A ja teraz będę miała jakby więcej czasu, bo mniej prasowania, juhu!

A poza tym to co?

Popadało i trawa się zieleni. Prawie wiosennie się porobiło wkoło domku. Ale to tylko złudzenie, złudzenie. Bo babie lato fruwa, dziś nieomal się w nie wplątałam, gdy jechałam rowerem przez park. I wykopki na polach zmierzają ku końcowi, snuje się zapach palonych łętów na kartofliskach. I słońce zachodzi już nie heeet za wiązami, tylko vis-a-vis okna tarasowego. I dynie coraz bardziej pękate. I na straganie w dzień targowy orgia papryki i pomidorów. I takie słyszy się rozmowy:
- Psze pana a po ile chili u pana?
- A to zależy.
- A od czego?
- Jak na wagę to 9,50 za kilogram, jak na sztuki to 50 groszy za jedną, a jak klient zje na miejscu jedną papryczkę chili, to bierze 5 gratis.

Chętnych do jedzenia nie było, interes więc kręcił się panu cudnie.
Także i czas jesiennych przetworów rozpoczęty. Jeszcze tylko trzeba zrobić rekonesans w lesie... Ale to już w kolejny łykend...

środa, 9 września 2015

Tęcza, taka zwyczajna, na niebie

Słońce we współpracy z deszczem maluje tęczę nad "naszą" łąką, kolorowy most, taką swoją ścieżkę do jesieni.


Wakacje odeszły w zapomnienie, czas przestawić się na rytm praca-dom-szkoła-jakiś-weekend-wolny-się-trafi. Wstaję teraz godzinę wcześniej, niż przed wakacjami. Dojazdy dziecka do szkoły wymuszają inny rytm dnia. Czy fajniejszy? Nie wiem, wciąż się go uczę. Zresztą Jędrek już zdążył się przeziębić i póki co ze dwa najbliższe dni pośpimy dłużej.
W pracy tonę w papierach, boszsz jak ja tego nie znoszę. Postanowiłam na ten nowy rok w pracy, być systematyczną, niczego nie odkładać na później, robić wszystko na czas, a nawet z wyprzedzeniem. Nade wszystko zaś ustalać priorytety, bo czasami to się gubię w nawale spraw. Ale się nie da, no normalnie sie nie da sie! Bo ledwo człowiek włoży ręce w jedno, już mu na plecach wisi, coś co trzeba zrobić na wczoraj. Każdy ma malutką prośbę, każdy woła: "Aga, w wolnej chwili weź, zrób, pomyśl, napisz, poszukaj, pomóż, przygotuj, opracuj, prześlij", a przecież mam całą masę rzeczy swoich, bieżących, tych co muszę ja, bo tak!
Z utęsknieniem czekam na weekend, który mam calusieńki wolny, i który spędzę bardzo rodzinnie. U Michała we Warsiawie. Nie mogę się doczekać! Będzie pizza w nowym piekarniku! I trudno, będzie NIEdietetyczna! A co tam!

piątek, 4 września 2015

Dużo się dzieje

No to jak skończyło się narzekanie na upał, to teraz trzeba na deszcz.

Żartowaaałam!

Niech pada. Ogródka już nie da się uratować, ani tym bardziej naszego trawnika w kolorze sepii, ale mam cichutką nadzieję, że może jednakże grzybki w lesie się pojawią?

Od pierwszego września Jędrek tupta do nowej szkoły. A raczej turla się – najpierw kawałek rowerem, do przystanku autobu, później większy kawał (20 km) do pobliskiego miasteczka. Taką wybrał szkołę, a my się z tego wyboru cieszymy bardzo. Choć jestem świadoma, że jakiś tam kryzys w końcu Jędrka dorwie. A i nas pewnie też. No bo jednak dojazdy są męczące. A wiadomo, że euforia każda mija, szczególnie do szkoły. Szczególnie gdy przyjdą króciutkie, szare dni. Na razie Jędrkowi szkoła się podoba, bo jako pierwszaki, traktowani są (chwilowo) ulgowo.

Syn Duży zapakował dużą torbę i wyjechał do stolicy po wiedzę. Niebawem nawiedzimy jego kawalersko-studenckie mieszkanko, aby sfinalizować kilka dużych zakupów. W tym pralkę. Syn twierdzi co prawda, że jemu pralka nie jest potrzebna, ale ja jestem innego zdania. Ta pralka w studenckim mieszkaniu Syna jest bardzo potrzebna. Przede wszystkim mnie!
Niezwykle rzadko bywamy w mieszkaniu Syna Dużego, ale zawsze lubię chwilki tam spędzone. Świadomość, że ma On swój daszek nad głową w tym molochu miejskim, napawa mnie spokojem.

Ostatnie dni wakacji minęły bardzo intensywnie. Trzeba było załatwić kilka towarzyskich atrakcji na okoliczność końca wakacji. No i niezliczoną ilość spraw, które lepiej odfajkować, kiedy czasu jakby więcej. A bilans jest taki:

Synki dwa, wielbiciele i użytkownicy soczewek kontaktowych, zapałali chęcią posiadania lansiarskich okularów, no i stuknęło to po kieszeni, oj, oj. Ale wyglądają tak, że ŁAŁ!!, więc jakoś nie żal poniesionych kosztów.

Mężon na służbowym spływie kajakowym stracił ukochaną koszulkę w stylu marynistycznym i komórkę, niezbyt nowego, niezbyt wypasionego smartfona. Przez jakiś czas nawet na tę komórkę dzwoniłam z rozpędu, ale jakoś żadna pani rybka z rzeczki nieopodal, nie odbierała.

W wyniku rocznej (tak, to już zaraz rok!!!) metamorfozy dietetycznej, wskoczyłam w takie dżinsy, że w najśmielszych snach nie sądziłam, że będą na mnie dobre! Tak mnie to cieszy, że nawet nawrót choroby nie jest w stanie zasmucić mego odbicia w lustrze. Z tym też się rozprawię. Wiem to!

Metamorfoza dietetyczna siłą rażenia dotknęła też Mężona i Syna Dorosłego, i w związku z powyższym mamy totalne przeciągi w garderobie, bo wywaliliśmy do kontenera i rozdaliśmy ogromną ilość ciuchów. Na nas (na szczęście) już za dużych. Zakupy ciuchowe zaś powodują takie przeciągi na kontach, że się boję do nich zaglądać. No chyba, że jakaś złota rybka przechwyciła telefon Mężona i w ramach wdzięczności zasili je gotóweczką ;)