poniedziałek, 19 października 2015

Na parkingu fajnie jest, można sobie pobiegać

Otulone dżdżystym październikiem senne miasteczko uzdrowiskowe, gdzieś za Górami Świętokrzyskimi. Busko Zdrój zauroczył mnie miękkim spokojem, przytulnością, wiewiórkami kicającymi wprost pod nogami. Pięknie skomponowanymi pasażami zieleni (które już przeobrażają się w jesienne szaty) i trochę szaloną architekturą – tu banalna kostka bloku mieszkalnego, tam pensjonat stylizowany na średniowieczny zameczek, a jeszcze gdzieś dalej typowy świdermajer. Odpoczęliśmy, zresetowaliśmy swoje twarde dyski połączeń nerwowych, naładowaliśmy się pozytywną energią dzięki spotkaniu w gronie przyjaznych znajomych. Uwielbiam otulać się takimi dobrymi chwilami...

W drodze powrotnej zaliczyliśmy większe zakupy ciuchowe w wielkiej galerii. W wielkim mieście. Na wielopoziomowym (dokładnie 9-poziomowym!), wielkim i wielokolorowym (tak, tak – 9 kolorów!) parkingu, ganialiśmy w poszukiwaniu własnego samochodu i to była najmniej fajna część naszego weekendu. Pamiętaliśmy, że zaparkowaliśmy w okolicach myjni samochodowej, ale niestety GPS w telefonie jakoś nie chciał jej namierzyć. I nikt w wielkim sklepie nie był w stanie nam pomóc – pracujący w wielkim sklepie ludzie, przychodzą do pracy do tych swoich sklepowych pudełeczek, powciskanych w wielką bryłę wielkiego sklepu, i jak te konie w kieracie robią swoje i nie mają pojęcia co po lewo, co po prawo, a już nie daj boszszsz co tam na wielopoziomowym parkingu. Pomógł pan taksówkarz.

Padliśmy z Marko na siedzeniach naszego cudem odnalezionego autka i siorbiąc pyszne latte z Costy, obiecaliśmy sobie solennie – a kysz takie eskapady sklepowe!
To nie dlaaa naaas!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz