sobota, 20 lutego 2016

Pojechali my do kina

Dni feryjne uciekają szybciutko. Czas mija na niczym zdawałoby się. Ale jakie to przyjemne NIC.
Aby jednak urozmaicić monotonię swobodnego nic nierobienia, postanowiliśmy jeden dzień przeznaczyć na ukulturalnianie i rozrywkę, po które to wyskoczyliśmy z naszej uroczej prowincji do miasta wojewódzkiego. Synowie szlifowali swoje umiejętności na torze gokartowym. Oraz przy stole bilardowym. Oraz… shoppingu. My zaś klucząc niebotycznie zawiłymi ścieżkami wielkiej galerii, odnaleźliśmy kino i odstawszy swoje w kolejce po wszystko (dziwne, ale akurat w tym kinie zarówno po popcorn, kawę jak i bilety obowiązuje ta sama kolejka), z biletami w dłoniach, szklaną butelką wody (za 4 zeta), kawką latte (24 zeta za dwie), bez popcornu, ale za to z bananami i orzechami, zasiedliśmy z niewielką grupą innych widzów w przytulnej salce wielkiego multikina. Odczekawszy cierpliwie 20 minut reklam, za co, co chwilę dziękował głos lektora (dziękujemy, że oglądacie państwo film z legalnego źródła), mogliśmy wreszcie podziwiać Leo DiCaprio w roli (ponoć) pewniaku do Oskara.
Ze „Zjawy” wyszłam przeczołgana psychicznie. I wcale nie sceny brutalne i pełne agresji tak mnie sponiewierały, ale ogólny klimat filmu – jego niepokój, rozedrganie, brak pierwiastka dobra, osamotnienie. Przyroda – piękna, monumentalna, ale tak wroga jednak człowiekowi. Niepokój i mroczność filmu dopełniała muzyka. A Leo pięknie grał. Ten Oskar to mu się należy za chociażby ciężkie warunki pracy ;) Tak bidulek utytłany, wytarmoszony na wszystkie fronty, poraniony i… brzydki (sic!), to nie był we wszystkich swoich dotychczasowych filmach razem wziętych. Leo trzymam kciuki!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz