piątek, 4 września 2015

Dużo się dzieje

No to jak skończyło się narzekanie na upał, to teraz trzeba na deszcz.

Żartowaaałam!

Niech pada. Ogródka już nie da się uratować, ani tym bardziej naszego trawnika w kolorze sepii, ale mam cichutką nadzieję, że może jednakże grzybki w lesie się pojawią?

Od pierwszego września Jędrek tupta do nowej szkoły. A raczej turla się – najpierw kawałek rowerem, do przystanku autobu, później większy kawał (20 km) do pobliskiego miasteczka. Taką wybrał szkołę, a my się z tego wyboru cieszymy bardzo. Choć jestem świadoma, że jakiś tam kryzys w końcu Jędrka dorwie. A i nas pewnie też. No bo jednak dojazdy są męczące. A wiadomo, że euforia każda mija, szczególnie do szkoły. Szczególnie gdy przyjdą króciutkie, szare dni. Na razie Jędrkowi szkoła się podoba, bo jako pierwszaki, traktowani są (chwilowo) ulgowo.

Syn Duży zapakował dużą torbę i wyjechał do stolicy po wiedzę. Niebawem nawiedzimy jego kawalersko-studenckie mieszkanko, aby sfinalizować kilka dużych zakupów. W tym pralkę. Syn twierdzi co prawda, że jemu pralka nie jest potrzebna, ale ja jestem innego zdania. Ta pralka w studenckim mieszkaniu Syna jest bardzo potrzebna. Przede wszystkim mnie!
Niezwykle rzadko bywamy w mieszkaniu Syna Dużego, ale zawsze lubię chwilki tam spędzone. Świadomość, że ma On swój daszek nad głową w tym molochu miejskim, napawa mnie spokojem.

Ostatnie dni wakacji minęły bardzo intensywnie. Trzeba było załatwić kilka towarzyskich atrakcji na okoliczność końca wakacji. No i niezliczoną ilość spraw, które lepiej odfajkować, kiedy czasu jakby więcej. A bilans jest taki:

Synki dwa, wielbiciele i użytkownicy soczewek kontaktowych, zapałali chęcią posiadania lansiarskich okularów, no i stuknęło to po kieszeni, oj, oj. Ale wyglądają tak, że ŁAŁ!!, więc jakoś nie żal poniesionych kosztów.

Mężon na służbowym spływie kajakowym stracił ukochaną koszulkę w stylu marynistycznym i komórkę, niezbyt nowego, niezbyt wypasionego smartfona. Przez jakiś czas nawet na tę komórkę dzwoniłam z rozpędu, ale jakoś żadna pani rybka z rzeczki nieopodal, nie odbierała.

W wyniku rocznej (tak, to już zaraz rok!!!) metamorfozy dietetycznej, wskoczyłam w takie dżinsy, że w najśmielszych snach nie sądziłam, że będą na mnie dobre! Tak mnie to cieszy, że nawet nawrót choroby nie jest w stanie zasmucić mego odbicia w lustrze. Z tym też się rozprawię. Wiem to!

Metamorfoza dietetyczna siłą rażenia dotknęła też Mężona i Syna Dorosłego, i w związku z powyższym mamy totalne przeciągi w garderobie, bo wywaliliśmy do kontenera i rozdaliśmy ogromną ilość ciuchów. Na nas (na szczęście) już za dużych. Zakupy ciuchowe zaś powodują takie przeciągi na kontach, że się boję do nich zaglądać. No chyba, że jakaś złota rybka przechwyciła telefon Mężona i w ramach wdzięczności zasili je gotóweczką ;)

2 komentarze:

  1. A mozna prosić przepis jak dokonać takich zmian, bo widziałąm panią i nie ukrywam, że szczekami mi opadła choć widziałam tylko przez ułamek sekundy jadąc autem.

    OdpowiedzUsuń
  2. :) Wizyta u Pani dietetyk - to pierwszy i decydujący krok, w wyniku czego całkowicie zmieniłam nawyki żywieniowe i zadziałało :) choć sama w to jeszcze rok temu nie wierzyłam :)

    OdpowiedzUsuń