poniedziałek, 29 lutego 2016

29 lutego

„Nie bierzmy tej planety za pewnik, tak jak ja nie biorę tej nocy za pewnik”. Bardzo, bardzo podobało mi się to zdanie DiCaprio, którym zakończył swoją pooskarową mowę. Ile w tym pokory i ile prawdy. Czyż tak nie bywa w życiu – za pięć dwunasta jesteś wynoszony na piedestał, pięć po dwunastej każą ci pakować manatki. Tyle jesteś warty, co twój ostatni sukces – nie raz się o tym przekonałam.
Nic nie jest dane raz na zawsze. Ani sukces, ani porażka. Nie można spocząć na laurach, uśpionym sukcesami, tak jak i nie można poddawać się w obliczu potknięcia. Nie można uznać, że coś się ma i tak już będzie zawsze. Trzeba dbać, troszczyć się, zabiegać. Nie tylko w kontekście globalnym, ale zwykłej codzienności. Trzeba dbać o każdą chwilę swojego życia. O to co nas w nim spotyka. Zarówno z sukcesu, jak i porażki czerpać naukę, doświadczenie, przekuwać to w siłę.
Bo nic nie jest dane na zawsze. Ani planeta, ani to co akurat teraz trzymasz w dłoni...


------------------
Tytuł notki w sumie bez związku z wpisem, ale dodatkowy dzień lutego zdarza się raz na cztery lata, niech zostanie po nim chociaż taki ślad :)

sobota, 27 lutego 2016

Uciekaj myszko do dziury

W naszym garażu zamieszkała myszka. Albo i dwie. Onegdaj Marko ratował myszki z paszczy kota, ale to była inna sytuacja. Ledwo żywe myszy znosiła do domu nasza kocina, zwykle wczesną wiosną albo jesienią bardziej jako trofeum, a nie potencjalną paszę. Tym razem sprawa nabrała innej wagi. Otóż myszka zaanektowała garaż – miejsce stacjonowania zabawki dużego faceta – samochodu.
- A jak mi poprzegryza kable?
- A kota nie można do tego garażu wpuścić?
- U naszego kota zanikł instynkt łowcy – rzekł Marko i wyekspediował Syna Dużego do sklepu po łapki na myszy.
Gdzie się kupuje takie zbrodnicze mysie narzędzie tortur? – trwała w domu krótka debata. Na przykład w sklepie ogrodniczym, jak się okazało. Szczodrą ręką odkroiłam kawałki żółtego sera na mysią ostatnią – jak mniemam – wieczerzę i… czekamy na efekty. W każdym razie Marko czeka – ja na pewno w czasie tego krwiożerczego polowania do garażu nie wejdę. Za słabe mam nerwy i wybujałą empatię. Za dużo w dzieciństwie naoglądałam się Myszki Miki, a za czasów dzieciństwa swoich dzieci – Toma i Jerry’ego.
A tymczasem tłusty kot nasz, próżniak leżakuje w chałupie to na łóżku, to na kufrze obok kominka, alboli też na krzesełku dostawionym do kaloryfera. Za michą latać nie musi, bo micha wiecznie pełna stoi przed kocim nosem. A gdy tylko poziom karmy spadnie poniżej kociej tolerancji (mniej więcej centymetr od górnej krawędzi) – natychmiast jest wrzask, miauczenie i przymilanie do głównego żywiciela rodziny i… kota. No to jak taki kot może mieć chrapkę na szarą, ruchliwą myszkę?

wtorek, 23 lutego 2016

Różności

Im więcej wolnego czasu człowiek ma, tym więcej go traci na niczym. Ot, zwykłe dreptanie od jednej chwilki do drugiej. Nic spektakularnego. Z drugiej strony, czyż do takich chwil wyczyszczonych z terminowych konieczności, nie tęsknimy gdy tak gnamy, gnamy co tchu każdego innego dnia? Wypełnionego po brzegi obowiązkami, które to mus zrobić na czas? Więc nie ma co lać łez nad zmarnowanym czasem, bo przecież zmarnowany tak do końca nie jest.
Potrzebny jest taki restart.
Leniwe godziny rozciągnięte pomiędzy porannym odsłonięciem rolety w sypialni, a ciszą wieczoru rozrywaną pomrukiem ognia w kominku. Przesiąknięte zapachem kawy, smakujące kęsem pieczonego chleba z… powiedzmy pastą z awokado. Kilka rozdziałów książki – wreszcie naprawdę można nadrobić zaległości czytelnicze. Ponowna czystka w garderobie, aby rozstać się z ostatnimi partiami za dużych ubrań – paszły! a kysz! won! Czas na cudowne spotkanie z przyjaciółmi. Do nocy, a właściwie prawie świtu. Wizyta u znajomych, którzy niedawno wprowadzili się do swojego przepięknego, wymarzonego domu. Przy okazji przekonałam się, że i mnie zdarza się zawalić coś w kuchni. Nie tak dawno opluwałam (niemalże) przepis na fasolowe brownie (dietetyczne ciasto z czerwonej fasoli z bananami, daktylami). Koleżanka upiekła z prawie takiego samego przepisu i wyszło pyszne :) W czym zawaliłam? Muszę dojść – może to wina mojego niezbyt wydajnego blendera? W każdym razie fasolowe brownie uprzejmie przepraszam, że je tutaj publicznie i niesłusznie oczerniłam ;)
Od kilku miesięcy przymierzamy się na poważnie do wakacyjnych planów. Prawdę mówiąc Marko się przymierza, ja pewnie zaakceptuję jego wybór, o ile oczywiście zamknie się w zarysowanym ogólnie planie: kierunek – południowa Bułgaria, z dala od złotych kurortów, kameralny pensjonat koniecznie z tarasem, na którym będzie można jeść śniadanie o poranku i słuchać szumiącego Morza Czarnego wieczorami. Schłodzone bułgarskie wino (mam nadzieję, że białe też mają dobre), mrożona kawa, soczyste owoce, bułgarska szopska sałatka, dotyk słońca i morskich fal na ramionach…
Już nie mogę się doczekać! Szczególnie, że za oknami nijaka, bura zima bez śniegu, z mżącym deszczykiem, wiatrem. Brrr…

sobota, 20 lutego 2016

Pojechali my do kina

Dni feryjne uciekają szybciutko. Czas mija na niczym zdawałoby się. Ale jakie to przyjemne NIC.
Aby jednak urozmaicić monotonię swobodnego nic nierobienia, postanowiliśmy jeden dzień przeznaczyć na ukulturalnianie i rozrywkę, po które to wyskoczyliśmy z naszej uroczej prowincji do miasta wojewódzkiego. Synowie szlifowali swoje umiejętności na torze gokartowym. Oraz przy stole bilardowym. Oraz… shoppingu. My zaś klucząc niebotycznie zawiłymi ścieżkami wielkiej galerii, odnaleźliśmy kino i odstawszy swoje w kolejce po wszystko (dziwne, ale akurat w tym kinie zarówno po popcorn, kawę jak i bilety obowiązuje ta sama kolejka), z biletami w dłoniach, szklaną butelką wody (za 4 zeta), kawką latte (24 zeta za dwie), bez popcornu, ale za to z bananami i orzechami, zasiedliśmy z niewielką grupą innych widzów w przytulnej salce wielkiego multikina. Odczekawszy cierpliwie 20 minut reklam, za co, co chwilę dziękował głos lektora (dziękujemy, że oglądacie państwo film z legalnego źródła), mogliśmy wreszcie podziwiać Leo DiCaprio w roli (ponoć) pewniaku do Oskara.
Ze „Zjawy” wyszłam przeczołgana psychicznie. I wcale nie sceny brutalne i pełne agresji tak mnie sponiewierały, ale ogólny klimat filmu – jego niepokój, rozedrganie, brak pierwiastka dobra, osamotnienie. Przyroda – piękna, monumentalna, ale tak wroga jednak człowiekowi. Niepokój i mroczność filmu dopełniała muzyka. A Leo pięknie grał. Ten Oskar to mu się należy za chociażby ciężkie warunki pracy ;) Tak bidulek utytłany, wytarmoszony na wszystkie fronty, poraniony i… brzydki (sic!), to nie był we wszystkich swoich dotychczasowych filmach razem wziętych. Leo trzymam kciuki!

wtorek, 9 lutego 2016

Nocka na zadoopiu?

Zimy u nas nie ma, z ziemi wychylają się tulipany i żonkile. Rankiem ptaszki świergotają, a na borówce pojawiły się drobne, zielone pączki. Rodzina uprzejmie donosi z gór, że śniegu co prawda nie ma, ale na wysokich trasach i owszem, więc na nartach da się poszusować do utraty sił. Które to wiadomo, że mus regenerować wieczorem, najlepiej w klimatycznej, góralskiej knajpie. Syn Duży wyjechany do stolycy, Mama wyjechana do Lublyna, pozostała mi perspektywa samotnej nocy na naszym zadoopiu. I traf chciał, że się trafił dodatkowy nocny dyżur w pracy, który przyjęłam z radością niebotyczną. I tym razem nie ze względu na dodatkowy zastrzyk pieniędzy, który wiadomo, że cieszy zawsze, ale właśnie za możliwość uniknięcia samotnej nocy w pustym domu na końcu (nie)wsi. Co prawda miałam w perspektywie nocne czytanie „Chłopca z latawcem”, ale pewnie milej będzie mi się czytało w pracy :)

Gdzieś jednak w głowie huczy myśl, że przecież kiedyś z tym lękiem będę musiała sobie poradzić, rozprawić się z nim, pokonać. Kiedyś.

piątek, 5 lutego 2016

Drobiazgi

Czasami przeraża mnie, że czas tak szybko pędzi. Wiem, banalne, ale boleśnie namacalne. Już luty, a ja mentalnie jestem w marcu. I wcale nie za sprawą wiosny, a różnych zawodowych spraw. Ale nie ma co wiosny wypatrywać, bo moja rodzina trzyma kciuki za powrót zimy. Ot, choćby na tydzień, który to Marko z Jędrkiem spędzą w górach na – miejmy nadzieję – stokach narciarskich. Ja tymczasem zostaję z psem, kotem i Mamą, która spędza u nas teraz więcej czasu niż dotychczas... Jakoś powoli organizuje swoje życie na nowo.

Od jednego dnia do kolejnego tak mija czas i właściwie nic specjalnego nie dzieje się, choć dzieje się przecież tak wiele – absolutnie wielkie samo w sobie ŻYCIE. To co dla mnie może się wydawać nic nie znaczącym odpryskiem codzienności, dla kogoś może być czymś trudnym, czasami niemożliwym do realizacji.

Więc cieszę się drobiazgami.

Że czytam doskonałą książkę, bo ostatnio dokonywałam złych wyborów i czytałam czytadła bez sensu. „Chłopiec z latawcem” – dla takich książek warto lubić czytać! Ba, warto w ogóle UMIEĆ czytać!
Że pokonałam swój kulinarny strach przed samodzielnym zrobieniem sushi. A okazało się proste.
Że przekonałam się, że nie ma co na siłę wszystkiego w kuchni robić dietetycznie. Na przykład ciasta. Porwałam się na pięknie brzmiące w nazwie ciasto: fasolowe brownie i powiadam, jedno wielkie nieporozumienie. Niedobre i już. Nie będę oszukiwała, że super hiper i w dodatku fit. Może i fit w zestawianiu na ten przykład z taką ociekającą kaloriami napoleonką, ale w smaku - błe. Nawet pies obszedł szerokim łukiem. To ja już wolę wcale nie jeść ciast, albo zjeść raz w miesiącu normalny sernik z prawdziwego sera od prawdziwie Eko Pana Sąsiada, który to rzeczony ser robi sam z mleka od osobistej krówki, która wypasa się na łączce nieopodal. Także i pączka na tłusty czwartek nie zeżarłam ani jednego. Trudno. Jakoś moje biodra to przeżyją.

A na zakończenie muszę, no muszę sobie na blogu zostawić filmik, który ostatnio wprowadza mnie w doskonały nastrój: