wtorek, 19 stycznia 2016

Poranek

Kiedyś muszę sfotografować taki ciemny, styczniowy poranek jak dziś.
Granatowe niebo, wyłaniające się z czarnej nocy.
Białe podwórko oświetlone uliczną, wysoką lampą,
która z mroku wyłuskuje smukłe modrzewie,
o dość rzadkich gałązkach, pozbawionych o tej porze roku igiełek.

I leniwie osypujący się z nieba śnieg.
Jak na filmie puszczonym w zwolnionym tempie.

Drobny, suchy, biały, jak cukier puder
okrywający ziemię śnieżną pierzynką.

Ślady kocich łapek w głębokich zaspach.

Bajeczny, mroźny, zimowy ranek, kiedy budził się dzień.

Kiedyś to sfotografuję...

czwartek, 14 stycznia 2016

Wdzięczność...

Za wieczory bezmyślnie spędzane przy komputerze.
Chwile z książką i teatrem TV.
Za to, że można iść do pracy i odpoczywać po jej trudach, a czasami i nerwach.
Za radość z sukcesów i smutek zmartwień.
Za wczoraj, że było, za dziś, że jest, za jutro, że jest nadzieją.
Za plany na wakacje.
Za marzenia, które się spełniają i za te nowe, że się pojawiają.
Za noc.
Za miłość. Macierzyństwo. Wierność. Oddanie.
Za wszystkie uczucia - te dobre i nawet te złe, bo przecież też są znakiem życia.
Za spokój soboty, nerwowość poniedziałku.
Za włosy, które trzeba umyć i jeszcze w dodatku ufarbować.
I bilet skasowany w MPK.
Kawę latte, kupioną w dworcowej kafeterii.
Za każdy oddech, spojrzenie, dotyk, dźwięk.
Za wredną pogodę za oknem, gdy mogę czuć na policzku krople marznącego deszczu.
Zmarznięte dłonie, bo wiem, że ogrzeją je dłonie kogoś najbliższego.
Wdzięczność za życie, za jego najbardziej wzniosłe i najbardziej prozaiczne odsłony.
Za  życie, że JEST - mam w sobie ogrom wdzięczności.
Dziękuję.

Wczoraj odszedł mój Ojczym. Powyższy tekst napisałam we wtorek, dzień przed..., i w dniu kiedy odwiedziłam Go po raz, jak się później okazało, ostatni...
Dokładnie miesiąc po usłyszeniu przez nas druzgocącej diagnozy.
I nie powiem - badajcie się i chodźcie do lekarza, bo przecież to wszystko mój Ojczym sumiennie robił. Więc nie wiem dlaczego stało się tak, jak się stało...
Mam tylko głęboką wiarę, że odszedł do lepszego świata.
Pomimo tego, że ten TUTAJ jest tak piękny. Może dlatego, że nam znany?
Boimy się przecież nieznanego.
Ale wierzymy, że tak naprawdę nic się nie kończy.
Ja wierzę.

Upiekłam dziś wieczorem sernik. Zapach rozchodzi się piękny. Waniliowo - migdałowy. Tak mi przykro, że już go Józiu nie spróbujesz. Tak bardzo mi smutno...

Do zobaczenia kiedyś.


piątek, 8 stycznia 2016

Taka o noc

0.30 – Idę spać.
4.45 – Budzi mnie kot, chłepcze wodę ze swojej szklaneczki, co to ZAWSZE musi stać specjalnie dla niej nad naszym łóżkiem.
4.56 – O, kurczę, jestem rozbudzona jak skowronek o wiosennym poranku.
5.05 – Wciąż świadoma, że to jednak noc, usiłuję zasnąć.
5.10 – No dobra, trochę poczytam.
5.30 – Odkładam książkę, może jednak zasnę?
5.45 – Jednak czytam.
6.05 – Jednak bierze mnie na spanie.
6.15 – Ech, to jeszcze zerknę w neta via telefon, co tam w nocy w sejmie/senacie/u prezydenta na nocnej zmianie się działosie.
6.25 – Hura, jednak będę spała!
6.30 – Alarm/pobudka w telefonie. No to sobie pospałam.