środa, 21 października 2015

Takie tam refleksje

Całe szczęście, że obecna kampania wyborcza zbiegła się z odbywającym się co pięć lat Konkursem Pianistycznym im. Chopina. Znawcą muzyki nie jestem, słoń ucho mi z lekka zdeptał, ale piękno potrafię usłyszeć. I jako osoba wysoce empatyczna, wyczuć emocje pianistów. Dlatego w naszym domu wybrzmiewał w ostatnich tygodniach Chopin w różnych interpretacjach wirtuozów fortepianu z całego świata.

Wyeksploatowanie twórcze po ostatniej premierze programu ku czci minęło, wreszcie i stres odpuścił. Nie lubię być oceniana, chyba nikt nie lubi.
Mnie wkurza to, że o mojej pracy najwięcej do powiedzenia mają ci, którzy totalnie nie mają pojęcia o pracy z amatorską co prawda, ale zawsze, grupą teatralną. Sama zresztą pomimo lat praktyki, czuję w sobie braki warsztatowe, ale na pewno mam większe pojęcie o pewnych kwestiach niż ktoś, kto nigdy nie skalał się przygotowaniem czegokolwiek na scenie. Nie poświęcił setek godzin na wyszukanie pomysłu, tekstów, repertuaru, muzyki, ustawieniu gry "aktorów". Kto nigdy nie borykał się z merytoryczną i tą całą techniczną stroną przygotowania amatorskiego, ale jednak przedstawienia. Ktoś rzeknie - przecież jest internet, a tam wszystko! Cóż, nie potrafię nigdy jeden do jednego zerżnąć na żywca jakiegokolwiek scenariusza, a właśnie od jego dobrej konstrukcji zaczyna się udane przedsięwzięcie. Wolę sięgać do źródeł, tomików poezji, prozy, tekstów oryginalnych, czy też spisanych dialogów kabaretowych, i z nich budować program. Scenariusz musi przede wszystkim ułożyć się w mojej głowie, muszę teksty przepuścić przez swoją wrażliwość, a nade wszystko wrażliwość i umiejętności moich "aktorów". Każdy występ kosztuje mnie bardzo wiele emocji. Płacę za to totalnym wyeksploatowaniem sił po premierze. Bo choć po generalnej próbie zwykle jestem pewna moich "artystów", to niestety spokój zabiera mi myśl "co powiedzą" inni - czyli po prostu drżę przed oceną swojej pracy. Zwykle słyszę miłe słowa, ale zawsze znajdzie się jakiś mądraliński recenzent-krytyk domorosły, który potrafi zabić radość z czegoś fajnego. Dawno przekonałam się, że lepiej omijać ludzi, którzy są przekonani, że wszystko wiedzą najlepiej. Niech wiedzą! Niech im tam! Super! Ale mi ta ich najlepsiejsza wiedza nie jest potrzebna, bo niczego nie wnosi twórczego do mojej pracy. Wolę choćby przelotną rozmowę z praktykami, warsztatowcami, animatorami, instruktorami, którzy siedzą w temacie, mają doświadczenie, a mimo wszystko wciąż szukają. Bo wcale nie są przekonani, że wiedzą najlepiej. Ci właśnie są dla mnie autorytetami w mojej pracy zawodowej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz