wtorek, 15 września 2015

Po weekendzie, przed weekendem

No to warsiawskie powietrze mi nie posłużyło. Bo ponieważ gdyż powróciłam ze stolicy zasmarkana, zakichana i ogólnie z nosem przy ziemi. Ale nie wiem, co też ma w sobie za tajemny specyfik, popularny skądinąd środek anty przeziębieniowy terafluuu, bo w dwa dni mnie spionizował i po przeziębieniu pozostały... 2 saszetki na następny raz. A kysz! Wraca lato, więc szybki powrót do formy cieszy mnie niezmiernie.
Nowe sprzęty w mieszkaniu syna zainstalowane bezproblemowo, dzięki między innymi dobrym wyborom (brawo ja!) i pewnemu internetowemu sklepowi, któren to posiada całą masę fikuśnych opcji ułatwiających klientowi życie. A, że kosztuje, cóż... Nowy piekarnik został błyskawicznie przetestowany mega pyszną, domową, ździebko niedietetyczną pizzą. Nowa pralka też poszła w ruch. Syn zdziwiony, że to takie proste. Brudy do bębna sru, kapsułka na to wszystko sru, pstryk i działa. Się pewnie zdziwi jak wyschnie, że nie złożone w kosteczkę jak u mamy, ale cóż... A ja teraz będę miała jakby więcej czasu, bo mniej prasowania, juhu!

A poza tym to co?

Popadało i trawa się zieleni. Prawie wiosennie się porobiło wkoło domku. Ale to tylko złudzenie, złudzenie. Bo babie lato fruwa, dziś nieomal się w nie wplątałam, gdy jechałam rowerem przez park. I wykopki na polach zmierzają ku końcowi, snuje się zapach palonych łętów na kartofliskach. I słońce zachodzi już nie heeet za wiązami, tylko vis-a-vis okna tarasowego. I dynie coraz bardziej pękate. I na straganie w dzień targowy orgia papryki i pomidorów. I takie słyszy się rozmowy:
- Psze pana a po ile chili u pana?
- A to zależy.
- A od czego?
- Jak na wagę to 9,50 za kilogram, jak na sztuki to 50 groszy za jedną, a jak klient zje na miejscu jedną papryczkę chili, to bierze 5 gratis.

Chętnych do jedzenia nie było, interes więc kręcił się panu cudnie.
Także i czas jesiennych przetworów rozpoczęty. Jeszcze tylko trzeba zrobić rekonesans w lesie... Ale to już w kolejny łykend...

1 komentarz:

  1. lubię ten nisko snujący się zapach dymów gorzkich i jesiennych, babie lato lubię, szczególnie kiedy migoce w słońcu...
    Syn tworzy swój dom, pamiętam, kiedy wyprowadziłam się od taty na swoje, miałam tylko tapczan, czajnik elektryczny, pomalowane bejcą skrzynki po pomarańczach jako półki, a w kuchni pożyczoną szkolną ławkę i dwa szkole taborety :) Ale tak lubiłam to swoje pierwsze, służbowe mieszkanie...
    Dziś łatwiej tworzyć gniazdo, choć wydatek wielki. Wspaniale kiedy można liczyć na pomoc bliskich...
    Niech słońce jeszcze pozwoli cieszyć się ciepłem i świat nam złoci :)
    Serdeczności :)

    OdpowiedzUsuń